Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 października 2016

Co łączy Kunderę z rapem?

Frajdy jaką sprawiają mi słowa jeszcze nigdy nie odczuwałam tak mocno. Przekopałam się ostatnio przez mnóstwo wierszy, przeszłam przez brzmienia słów, sensy, dwuznaczności, absurdy, rytmy i tysiące nieporozumień. Uwielbiam słowa. Czasem po dłuższym wpatrywaniu się w nie, tracą sens, są nagle nowością, jak z innego języka. To jedno z dziwniejszych uczuć, podobne do tego kiedy próbujesz wyobrazić sobie nieśmiertelność w wieczności i nagle świadomie czujesz czym jest ta piorunująca nieskończoność.

"Dopóki ludzie są młodzi i muzyczna kompozycja ich życia składa się zaledwie z kilku taktów, mogą ją pisać wspólnie i wymieniać się motywami (tak jak Tomasz i Sabina wymieniali się motywem melonika), ale kiedy są już starsi w momencie spotkania, ich muzyczna kompozycja jest mniej więcej zamknięta i każde słowo, każdy przedmiot oznaczają coś innego w kompozycji jednego i drugiego. Gdybym śledził wszystkie rozmowy między Franzem i Sabiną, mógłbym ułożyć z ich nieporozumień wielki słownik. Zadowolmy się małym słowniczkiem.

Mały słownik niezrozumianych słów (część pierwsza)

Kobieta
Być kobietą oznacza dla Sabiny los, którego sobie nie wybrała. To, czegośmy nie wybrali, nie jest naszą zasługą ani winą. Sabina sądzi, że do przydzielonego losu należy mieć stosunek godny. Buntować się przeciw faktowi, że urodziła się kobietą, wydaje jej się równie niemądre, jak uważać to za wartość."

Jest pewien problem z fragmentami z Nieznośnej lekkości bytu, cytowanie mogłoby się skończyć przepisaniem całej książki. Nie jest łatwo znaleźć autora, która pisze tobą, twoją wrażliwością i doświadczeniem. Taki był dla mnie zawsze Prus, czy pisał emocjonalne powieści czy surrealistyczne nowele, był moim Prusem, był mną. Z każdą stroną Nieznośnej, z każdym zdaniem ulegałam coraz bardziej pochłaniającemu mnie zachwytowi. Kundera ma dla swoich postaci czułość, ale też patrzy na nie z dystansu, na ile jest każdą z nich? Ile przypadków sprawiło, że napisał akurat taką książkę? Ile przypadków mnie dzieliło od tego sięgnięcia po nią (które już nastąpiło dawno) i ostatecznego jej przeczytania? Kundera zajmuje się właśnie takimi nieuchronnościami. Już sama obserwacja, że lekkość może być nieznośna mnie oczarowuje, a mały słownik niezrozumiałych słów jest genialny-kim jest dany człowiek możemy poznać dopiero odkrywając co się kryje za słowami, które wypowiada. Słowa klucze (również przedmioty klucze) i sny klucze, dwie płaszczyzny życia, które mnie fascynują. A oprócz tego mamy bardzo zręcznie wyreżyserowaną historię, poprzecinaną dywagacjami, przystankami, które jednak nie dają nam zatrzymać. Ta książka jest kodem, który odczytałam w całości jako swój. Końcówka co prawda była małym zgrzytem, ale nie zmienia mojego postrzegania Nieznośnej jako małego skarbu, który szybko stał się moim odniesieniem. Muss es sein? Es muss sein! Es muss sein!

Mogłabym chodzić po mieście i pytać w kółko ludzi: Rap jest super, co nie? I znowu - jak ja uwielbiam słowa. We wszelkich piosenkach w ogóle słowa są ważne, ale w rapie chyba liczą się podwójnie. Pozwalają na więcej, można się nimi bawić aż do granic sensu. Są esencją, muszą trafiać w punkt, mogą być prawdą albo przekonującym kłamstwem. Nie jestem starym wyjadaczem, nie słuchałam rapu od zawsze (raczej właśnie nigdy go nie słuchałam), więc gdy jaram się jakimś kawałkiem to jest to piękna świeża namiętność. Z rapem mam jak z wierszami, rzadko coś mi się podoba. Ale jak już mi się spodoba, ekscytuję się totalnie. Nie znam poprzednich albumów Bisza, więc nie mam z czym porównać jego nowej płyty. A jeśli sluchałam (bo Spotify nachalnie mi rekomendował), to to, że ich nie pamiętam i nie zagwiazdkowałam jest już moją recenzją.

Odkrywanie "Wilczego humoru" zaczęłam od pierwszego singla "Potlacz!", poleciał potem w zapętleniu kilkanaście razem. Kawałek zalatuje bardzo Łoną i Webberem, ale to przecież komplement, a po drugie oryginalności mu nie brakowało. Świetny teledysk tak na margnesie.
[Potlacz!]

Gdy na świat już otworzysz okno
Wpada do pokoju deszcz, możesz mocno zmoknąć
Suchej nitki brak, grubych nici splot
Supłuje twój świat w marynarski knot
I trzeba trochę się rozerwać     

Pieprz pozę kontroli, poza kontrolą bądź
I powiedz – no kto ci zabroni?
Czy warto? Interesuje chuj mnie to mnie
Pogardą obdarowuję chujnię hojnie
Wobec ciężkostrawności bytu
Zostaje nieznośna lekkość ręki
Żeby cisnąć w twarz hipokrytów
Śmieciowe umowy, kredyty, papierki
Tych głąbów gęby mnie do głębi gnębią
                                                               
Uwielbiam kiedy wszystko ze wszystkim się miesza. Mamy bardzo fajny język do takich kombinacji. Mamy dużo frazeologizmów, więc podwójnymi (a nawet potrójnymi) znaczeniami można się bawić, tak jak na przykład suchą nitką. Metafory zawsze spoko, zmoknąć i supeł, a rozerwać to już sztos. Odniesienie do Kundery musiałam w tym wpisie wstawić. Tyle słów podobnie brzmi, że rap aż się prosi by je łączyć. "Tych głąbów gęby mnie do głębi gnębią" - to z serii takich zdań, które sama chciałabym pisać i jakoś zwyczajnie cieszę, że się zmaterializowały.

C.R.W Nevinson
The Wave
[Nie obrażaj się]

Znów w zatoce zlewu flota statków grozi abordażem
I pomyśleć – jednym z moich marzeń było marynarzem być

Prysznica spływ znów zapychają dzielone na czworo włosy

Dużo śpię, ale żyję jak zabity [Wilczy humor]

Kiedy czytam takie wersy to myślę, że może dobrze, że nas w szkole katowali metaforami i frazeologizmami. Może to komuś niepostrzeżenie zostaje w głowie. Pamiętam, że miałam taką książeczkę, która poprzez śmieszne historyjki wyjaśniała te wszystkie białe kruki i grube ryby. Dzięki niej zapamiętałam w końcu co to znaczy "piąta woda po kisielu", którego sensu za nic nie mogłam złapać. No a w ogóle to przeczytałam każdą opowiastkę z kilkanaście razy, bo po prostu była to fajna zabawa. To taka dygresja z morałem: nigdy nie wiadomo co cię ukształtuje, wyedukuje i zainspiruje! No i pozycja obowiązkowa dla dzieciaków. (Właśnie doszłam do wniosku, że mój blog mógłby zamienić się w polecanie mega książek dla dzieci. Moje dzieciństwo stało pod ich znakiem.)

Ale wracam do "Wilczego humoru". Muzyka Radexa to przede wszystkim nieoczywista prostota. Podoba mi się glównie w tych odsłonach minimalistycznych, kilka dźwięków na krzyż. Wydawałoby się, że to po prostu takie nic. Gdyby rozdzielić bit i słowa to nikt by nie podejrzewał, że to się jakkolwiek zgra. I to zgra w tak unikalne kawałki. "Wszystko na płycie zrobione zostało metodą chałupniczą – uczyłem się od początku i sam sprawdzałem jak działają poszczególne patenty, wszystkie dźwięki praktycznie ustawiałem za pomocą myszki. Żadnej automatyki, żadnych długich loopów. Dlatego też praca zajęła bardzo dużo czasu i przypominała tkanie gobelinu. Jako absolutny debiutant, nagrałem płytę wyjątkowo intuicyjną (...)"- mowi Radex. Eksperymentalne intuicyjne poszukiwania bardzo słychać w tych kompozycjach. Trzeba mieć pewność siebie i samoświadomość, żeby tak nie bać się skromności i nie szukać oszałamiającego efektu, a dać charakterystyczne niepowtarzalne tło podbijające tekst i treść. Żałuję, że nie mogę całej płyty okrzyknąć moim objawieniem, podoba mi się mniej więcej połowa utworów. Ludzie w ogóle się podzielili, jedni nie odnajdują się stylistyce, tak swobodna do granic konwencja ich odrzuca, inni są zachwyceni bezkompromisową twórczą zabawą. Jest jeszcze grupa tych, którym "siadło" po kilkukrotnym odsłuchaniu.

Wartością nie do przecenienia, dzięki której dałam się tak wciągnąć w świat Bisza są nawiązania. W końcu studiował filologię polską przez rok, ostatecznie skończył kulturoznawstwo. Fajnie gdyby istniał rap jako intelektualna zabawka.
[Pogoń]

Jest coś do – ot tak – zrobienia
Zrobiłby to nawet Gang Olsena
Jeśli się nie uda trzeba będzie grać od zera
Skończymy na bruku jak... fortepian Chopina?
Olej kamuflaż, nie wtapiamy się w nic
Do niczego nie podobni, wyjęci
Spod prawa i lewa, i spod poły płaszcza


Ten ostatni wers mnie niezmiennie zaskakuje swoją zmyślnością. W ogóle (o czym już pisałam na blogu-http://klarakluczykowska.blogspot.com/2015/10/zapomniane-uczucie-zdziwienia.html) umięjętność budowania czegoś niespodziewanego, czysta niespodzianka, to coś co lubię najbardziej na świecie.

[Nie mam głowy]

Mam swój film, za który czeka mnie tu lincz jak David
Prosta historia tak wymownie pozbawiona puenty

Może jestem prosta (hehe), ale nie mogłam się nie uśmiechnąć, kiedy to usłyszałam.

Słuchajcie, czytajcie, odkrywajcie!
Charles Piazzi Smyth
The Great Comet of 1843



niedziela, 7 lutego 2016

Piszcie, piszcie, inaczej będziemy zgubieni

Nie lubię tego słońca (tego prawdziwego), które zaświeciło dziś w Warszawie. Nagle zrobiło się tak jasno, że nie można się nigdzie ukryć. Nie znoszę ciemności za dnia, ale już ją oswoiłam. Teraz znowu muszę się przestawić. Najgorzej, że wydaje mi się, że wnętrza nie da się uchronić przed promieniami, które przenikają Cię i powodują dreszcze. Nie mam ochoty na żadne napromieniowywanie. Ale ludzie są zachwyceni i chcą więcej, to cieszy - możne tylko ja jedna jestem w takim nastroju!
 

Po niebie sztucznym jak makieta - niebieściutkim, bez jednej chmurki - leci samolot. Wyraźny, świetnie widoczny. A ile takich wcześniej przeleciało niezauważonych? Choćbyśmy nie wiem jak chcieli i wytężyli wzrok - nie zobaczylibyśmy ich. Wszystko wydaję mi się dziś nierzeczywiste. Czytam "Dziennik roku Węża" Siemiona i cieszę się jak głupia, że ktoś tak podobnie patrzy na świat i na siebie. I ma tyle samo wahań i wątpliwości co ja. 

Zazdroszczę autorowi, że pisze coś wykoncypowanego, żeby chwilę później bez ładu i składu zarzucać nas myślami i tym co akurat przyszło mu do głowy. "Cały ten dziennik momentami zmienia mi się w spis żartów bez adresata." Wszystko wydaje się takie autotematyczne, ciągła analiza tego o czym pisze i o co właściwie mu chodzi. Ale to w końcu dziennik (z góry zakłada skupienie się na sobie), to mi się podoba, ta niepewność i pytania wydają się całkiem naturalne. Potrafi wprost, bez żenady przyznać: "Tyle noszę w głowie rozmaitego dobra, szpargałów, odkryć i olśnień, a właściwie nie mogę tego wszystkiego nikomu przekazać." Dlatego męczę ludzi, żeby pisali, najlepiej bloga - żebym mogła to czytać. Tyle rzeczy gdzieś tam się przewala w głowach i znika bez śladu, nie daje mi to spokoju. Podziwiam umiejętne posługiwanie się słowami, składanie swoich wrażeń w zamknięte zdania i akapity. Czytałam niedawno o tym jak topnieje jedno z najdelikatniejszych intymnych uczuć - zachwyt.(/http://podnaporem.pl/ostudzone-zachwyty/) Jak łatwo można to zniszczyć w kimś i jak łatwo to zniszczyć w sobie, jak łatwo topnieje w nas. Ale ostudzony zachwyt to jak zamrożone ciepło. Na tym samym blogu wzruszyłam się czytając o wieczorze wigilijnym, są tak uniwersalne stany, że trudno nie pisać o nich banalnie lub nie przerysowywać. A tu się udało - http://podnaporem.pl/swieta-rodzina/. Linki niestety już nieaktywne. I tak właśnie wszystko znika.


Dawno dawno temu, nauczyłam się, że mogę być z siebie dumna tylko wtedy, kiedy inni są ze mnie dumni. To był warunek istnienia mojej własnej dumy. Nie mówię o takim wewnętrznym zadowoleniu, duchowych zwycięstwach, tylko o prostej dumie. Realizowałam założenia i plany, starałam się o dobre stopnie itd., zwyczajnie starałam się by były powody, żeby ktoś był ze mnie dumny. Dlatego teraz najbardziej dziwi mnie, że gdy na czymś mi zależy i to się udaje, to moja radość jest tak wielka, że nikt po ludzku nie może jej ze mną dzielić. Nie rozumie co w tych osiągnięciach jest aż tak wspaniałego, by się nimi zachłystywać. A ja rozumiem - bo są wreszcie moje. Chyba już tak zostanie, dziwna zmiana.

PS Kero One odkryty właśnie dzięki Dziennikowi.





poniedziałek, 21 grudnia 2015

Pomysły na prezent!


Siostra leży u mnie w pokoju i mnie męczy. Szybko muszę napisać to co chcę i idę się z nią... bawić? Zachowujemy się nadal jak małe dzieci, dokuczamy sobie, rzucamy wściekłe spojrzenia i jednocześnie umieramy ze śmiechu. Bardzo Ją kocham, przeraźliwie się cieszę, że jest w tym samym mieście, domu, a czasem pokoju. Teraz się obraziła i poszła zjeść kawałek ciasta.

 Tę płytę wzięłam do ręki, bo spodobała mi się okładka. Niezbyt to oryginalne ani mądre, ale tak bywa. W muzyce nie lubię ascezy, bardziej cieszy mnie pełnia brzmienia, przejrzysta forma, soczyste dźwięki, niż wyselekcjonowane i powtarzane na okrągło nuty i akordy bez konkretnej całości. Współczesne eksperymenty zawsze mnie irytowały,  kilka dźwięków na krzyż zagranych na pianinie ot tak, nigdy nie wzbudzało mojego entuzjazmu. A tu współbrzmienie fortepianu z elektroniką mnie zaskoczyło, jakby od zawsze w kosmosie było takie połączenie, a ja usłyszałam je pierwszy raz w życiu. To jak odkryć na nowo smak, którego nigdy się nie lubiło. Smyczki, perkusja, gitara tworzą lub dopełniają brzmień niektórych kawałków. Ostrzegam tylko, że nie można ich słuchać jako podkładu do innych czynności, takiej funkcji nie spełniają (choć gdy już się do nich przyzwyczaimy to czemu nie). Najlepiej zacząć od słuchania w samotności, zamknąć oczy i odkryć jakie emocje w nas wywołują. Zdecydowanie jest to przeżycie bardziej mistyczne niż estetyczne. Można to potraktować jako formę medytacji. Myślę, że nie jest to płyta dla wszystkich (i nie mam tu niczego złego na myśli). Niektórych może zmęczyć lub zdenerwować. Może być magiczną furtką na specjalne okazje, jako prezent pod choinkę na Święta nadaje się świetnie. Ludovico Einaudi stworzył soundtracki do takich filmów jak "Nietykalni" czy "Samba". I tutaj niektóre kawałki brzmią filmowo, ale obrazy możemy sobie sami tworzyć w głowie, za każdym razem inne i przesuwać je jak zdjęcia rzucane z rzutnika. To płyta dla każdego, kto lubi zmysłowe układanki w wyobraźni i fascynuje go odkrywanie nieznanych brzmień. Ciekawe jest to, co sam Ludovico mówi o swojej najnowszej płycie: “Dostrzegłem nowe obszary – znajdujące się na krawędzi tego, co wiem i czego nie wiem – które od dawna chciałem wykorzystać twórczo: mity o stworzeniu, układ okresowy pierwiastków, geometria Euklidesa, pisma Kandinskiego, natura dźwięku i barwy, pędy dzikich traw na łące, różnorodne krajobrazy. Przez dłuższy czas chodziłem mając  w głowie mętlik obrazów, myśli i uczuć. W pewnym momencie wszystko stopniowo znalazło swoje miejsce, jakby wszystkie te elementy były częściami jednego świata, a ja wraz nimi.” Pewnie sama ta wypowiedź by mnie nie zachęciła, pomyślałabym, że to kolejny eksperymentator, który dorabia niezwykłą ideologię do swoich miernych kawałków. Ale myślę, że warto spróbować, mnie udało się usłyszeć coś nowego na krawędzi znanego mi świata i tego nieznajomego i może niezgłębialnego.




Moje inne propozycje to oczywiście książki, polecam te, o których pisałam lub wspominałam na blogu.
 Ale dlatego, że wg mnie lepszą książką Nichollsa był jednak "Jeden dzień" to również tu wrzucam. To opowieść, która spełnia wszystkie możliwe wymagania. Ma charakterystycznych, interesujących bohaterów, z którymi łatwo nam się identyfikować. Historia, na szczęście nienachalnie i  nie po chamsku, wzrusza. Jest w niej kilka fragmentów - perełek i spostrzeżeń w punkt. Przekaz banalny, ale w Święta chyba najważniejszy czyli dostrzegajmy i doceniajmy to co mamy. A! I te książki bardzo dobrze się czyta, czysta przyjemność.




Wersja  dla filmomaniaków
Obsada, chemia między głównymi bohatermi i muzyka, to najmocniejsze strony filmu.
Arcydzieło to nie jest, ale do obejrzenia z najbliższymi w aurze zapachów domowych wypieków, wystrojonej kolorowymi bombkami i rozmigotanej światełkami choinki - jak najbardziej.


A jeśli ktoś szuka czegoś wybitnego, co oprócz niezwykłej przyjemności czytania, zachwyca nieoczywistością w warstwie treści i języka, to tylko Marai. Tu jedno zdanie możemy czytać kilka razy, nie mogąc się nadziwić, w jaki mistrzowski sposób zostało skonstruowane.  U Maraia z uderzającą swobodą płyną zdania.


Fenomenalna lektura na Święta, gdy mamy więcej czasu, żeby się zachłysnąć i zachwycić czymś naprawdę znakomitym.



Tu mam pewien zgrzyt, czy taką książkę można położyć pod choinką. Mogę zapewnić, że tu nie chodzi o przedstawienie koszmaru obozu (choć oczywiście pojawiają się opisy różnych zdarzeń), raczej o podkreślenie wyboru jaki ma człowiek i wlanie w nas nadziei, że prawo do decydowania mamy zawsze, nawet w takich warunkach. Frankl, profesor filozofii i psychiatra, dzieli się swoim doświadczeniem pobytu w obozie, i w sposób bardzo konkretny i jasny opisuje nieśmiertelność człowieczeństwa. Ani cierpienie, ani zło, nie ma nad nami mocy. A jak nie dać zgody na panowanie nad nami czegoś czy kogoś (bo przecież jest to problem uniwersalny, który pojawia się też w naszym normalnym, codziennym życiu)? Tego właśnie możemy się dowiedzieć, a przynajmniej obserwować przykłady, które daje nam Frankl.




*tak to ta okładka
Niedawno, w 125. rocznicę urodzin Christie, ukazały się nowe wydania wszystkich (uwaga!) powieści, które pisała pod pseudonimem Mary Westmacott. Bardzo mnie to ucieszyło, bo poprzednia (z zamierzchłych czasów) okładka była tragiczna i pamiętam jak było mi wstyd trzymać taką książkę w rękach*, chowałam się z nią po kątach... Już w kryminałach widziałam, jaki Christie ma zmysł obserwacji i że nie są to takie ot, zwykłe kryminały. Moja miłość zaczęła się od "Dziesięciu murzynków", niezwykła to była przygoda. Potem moja przyjaźń z Christie tylko się rozwijała. Pamiętam podczas czytania pierwszej książki była mi kompletnie obca...To takie dziwne uczucie. Bo teraz jest mi bardzo bliska. Czytałam jej autobiografię, wiem, że to własnie takie, mocno psychologiczne historie, chciała pisać.

"W samotności" (właściwy tytuł to Samotna wiosną), fabuła jest bardzo prosta. Joan spotyka nieoczekiwana przerwa w podróży do domu, musi bezczynnie czekać w zajeździe na pustyni, aż dotrze tam jedyny środek transportu jakim jest pociąg. Joan spędza kilka dni w samotności, a my obserwujemy pochłaniający ją, rwący strumień myśli, których nie może odgonić.
Idziemy przez życie prosto. Mamy obowiązki, przyjmujemy pewne role, córki, studenta, blogera lub marudera. To niby dobrze. Ale ile kryje się tam kłamstw, ułudy, zmyśleń na swój temat. Gonimy zamiast się zatrzymać i zastanowić gdzie biegniemy. Jaki jest nasz cel? Czy kogoś zraniliśmy czy popełniliśmy jakieś błędy? Brzmi banalnie. Ile jest książek, poradników na ten temat. A jednak, zakończenie jest totalnym zaskoczeniem (którego oczywiście nie zdradzę). I znowu, puenta jest mocna i wiele o nas mówi. Popłakałam się po zamknięciu książki.





Jeśli chodzi o prezenty to tak naprawdę najlepszy nic nie kosztuje. Trzeba poświęcić tylko kilka chwil. Weź kartkę i długopis, napisz komuś szczerze co czujesz, za co mu dziękujesz i czego mu życzysz. To przecież nie jest trudne, a daje ogromną radość. Listy to cudowny wynalazek, wszystko może zaginąć, zniszczyć się, a słowa zostawiają ślady wyryte na sercu i chodzimy z nimi po świecie do końca życia. Chodźmy z tymi dobrymi i pięknymi, dajmy je sobie nawzajem.


Świąt, które odmienią na lepsze wszystko w nas, życzę sobie i Wam <3

sobota, 7 listopada 2015

Surrealizm dobry na wszystko

Co cię nie zabije to cię nie zabije

Tommy Ingberg
Still Standing

Proste?

"Przypatrywać się uważnie światu, rozglądać się wokół; bardzo uważnie. Uwolnić go od rzeczywistości, walczyć, żeby co moment odnajdywać zdumienie początkowe. Odnaleźć wrażenie dziwności. Budzić się i widzieć, czuć, czym to wszystko jest naprawdę. Tak, istnienie, świat, ludzie, wszystko jest widmowe. Fundamentalne jest tylko to co istnieje poza tym wszystkim, za murem. Być rzuconym w świat to nieustanna zgryzota. Wracać wciąż od początku. Nie poddawać się. Nie dać się wziąć na to. Oprzeć się plecami o mur, widzieć świat z tego punktu albo też obrócić się twarzą do muru, przywrzeć do muru. Może ustąpi? Jak mam wyjaśnić to sobie, sam, oparty o mur i wpatrzony w przemijanie rzeczy? Nie można tak zawsze."




Kiedyś, gdy często czułam się dziwnie,  potęgowałam to wrażenie takimi oto lekturami. Kiedyś zdanie o życiu jako o nieustannej zgryzocie było zwykłe. Teraz wszystko się we mnie buntuje, gdy je czytam. Ale przynajmniej "Nie można tak zawsze" się sprawdziło. Nie wiem czy każdy ma taki etap lub  momenty, w których tak intensywnie myśli nad swoją egzystencją, że wszystko zaczyna go przytłaczać. A o to co Cię przytłacza, można się oprzeć. To co nad nam nami wisi może być naszym oparciem - czy to nie atrakcyjna wizja? Nawet jeśli tylko jako piękna idea?

Tommy Ingberg
Passage

"Życie jest cudowne, jeśli spojrzeć na nie jako na całość, ogarnąć wzrokiem przeszłość, w owym rodzaju przestrzeni, jaką daje czas, kiedy wszystko oddali się już. Tworzy to jeden blok, dom jakiś albo zamek, który można zwiedzać, komnatę po komnacie, piętro po piętrze. Nie zdawać sobie sprawy, że to było takie piękne."
Evgenij Soloviev
 
Centrum Pompidou w Paryżu
Zawsze najbardziej bałam się bać. Bo to odbierało mi kontrolę, wpychało w otchłań bezradności. Póki miałam siłę, zawsze się starałam, zagadywałam strach i stosowałam sztuczki, które może na krótką metę, były świetne i skuteczne. Swoje lęki można badać na najróżniejszych płaszczyznach. Mnie ukształtował strach przed błędem i tym, że ujrzy go świat, inni ludzie. Co z tego czy co dalej - o tym nie myślałam. Ważne, że ktoś może je zobaczyć. Występy publiczne (szkoła muzyczna I i II stopnia, fortepian) były koszmarem. A z czasem satysfakcja, że się pokonało lęk - nie był wymierną nagrodą za kilogramy mnie zjedzone przez nerwy. Czy przez to stałam się bardziej wytrzymała czy na odwrót - wrażliwsza? Nie wiem i nigdy się nie dowiem. Cieszę się, że wytrwałam - bo to był mój cel. Skończyć szkołę, żeby nie musieć już nigdy o tym myśleć. Ale umiejętność rezygnowania też jest bardzo ważna. Szkoda, że uczą nas tylko, że nigdy nie możemy  się poddać. To kompletna bzdura. Myślenie o tym w kategorii porażki też nie pomaga. To jak z ucieczką. "Uciec nie znaczy tylko skądś odejść, lecz również dokądś dotrzeć." (B. Schlink - "Lektor")


Najważniejsze, że nauczyłam się popełniać błędy, bez poczucia wstydu, ośmieszenia i bez poczucia, że świat zwali mi się na łeb. Jest sposób (pomaga tylko na chwilę się zdystansować) - zadaj sobie pytanie co się stanie jak popełnisz błąd. I wymyślając kolejne reakcje dojdź do absurdu. I pamiętaj, nikt tak bardzo się nie przejmuje tym jak Ty. Wcześniej może się nie myliłam podczas grania, ale zamykałam się spięta w pudełku, bez świadomości tu i teraz, bez możliwości kreowania czegoś żywego. Czerp z tego przyjemność! - mówili. Powodzenia. Gdy serce stoi Ci w gardle i najchętniej wcale byś tego nie robiła. Miałam szczęście, gdy kładłam ręce na klawiaturze - strach zawsze ustępował. Ale różnica pomiędzy graniem świadomym lub nieświadomym, jest naprawdę istotna.

Mówmy stop perfekcji. A jeśli coś nie jest dla Ciebie najważniejsze na świecie - to nie daj sobie wmówić, że jednak takie jest (albo powinno być). Warto wiedzieć, co Ty sam myślisz. Jestem prawdziwie wolna, minął już czas bezlitosnego codziennego obowiązku "musisz poćwiczyć". I uwaga. Przeżyłam wspaniale chwile radości, trzymania w garści swojego lęku, ale nie chciałabym więcej tak bardzo walczyć z samą sobą. Powiedziałam sobie jakiś czas temu: "Szanuję Cię i akceptuję. Nie spieprz tego." A muzyka jest cudowna. Mam łatwość wyrażania nią uczuć i intensyfikacji tych, które się we mnie kłębią. Fajnie jest umieć grać. Taka schizofrenia. Ale ja chcę robić inne rzeczy. Na przykład móc pisać bloga, nagrywać i montować filmy, pisać, czytać i móc wrócić do domu dłuższą trasą, wdychając ze spokojem swoje szczęście...

*cytaty z "Samotnika" E. Ionesco

niedziela, 28 czerwca 2015

Muzyczne kawałki mnie

W dniu swojego ślubu nawet jeśli nie zatańczę walca (nie mam zamiaru zmuszać do tego męża, broń Boże!) do Wiener Bonbons Johanna Straussa, to i tak tego posłucham. Bo wtedy mam swoje kilka minut bycia tylko sama ze sobą. Każdy potrzebuje być sam, a jak się z kimś wiążesz na stałe podczas imprezy pełnej (zazwyczaj) tłumu ludzi i hałasu, to tym bardziej potrzebujesz zapytać siebie, co o tym sądzisz, a radość utrwalić śladami dźwięków. A potem do tego wrócić w chwilach zwątpienia i nawarstwiających się pytań. Mimo rozpadania się na kawałki, możesz sobie uświadomić, że one wszystkie się na Ciebie składają. Gdy przypominasz sobie, co w Tobie budziło i budzi emocje, stwierdzasz, że jesteś jednością (tak, muzyka pozwala Ci przetrwać).To takie banalne i patetyczne! Ale mając w sobie tyle skrajności, tak często się zmieniając, potrzebujemy czasem sygnału - "ej to Ty, to ciągle TY!". Próbuję opisywać abstrakcję słowami, co z góry skazane jest na niepowodzenie.

Jak to u mnie bywa, muzyka łączy się z obrazem. Ona mężatka, on zaręczony. Na przełomie XIX       i XX wieku zdradą mogło być tańczenie z kimś walca, właściwie ba! - nawet spojrzenie mogło nią być. W Sadze Rodu Forsyte'ów Johna Galsworthy'ego takie to skandaliczne rzeczy zostały opisane. Niedopuszczalny skandal na balu. Afront, upokorzenie spowodowane bezczelnie nieprzyzwoitym tańcem. A jednak coś w tym pięknego, że ta para mogła być przez kilka chwil szczęśliwa, zapomniała o zasadach, na swoje nieszczęście zapomniała też o konsekwencjach. A w gruncie rzeczy był to szczeniacki wybryk, który zranił ich bliskich - gwoli sprawiedliwości. Choć naprawdę to trzeba przeczytać książkę, żeby rozumieć kontekst. W ekranizacji powieści wyglądało to tak:



Bernard Herrmann jest mistrzem muzyki filmowej. Z Hitchcockiem współpracował między innymi przy "Psychozie" oraz "Północy-północnym zachodzie" oraz "Zawrocie głowy", z którego pochodzi poniższy kawałek mnie. Nie da się opisać właściwie tego filmu bez spoilerowania. Ten kadr został mi w głowie.*



Melodia tak niepokojąca i wżynająca się w mózg dzięki powtarzającemu się motywowi, w 4:08 zaczyna pozbawiać nas oddechu. Pokryta mgiełką iluzji odzwierciedla sen na jawie i trudno definiowalną magię. Trudno opowiadać o muzyce, gdy nie można posłużyć się historią, która jej towarzyszy. Ale mimo, że to filmy mnie kształtują, to i tak ostatecznie dźwięki zostają we mnie najdłużej.



*żeby być precyzyjnym to prawidłowa muzyka do Kim Nowak wpatrującej się w obraz to ta