Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 maja 2020

David Lodge czyli książki mojego ulubieńca



Z Lodgem łatwo się zakumplować, a już po kilku jego książkach, każda kolejna jest jak przyjemny powrót do znanego stylu, humoru, ale jednak całkiem nowej, niepowtarzalnej opowieści. Co jak co, ale historię to on umie zbudować. Plecie ją z takich cieniutkich niteczek codzienności, co wzmacnia efekt realności, a do tego mamy wstęp do głowy bohaterów. Satysfakcjonujące doświadczenie, mimo bardzo prostej, wręcz schematycznej fabuły, ale tylko Lodge potrafi z takim wdziękiem dać czytelnikowi poczucie, że w życiu jednocześnie nic nie ma znaczenia, jak i wszystko ma sens.

Zaczęłam swoją przygodę od "Kinomanów". Ten najdziwniejszy zestaw bohaterów tkwi w mojej głowie do dziś, odpryski ich surrealistycznych przygód również. To jest książka gęsta i chyba najbardziej literacka z tych, które do tej pory przeczytałam.

Z kolei "Terapia" to bardzo refleksyjna podróż. Oswoiła mi Kierkegaarda, wkradł się niepostrzeżenie w moje życie. Dzięki niej późniejsze sięgnięcie po tego filozofa nie wydawało mi się krokiem w przepaść i niedostępną myśl filozoficzną, ponieważ śledziłam jak towarzyszy on bohaterowi książki jako punkt odniesienia i komentator.

W "Skazanych na ciszę" jest polski akcent historyczny. Dużo tam też zabawy słowami i komediowych sytuacji, w końcu głównym bohaterem jest głuchnący lingwista. Zmagający się ze swoim starzeniem, ale też odchodzeniem ojca, bolesna książka, zahaczająca o najcięższe doświadczenia i dylematy. Byłam czasami oburzona zachowaniem głównego bohatera. Warto wspomnieć, że w tym czasie sam autor zmagał się z postępującą głuchotą, jest to powieść dość autobiograficzna i tym samym jeszcze bardziej dojmująca.

"Gorzkie prawdy" połyka się za jednym zamachem, bo i krótkie, i akcja płynie wartko. Lodge w pigułce, zabawny, ironiczny, ale też refleksyjny i czuły. I ten przypadek, jako najwyższa forma konieczności - bardzo dobry motyw. Jest to przeróbka sztuki teatralnej, więc łatwo można wyobrazić sobie jaki panuje w niej klimat. Czwórka bohaterów odtańcowuje w jednym domku na wsi dziwną choreografię. Ale jak zwykle są targani podmuchami losu, nad którymi nie mogą zapanować. Lodge lubi pobawić się telenowelą w swoich powieściach, i tu jest tego posmak. Intryga jest odmieniana przez wszystkie przypadki, sekrety wyciągane są na światło dzienne, a wszystko posypane jest szczyptą kontrowersji. Lodge smakuje trochę Houellebekiem, bohaterowie to przede wszystkim mężczyźni w średnim wieku, raczej spełnieni zawodowo, czasem wręcz zarabiający powyżej średniej, zmagający się ze swoją egzystencją. Bohater "Możliwości wyspy" to komik piszący kontrowersyjne skecze, a bohater "Terapii" to autor popularnego sitcomu. Houellebecq jest mroczniejszy, choć dużo pisze o wielkiej miłości, o której Lodge za często nie wspomina, bardziej interesują go romanse i ich dynamika. W ich powieściach seks zajmuje sporo miejsca, często traktowany dość instrumentalnie, odbija w soczewce problemy współczesnego zachodu. Oboje naśmiewają się z osiągnięć cywilizacji, punktują ostro płytkość dążeń człowieka i tego, co go otacza. Zajmują się zawodowo beznadzieją. Zainteresowani są głównie sensem istnienia, samotnością i śmiercią, a formą bywa często pamiętnik. Houellebecq upycha w swoich powieściach więcej polityki, wątki rozgałęziają się w różne strony, bogactwo, obfitość myśli - można by rzec. Lodge jest prostszy, lżejsze jest jego "tu i teraz", ono należy do bohatera, a nie do całego świata z jego zaduchem. "Wszystko może nas spotkać w życiu, przede wszystkim zaś nic." - twierdzi bohater "Platformy". U Lodge'a dzieje się dużo, znaczy to wiele, a wszystko razem nic. Gorzko-lekkie, oczyszczające, ale co najważniejsze, to świetna rozrywka.

niedziela, 20 października 2019

Kłopot z istnieniem w powieściach Houellebecqa

Co każe ginąć bohaterom Houellebecqa?



Laura Knight - Dark pool

W powieściach Michela Houellebecqa bohaterowie dość często umierają, a część z nich popełnia samobójstwa. Oprócz marnego końca, wydaje się, że ich egzystencja to codzienna, przewidywalna, urytualniona wegetacja pozbawiona sensu. Poszukują oni jednak doznań, które mogłyby dodać wartości ich życiu lub przynajmniej uczynić je lżejszym. Według Houellebecqa zawsze kończy się to katastrofą. Już po przeczytaniu kilku jego powieści, wiemy, że szczęście bohatera jest pozorne w tym sensie, że zawsze minie, a on sam wpadnie w otchłań. W momencie uczucia radości podczas czytania, jednocześnie przeczuwamy tragedię. W tej zabawie z oczekiwania czytelników, Houellebecq jest bardzo ironiczny i wyciąga na powierzchnię niemożność zaspokojenia się. Emmanuel Levinas w eseju “O uciekaniu” twierdzi, że wszystko zaczyna się od złego samopoczucia, które rodzi potrzebę. Ta potrzeba jest tym nagląca, im większe jest cierpienie odczuwane przez jednostkę. Próbujemy się zaspokoić, szukamy przyjemności, w niej (a może bardziej w rozkoszy) wychodzimy poza siebie. W ekstazie gubimy samych siebie. Po przeżyciu jej czujemy się znowu rozczarowani i pojawia się znowu potrzeba.



To, co przełomowe w myśli Levinasa to intuicja, że próbujemy się zaspokoić, nie by się dopełnić, nie z powodu braku, który czujemy. Levinas pisze: Potrzeba wyraża raczej obecność naszego bycia niż jego niedostatek.  Michel z “Platformy” tak właśnie opisuje akt seksualny: ciało cieszy się samym faktem, że jest na świecie. Po śmierci ukochanej Valérie w zamachu terrorystycznym, po pragnieniu zemsty i ucieczce w pisanie, wie jednak, że gdyby pozwolił [znowu] namiętności ogarnąć ciało, w ślad za nią szybko pojawiłby się ból. Decyduje się na śmierć, ponieważ rozumie, że inaczej musiałby znaleźć sobie cel, a tego już nie chcę zrobić. U Levinasa bycie nie jest określane w odniesieniu do jakiegoś Innego. Bycie jako strumień “jest się” (il y a), istnienie bez wyjścia skłania ku ucieczce i wyjście z niej jest jednoczesnym powrotem do siebie.


Systemowy pomysł ułatwienia ludziom bliskości cielesnej w postaci legalizacji pigułki antykoncepcyjnej w 1967 roku, nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Jest to ważna data w twórczości Houellebecqa. Postaci przez niego kreowane uciekają w seks, co czasem przeradza się w manię jak u Bruna z “Cząstek elementarnych”. Być może to nie mdłości, a właśnie akt seksualny to skonstatowanie swojej obrzydliwej, nieodwołalnej obecności? Istnieje jednak różnica, mdłości wydobywają się samoistnie z nas, są odruchowe, a nie wynikają z potrzeby (chyba, że mówimy o potrzebie oczyszczenia), ale podobnie jak w seksie, ważna jest cielesność i bycie tu-oto. Z nagością (obecnością nas dla nas samych) wiąże się ze wstydem (niezdolnością do zerwania z samym sobą). Bohaterowie Houellebecqa nie czują wstydu z powodu nagości, ciało staje się obce (podobnie jak w przykładzie u Levinasa ciało siłacza czy tancerki podczas pracy), choć w tej swobodzie nie upatrywałabym negowania swojej materialnej postaci. Zaryzykowałabym tezę, że seks wiąże istniejącego z istnieniem, następuje rodzaj pełni i świadomości.

Bohaterzy Houellebecqa myślą o świecie bez nich, po ich śmierci. Michel zdaje sobie sprawę z fenomenu obojętności świata, o którym pisał Leszek Kołakowski. Wie, że zostanie szybko zapomniany, że tak naprawdę nic się nie zmieni. Bohater “Poszerzenia pola walki” cieszy się, że przetrwa jako udokumentowany przypadek medyczny w pracy magisterskiej. Oznacza to być może jakąś wolę bycia w obliczu planowanego nieistnienia. Albo jest to intuicja, że brak jest obecnością albo że nicość nie istnieje. Sam Houellebecq twierdzi, że oprócz chorego na depresję informatyka z “Poszerzenia pola walki”, jego postaci mają wolę życia. Wspomniany informatyk tnie się, na terapii ucieka w abstrakcję, głosi tezy socjologiczne i intelektualizuje, trudno mu skupić się na sobie. I dla Houellebecqa, i dla Levinasa jest to przejawu najgłębszego zagubienia się w świecie, istniejący musi się ciągle konstytuować w świecie, a nie zapominać o sobie.

Bohaterowie przytaczanych powieści czują, że ich los jest zdeterminowany. Michel po śmierci Anabelle mówi, że czuł, że wszystko zmierzało do tego punktu (niespełnienie nastoletniej miłości i tragizm losu obu postaci). Uciekł w naukę i pracę, przyczynił się do postępu nauki, ale to nie przyniosło zaspokojenia. Podobnie bohater “Serotoniny” wyłuskuje moment, w którym jeszcze mogło mu się udać być szczęśliwym z ukochaną, a potem już tylko pustka i obsesja na jej punkcie bez możliwości spełnienia. Wydaje się, że to oni sami siebie unieszczęśliwiają podobnymi założeniami albo szukają w ten sposób przyczyny swojego złego stanu. Bohaterowie Houellebecqa uciekają w konsumpcję (nie tylko towarów, ale też mediów jak Michel po śmierci ojca w “Platformie”; telewizor to też konieczny element wystroju ostatniego miejsca zamieszkania przed samobójstwem bohatera “Serotoniny”). System kapitalistyczny wymusza ten pęd i zaspokajanie kolejnych potrzeb. Jeśli nie idziesz do przodu, giniesz - mówi Valérie do Michela. Ucieka ona w pracę, która daje niezależność, status oraz satysfakcję, lecz gdy biznes seksturystyczny zostaje zdemaskowany, katastrofa oznacza zanik wszelkiego poczucia sensowności i spełnienia. Ale przesłanie Houellebecqa, o którym mówi w wywiadach brzmi, by walczyć i tak przekraczać samego siebie. Podobne zalecenie zdaje się wysnuwać Levinas, który uważa materialność za przejaw istniejącego. Świadomi naszej cielesności, spełniamy potrzeby materialne, a do tego przedmioty mają swój kres, i wyznaczają nam ramy, są skończone i budujemy swoją tożsamość w odniesieniu do nich.
W “Możliwości wyspy” ucieka się we wspólnotę, tam szuka się spełnienia (jak zresztą postulował kontrkulturowy pisarz A. Toffler), a rozmnażanie się sekt jest przedstawione jako fenomen na wskroś nowoczesny. Daniel ucieka również w satyrę i kpinę, przyjmuje brutalność świata i odpowiada na niego jeszcze większą brutalnością, przekształca przemoc w śmiech, odbiera nadzieję i tym się chlubi, i sam uważa, że świat wcale nie jest śmieszny. Neoludzie w tej powieści diagnozują wcześniejszy gatunek jako ten przeniknięty przez śmierć, któremu brak siły, by zakorzenić się w teraźniejszości. Ale czy to prawda? Czy oni nie stawiali w ten sposób oporu? Levinas opisuje uczucie zmęczenia, jako opóźnienie, które konstytuuje teraźniejszość. Przyjmujemy swoje bycie na siebie, męczymy siebie byciem. Można by tedy stwierdzić, że Søren Kierkegaard, pisząc, że przeznaczeniem życia jest być w najwyższym stopniu umęczonym życiu i że jest to egzamin z życia, tego czy się dojrzało do wieczności, opowiada się za włączeniem się w strumień istnienia i jego separacji od istniejącego, bo nie wydaje się, żeby jakkolwiek walczył o swoją podmiotowość czy świadomie brał bycie na siebie. Były to zresztą ostatnie słowa Kierkegaarda przed wylewem. Jednak Levinas inaczej rozumie zmęczenie, jest to wyrok skazujący na teraźniejszość. Bohater “Serotoniny” czuje nieuchronność i grozę bycia po wypowiedzeniu słów: przepraszam za zamieszanie i stwierdza, że jego życie będzie się od tego momentu sprowadzać właśnie do przeprosin za zamieszanie.

Męczy się samym swoim byciem. Rozumie jeszcze, że - jak pisze Levinas - świat jest stabilny dzięki formom i przedmiotom, które określa własna skończoność. Już nie chce wyposażać swojej kawalerki w meble i akcesoria, które będą przypominać mu o życiu społecznym, skazuje się tym samym na zagładę.
Houellebecq w “Serotoninie” porównuje ludzi udzielających rad (również tych, które o te rady nie zostali poproszeni) do chóru greckiego, który jest tylko świadkiem i potwierdza, że bohater wkroczył na drogę destrukcji i chaosu. O chórze w dramacie greckim, który nadaje wymiar wieczności zdarzeniom oraz pełni funkcję łagodzącą pisze Henryk Elzenberg w “Kłopocie z istnieniem”. Mając chór, mogli sobie Grecy w dramacie pozwalać na wszelkie okropności; my natomiast, bez chóru, nie powinniśmy w tym iść za daleko - pisze Elzenberg. Przypuszczenie, że czytelnik jest tym świadkiem i komentatorem prowadzi do wniosku, który tkwił niewypowiedziany do tej pory w mojej głowie. Wydaje się, że bohaterowie Houellebecqa oddają życie za czytelników, żeby ci już nie musieli tego robić. Bardzo dobrze obrazuje to postać Chrystusa oddającego życie za ludzi przywołana w ostatnim akapicie “Serotoniny”. Oswajamy śmierć podobnie jak w eksperymencie S. Levine’a opisanym w książce “Gdybyś miał przed sobą rok życia”, a równocześnie mocno wybrzmiewa nieusuwalność istnienia - postaci fikcyjne zapuszczają korzenie w głowach i wyobraźni czytelników. 


Witkacy-portret Elzenberga
Levinas rozróżnia i rozdziela istnienie
i istniejącego, co zresztą dobrze ujmuje Elzenberg, który mimo istniejącego “ja”, własnego istnienia nie odnajduje:
Jak myślę, to nie istnieję, nie mam świadomości siebie; istnieje tylko to o czym myślę. Świadomość zaś zyskuje człowiek najbardziej przez cierpienie, choćby zwyczajny fizyczny ból; jak mnie ząb boli, to wiem, że jestem. To wszystko bynajmniej nie przemawia za pilnym wyszukiwaniem i pielęgnowaniem swego j a. Nie mówiąc już o cierpieniu, można powiedzieć, że człowiek przyznający największe znaczenie swej jaźni szuka czegoś czego znaleźć w ogóle nie można, i gubi się w próżni gorszej niż ten, który szuka Boga, albo innych absolutów poza sobą. Można tu polemizować czy adekwatnie odczytuję “ja” nie jako istniejącego, ale jako istnienie w znaczeniu Levinasa. Czyli parafrazując: to wszystko nie przemawia za pilnym wyszukiwaniem i pielęgnowaniem swego istnienia, a tożsamość nigdy nie jest ustalona raz na zawsze i nie polega na szukaniu jedynej prawdy o nas samych. Houellebecq uważa, że usytuowanie człowieka w dramacie od czasów tragedii antycznej nie zmieniło się, a według Levinasa jej fatalizm tragedii polega na fatalizmie nieusuwalnego istnienia, które na przykład u Shakespeare'a objawiają się poprzez upiory, widma czy czarownice. Houellebecqa dziwi pytanie czemu ludzie w jego książkach umierają, zastanawia się czy osoba pytająca zauważyła, że ludzie w życiu także umierają. I choć temat funkcji ironii i śmiechu również zasługuje na oddzielną pracę to wydaję mi się, że ta wypowiedź bardzo pasuje do teorii oswajania śmierci przez francuskiego pisarza.

Paul Delvaux - Landscape wiht Lanterns
Il y a Levinas porównuje do bezsenności czyli bezprzedmiotowego czuwania w anonimowości nocy. Właściwie to noc czuwa lub czuwa się, jest się całkowicie wydanym na bycie. Jeszcze sugestywniejszą metaforą jest pomruk ciszy. W języku występują takie określenia jak: głucha cisza, martwa cisza, dźwięcząca, dzwoniąca lub dudniąca cisza jest w najwyższym stopniu wyrażeniem grozy istnienia i to właśnie ona pozwala rozdzielić je od istniejącego. Dobrze oddaje to fragment “Księgi niepokoju” F. Pessoi: Kończę swoją samotną wędrówkę. Rozległa cisza, które nie zakłócają drobne dźwięki, dopada mnie i obezwładnia. Olbrzymie zmęczenie zwykłymi rzeczami, zwyczajnym byciem tutaj, znajdowaniem się w takim stanie opanowuje mojego ducha i ciało. Zaskoczony niemal krzyczę, czując, że pogrążam się w oceanie, którego bezmiar nie ma nic wspólnego z nieskończonością przestrzeni ani z wiecznością czasu, ani z niczym co ma wymiar i nazwę. W tych chwilach milczącego władczo terroru nie wiem, kim jestem materialnie, czym się na co dzień zajmuję, czego zazwyczaj pragnę, co czuję i o czym myślę. Czuję, że zgubiłem się samemu sobie, że jestem poza własnym zasięgiem. Moralna potrzeba walki, intelektualny wysiłek szeregowania i rozumienia, niespokojne artystyczne dążenie do stworzenia czegoś, o czym już nie mam pojęcia - choć pamiętam, że je miałem - i co nazywam pięknem: wszystko wymyka się mojemu poczuciu realności, wydaje się nie zasługiwać nawet na to, abym je uważał za jałowe, puste i odległe. Czuję w sobie jedynie próżnię, złudzenie duszy, miejsce bycia, świadomy mrok, w którym dziwny owad daremnie szuka choćby ciepłego wspomnienia światła.

Powieści M. Houellebecqa z jednej strony przytłaczały mnie, z każdą kolejną przyzwyczajałam się już, że moje rozbudzone przez samego autora nadzieje na trwałość szczęścia bohatera nie zostaną zaspokojone. Podskórnie jednak czułam, że nie są to tylko katastroficzne wizje i dłubanie w egzystencjach pełnych rozpaczy, których nieuchronny koniec z rąk własnych jest jasny. Houellebecq dobrze oddaje przeciwstawianie się anonimowemu byciu bohaterów poprzez ich kontakt z bardzo precyzyjnie wypełnionym światem produktami konkretnych marek. Stwarzają oni siebie za ich pomocą. Utowarowienie seksu tylko jako kolejny etap przemian i skutek rewolucji obyczajowej to spłycenie. Znalazł się on w polu ekonomicznym być może wyraźniej niż w czasach bez pigułki antykoncepcyjnej, ale nadal może pełnić funkcję spoiwa między istniejącym a istnieniem. To nie przypadek, że psychiatra daje bohaterowi “Serotoniny” kontakt do prostytutek. Levinas polemizuje z Heideggerem, który rozdzielił byt i bycie, ale “się” uznał za rodzaj życia nieautentycznego. Inaczej jest u Levinasa, subiektywizacja jest procesem na poziomie świadomości i buntem wobec strumienia il y a: Nasze istnienie w świecie wypełnionym pragnieniami i codzienną krzątaniną nie jest więc żadnym gigantycznym oszustwem, upadkiem w nieautentyczność, wymigiwaniem się naszemu najgłębszemu przeznaczeniu. Jest jedynie rozwinięciem tego oporu wobec anonimowego i nieuchronnego bycia, rozwinięciem, za sprawą którego istnienie staje się świadomością, to znaczy relacją tego, kto istnieje z istnieniem, poprzez światło, które tyleż wypełnia dystans, co go utrzymuje.

Friedrich Frotzel - The Old Bookcase
Być może jak psychotyk według lacanowskiego klucza próbuję na siłę dopasować, zbudować filozoficzną strukturę dla twórczości Houellebecqa (omijając oczywiście z premedytacją fragmenty, które by nie pasowały i zaburzały spójność wywodu). Mam nadzieję jednak, że udało mi się zasiać wątpliwość, że uciekanie nie jest tym, czym się wydaje w wykonaniu bohaterów Houellebecqa, że ich “marna” egzystencja i ich pragnienia (jeśli jeszcze je próbują spełniać) pozwalają im nie dać się zatopić, są heroicznym dążeniem pozyskania istniejącego dla istnienia. V. Frankl powiedziałby (i nie tylko on), że nie wystarczy dążyć do szczęścia, że ono samo w sobie jest unieszczęśliwiające, a ludzie chcą tworzyć wartości. To, co wydaje się często zwodzić bohaterów na manowce to wybór miłości jako najważniejszej wartości, przyzwyczajenie do przyglądania się swojemu odbiciu wyobrażonego ja w Innym w postaci ukochanego oraz próba anonimowego życia bez pragnień, bez podłączenia do świata. Houellebecq jest na pewno orędownikiem struktury, ram i kultury, mówi o frustracjach i niepokojach, pokazuje przerysowane skutki rozsadzenia społeczeństw. Być może uśmierca bohaterów, by nie uśmiercić siebie, giną oni jak Chrystus za niego i za czytelników, a ich brak jest najwyraźniejszą obecnością jaką można sobie wyobrazić.




środa, 19 października 2016

Co łączy Kunderę z rapem?

Frajdy jaką sprawiają mi słowa jeszcze nigdy nie odczuwałam tak mocno. Przekopałam się ostatnio przez mnóstwo wierszy, przeszłam przez brzmienia słów, sensy, dwuznaczności, absurdy, rytmy i tysiące nieporozumień. Uwielbiam słowa. Czasem po dłuższym wpatrywaniu się w nie, tracą sens, są nagle nowością, jak z innego języka. To jedno z dziwniejszych uczuć, podobne do tego kiedy próbujesz wyobrazić sobie nieśmiertelność w wieczności i nagle świadomie czujesz czym jest ta piorunująca nieskończoność.

"Dopóki ludzie są młodzi i muzyczna kompozycja ich życia składa się zaledwie z kilku taktów, mogą ją pisać wspólnie i wymieniać się motywami (tak jak Tomasz i Sabina wymieniali się motywem melonika), ale kiedy są już starsi w momencie spotkania, ich muzyczna kompozycja jest mniej więcej zamknięta i każde słowo, każdy przedmiot oznaczają coś innego w kompozycji jednego i drugiego. Gdybym śledził wszystkie rozmowy między Franzem i Sabiną, mógłbym ułożyć z ich nieporozumień wielki słownik. Zadowolmy się małym słowniczkiem.

Mały słownik niezrozumianych słów (część pierwsza)

Kobieta
Być kobietą oznacza dla Sabiny los, którego sobie nie wybrała. To, czegośmy nie wybrali, nie jest naszą zasługą ani winą. Sabina sądzi, że do przydzielonego losu należy mieć stosunek godny. Buntować się przeciw faktowi, że urodziła się kobietą, wydaje jej się równie niemądre, jak uważać to za wartość."

Jest pewien problem z fragmentami z Nieznośnej lekkości bytu, cytowanie mogłoby się skończyć przepisaniem całej książki. Nie jest łatwo znaleźć autora, która pisze tobą, twoją wrażliwością i doświadczeniem. Taki był dla mnie zawsze Prus, czy pisał emocjonalne powieści czy surrealistyczne nowele, był moim Prusem, był mną. Z każdą stroną Nieznośnej, z każdym zdaniem ulegałam coraz bardziej pochłaniającemu mnie zachwytowi. Kundera ma dla swoich postaci czułość, ale też patrzy na nie z dystansu, na ile jest każdą z nich? Ile przypadków sprawiło, że napisał akurat taką książkę? Ile przypadków mnie dzieliło od tego sięgnięcia po nią (które już nastąpiło dawno) i ostatecznego jej przeczytania? Kundera zajmuje się właśnie takimi nieuchronnościami. Już sama obserwacja, że lekkość może być nieznośna mnie oczarowuje, a mały słownik niezrozumiałych słów jest genialny-kim jest dany człowiek możemy poznać dopiero odkrywając co się kryje za słowami, które wypowiada. Słowa klucze (również przedmioty klucze) i sny klucze, dwie płaszczyzny życia, które mnie fascynują. A oprócz tego mamy bardzo zręcznie wyreżyserowaną historię, poprzecinaną dywagacjami, przystankami, które jednak nie dają nam zatrzymać. Ta książka jest kodem, który odczytałam w całości jako swój. Końcówka co prawda była małym zgrzytem, ale nie zmienia mojego postrzegania Nieznośnej jako małego skarbu, który szybko stał się moim odniesieniem. Muss es sein? Es muss sein! Es muss sein!

Mogłabym chodzić po mieście i pytać w kółko ludzi: Rap jest super, co nie? I znowu - jak ja uwielbiam słowa. We wszelkich piosenkach w ogóle słowa są ważne, ale w rapie chyba liczą się podwójnie. Pozwalają na więcej, można się nimi bawić aż do granic sensu. Są esencją, muszą trafiać w punkt, mogą być prawdą albo przekonującym kłamstwem. Nie jestem starym wyjadaczem, nie słuchałam rapu od zawsze (raczej właśnie nigdy go nie słuchałam), więc gdy jaram się jakimś kawałkiem to jest to piękna świeża namiętność. Z rapem mam jak z wierszami, rzadko coś mi się podoba. Ale jak już mi się spodoba, ekscytuję się totalnie. Nie znam poprzednich albumów Bisza, więc nie mam z czym porównać jego nowej płyty. A jeśli sluchałam (bo Spotify nachalnie mi rekomendował), to to, że ich nie pamiętam i nie zagwiazdkowałam jest już moją recenzją.

Odkrywanie "Wilczego humoru" zaczęłam od pierwszego singla "Potlacz!", poleciał potem w zapętleniu kilkanaście razem. Kawałek zalatuje bardzo Łoną i Webberem, ale to przecież komplement, a po drugie oryginalności mu nie brakowało. Świetny teledysk tak na margnesie.
[Potlacz!]

Gdy na świat już otworzysz okno
Wpada do pokoju deszcz, możesz mocno zmoknąć
Suchej nitki brak, grubych nici splot
Supłuje twój świat w marynarski knot
I trzeba trochę się rozerwać     

Pieprz pozę kontroli, poza kontrolą bądź
I powiedz – no kto ci zabroni?
Czy warto? Interesuje chuj mnie to mnie
Pogardą obdarowuję chujnię hojnie
Wobec ciężkostrawności bytu
Zostaje nieznośna lekkość ręki
Żeby cisnąć w twarz hipokrytów
Śmieciowe umowy, kredyty, papierki
Tych głąbów gęby mnie do głębi gnębią
                                                               
Uwielbiam kiedy wszystko ze wszystkim się miesza. Mamy bardzo fajny język do takich kombinacji. Mamy dużo frazeologizmów, więc podwójnymi (a nawet potrójnymi) znaczeniami można się bawić, tak jak na przykład suchą nitką. Metafory zawsze spoko, zmoknąć i supeł, a rozerwać to już sztos. Odniesienie do Kundery musiałam w tym wpisie wstawić. Tyle słów podobnie brzmi, że rap aż się prosi by je łączyć. "Tych głąbów gęby mnie do głębi gnębią" - to z serii takich zdań, które sama chciałabym pisać i jakoś zwyczajnie cieszę, że się zmaterializowały.

C.R.W Nevinson
The Wave
[Nie obrażaj się]

Znów w zatoce zlewu flota statków grozi abordażem
I pomyśleć – jednym z moich marzeń było marynarzem być

Prysznica spływ znów zapychają dzielone na czworo włosy

Dużo śpię, ale żyję jak zabity [Wilczy humor]

Kiedy czytam takie wersy to myślę, że może dobrze, że nas w szkole katowali metaforami i frazeologizmami. Może to komuś niepostrzeżenie zostaje w głowie. Pamiętam, że miałam taką książeczkę, która poprzez śmieszne historyjki wyjaśniała te wszystkie białe kruki i grube ryby. Dzięki niej zapamiętałam w końcu co to znaczy "piąta woda po kisielu", którego sensu za nic nie mogłam złapać. No a w ogóle to przeczytałam każdą opowiastkę z kilkanaście razy, bo po prostu była to fajna zabawa. To taka dygresja z morałem: nigdy nie wiadomo co cię ukształtuje, wyedukuje i zainspiruje! No i pozycja obowiązkowa dla dzieciaków. (Właśnie doszłam do wniosku, że mój blog mógłby zamienić się w polecanie mega książek dla dzieci. Moje dzieciństwo stało pod ich znakiem.)

Ale wracam do "Wilczego humoru". Muzyka Radexa to przede wszystkim nieoczywista prostota. Podoba mi się glównie w tych odsłonach minimalistycznych, kilka dźwięków na krzyż. Wydawałoby się, że to po prostu takie nic. Gdyby rozdzielić bit i słowa to nikt by nie podejrzewał, że to się jakkolwiek zgra. I to zgra w tak unikalne kawałki. "Wszystko na płycie zrobione zostało metodą chałupniczą – uczyłem się od początku i sam sprawdzałem jak działają poszczególne patenty, wszystkie dźwięki praktycznie ustawiałem za pomocą myszki. Żadnej automatyki, żadnych długich loopów. Dlatego też praca zajęła bardzo dużo czasu i przypominała tkanie gobelinu. Jako absolutny debiutant, nagrałem płytę wyjątkowo intuicyjną (...)"- mowi Radex. Eksperymentalne intuicyjne poszukiwania bardzo słychać w tych kompozycjach. Trzeba mieć pewność siebie i samoświadomość, żeby tak nie bać się skromności i nie szukać oszałamiającego efektu, a dać charakterystyczne niepowtarzalne tło podbijające tekst i treść. Żałuję, że nie mogę całej płyty okrzyknąć moim objawieniem, podoba mi się mniej więcej połowa utworów. Ludzie w ogóle się podzielili, jedni nie odnajdują się stylistyce, tak swobodna do granic konwencja ich odrzuca, inni są zachwyceni bezkompromisową twórczą zabawą. Jest jeszcze grupa tych, którym "siadło" po kilkukrotnym odsłuchaniu.

Wartością nie do przecenienia, dzięki której dałam się tak wciągnąć w świat Bisza są nawiązania. W końcu studiował filologię polską przez rok, ostatecznie skończył kulturoznawstwo. Fajnie gdyby istniał rap jako intelektualna zabawka.
[Pogoń]

Jest coś do – ot tak – zrobienia
Zrobiłby to nawet Gang Olsena
Jeśli się nie uda trzeba będzie grać od zera
Skończymy na bruku jak... fortepian Chopina?
Olej kamuflaż, nie wtapiamy się w nic
Do niczego nie podobni, wyjęci
Spod prawa i lewa, i spod poły płaszcza


Ten ostatni wers mnie niezmiennie zaskakuje swoją zmyślnością. W ogóle (o czym już pisałam na blogu-http://klarakluczykowska.blogspot.com/2015/10/zapomniane-uczucie-zdziwienia.html) umięjętność budowania czegoś niespodziewanego, czysta niespodzianka, to coś co lubię najbardziej na świecie.

[Nie mam głowy]

Mam swój film, za który czeka mnie tu lincz jak David
Prosta historia tak wymownie pozbawiona puenty

Może jestem prosta (hehe), ale nie mogłam się nie uśmiechnąć, kiedy to usłyszałam.

Słuchajcie, czytajcie, odkrywajcie!
Charles Piazzi Smyth
The Great Comet of 1843



niedziela, 7 lutego 2016

Piszcie, piszcie, inaczej będziemy zgubieni

Nie lubię tego słońca (tego prawdziwego), które zaświeciło dziś w Warszawie. Nagle zrobiło się tak jasno, że nie można się nigdzie ukryć. Nie znoszę ciemności za dnia, ale już ją oswoiłam. Teraz znowu muszę się przestawić. Najgorzej, że wydaje mi się, że wnętrza nie da się uchronić przed promieniami, które przenikają Cię i powodują dreszcze. Nie mam ochoty na żadne napromieniowywanie. Ale ludzie są zachwyceni i chcą więcej, to cieszy - możne tylko ja jedna jestem w takim nastroju!
 

Po niebie sztucznym jak makieta - niebieściutkim, bez jednej chmurki - leci samolot. Wyraźny, świetnie widoczny. A ile takich wcześniej przeleciało niezauważonych? Choćbyśmy nie wiem jak chcieli i wytężyli wzrok - nie zobaczylibyśmy ich. Wszystko wydaję mi się dziś nierzeczywiste. Czytam "Dziennik roku Węża" Siemiona i cieszę się jak głupia, że ktoś tak podobnie patrzy na świat i na siebie. I ma tyle samo wahań i wątpliwości co ja. 

Zazdroszczę autorowi, że pisze coś wykoncypowanego, żeby chwilę później bez ładu i składu zarzucać nas myślami i tym co akurat przyszło mu do głowy. "Cały ten dziennik momentami zmienia mi się w spis żartów bez adresata." Wszystko wydaje się takie autotematyczne, ciągła analiza tego o czym pisze i o co właściwie mu chodzi. Ale to w końcu dziennik (z góry zakłada skupienie się na sobie), to mi się podoba, ta niepewność i pytania wydają się całkiem naturalne. Potrafi wprost, bez żenady przyznać: "Tyle noszę w głowie rozmaitego dobra, szpargałów, odkryć i olśnień, a właściwie nie mogę tego wszystkiego nikomu przekazać." Dlatego męczę ludzi, żeby pisali, najlepiej bloga - żebym mogła to czytać. Tyle rzeczy gdzieś tam się przewala w głowach i znika bez śladu, nie daje mi to spokoju. Podziwiam umiejętne posługiwanie się słowami, składanie swoich wrażeń w zamknięte zdania i akapity. Czytałam niedawno o tym jak topnieje jedno z najdelikatniejszych intymnych uczuć - zachwyt.(/http://podnaporem.pl/ostudzone-zachwyty/) Jak łatwo można to zniszczyć w kimś i jak łatwo to zniszczyć w sobie, jak łatwo topnieje w nas. Ale ostudzony zachwyt to jak zamrożone ciepło. Na tym samym blogu wzruszyłam się czytając o wieczorze wigilijnym, są tak uniwersalne stany, że trudno nie pisać o nich banalnie lub nie przerysowywać. A tu się udało - http://podnaporem.pl/swieta-rodzina/. Linki niestety już nieaktywne. I tak właśnie wszystko znika.


Dawno dawno temu, nauczyłam się, że mogę być z siebie dumna tylko wtedy, kiedy inni są ze mnie dumni. To był warunek istnienia mojej własnej dumy. Nie mówię o takim wewnętrznym zadowoleniu, duchowych zwycięstwach, tylko o prostej dumie. Realizowałam założenia i plany, starałam się o dobre stopnie itd., zwyczajnie starałam się by były powody, żeby ktoś był ze mnie dumny. Dlatego teraz najbardziej dziwi mnie, że gdy na czymś mi zależy i to się udaje, to moja radość jest tak wielka, że nikt po ludzku nie może jej ze mną dzielić. Nie rozumie co w tych osiągnięciach jest aż tak wspaniałego, by się nimi zachłystywać. A ja rozumiem - bo są wreszcie moje. Chyba już tak zostanie, dziwna zmiana.

PS Kero One odkryty właśnie dzięki Dziennikowi.





poniedziałek, 21 grudnia 2015

Pomysły na prezent!


Siostra leży u mnie w pokoju i mnie męczy. Szybko muszę napisać to co chcę i idę się z nią... bawić? Zachowujemy się nadal jak małe dzieci, dokuczamy sobie, rzucamy wściekłe spojrzenia i jednocześnie umieramy ze śmiechu. Bardzo Ją kocham, przeraźliwie się cieszę, że jest w tym samym mieście, domu, a czasem pokoju. Teraz się obraziła i poszła zjeść kawałek ciasta.

 Tę płytę wzięłam do ręki, bo spodobała mi się okładka. Niezbyt to oryginalne ani mądre, ale tak bywa. W muzyce nie lubię ascezy, bardziej cieszy mnie pełnia brzmienia, przejrzysta forma, soczyste dźwięki, niż wyselekcjonowane i powtarzane na okrągło nuty i akordy bez konkretnej całości. Współczesne eksperymenty zawsze mnie irytowały,  kilka dźwięków na krzyż zagranych na pianinie ot tak, nigdy nie wzbudzało mojego entuzjazmu. A tu współbrzmienie fortepianu z elektroniką mnie zaskoczyło, jakby od zawsze w kosmosie było takie połączenie, a ja usłyszałam je pierwszy raz w życiu. To jak odkryć na nowo smak, którego nigdy się nie lubiło. Smyczki, perkusja, gitara tworzą lub dopełniają brzmień niektórych kawałków. Ostrzegam tylko, że nie można ich słuchać jako podkładu do innych czynności, takiej funkcji nie spełniają (choć gdy już się do nich przyzwyczaimy to czemu nie). Najlepiej zacząć od słuchania w samotności, zamknąć oczy i odkryć jakie emocje w nas wywołują. Zdecydowanie jest to przeżycie bardziej mistyczne niż estetyczne. Można to potraktować jako formę medytacji. Myślę, że nie jest to płyta dla wszystkich (i nie mam tu niczego złego na myśli). Niektórych może zmęczyć lub zdenerwować. Może być magiczną furtką na specjalne okazje, jako prezent pod choinkę na Święta nadaje się świetnie. Ludovico Einaudi stworzył soundtracki do takich filmów jak "Nietykalni" czy "Samba". I tutaj niektóre kawałki brzmią filmowo, ale obrazy możemy sobie sami tworzyć w głowie, za każdym razem inne i przesuwać je jak zdjęcia rzucane z rzutnika. To płyta dla każdego, kto lubi zmysłowe układanki w wyobraźni i fascynuje go odkrywanie nieznanych brzmień. Ciekawe jest to, co sam Ludovico mówi o swojej najnowszej płycie: “Dostrzegłem nowe obszary – znajdujące się na krawędzi tego, co wiem i czego nie wiem – które od dawna chciałem wykorzystać twórczo: mity o stworzeniu, układ okresowy pierwiastków, geometria Euklidesa, pisma Kandinskiego, natura dźwięku i barwy, pędy dzikich traw na łące, różnorodne krajobrazy. Przez dłuższy czas chodziłem mając  w głowie mętlik obrazów, myśli i uczuć. W pewnym momencie wszystko stopniowo znalazło swoje miejsce, jakby wszystkie te elementy były częściami jednego świata, a ja wraz nimi.” Pewnie sama ta wypowiedź by mnie nie zachęciła, pomyślałabym, że to kolejny eksperymentator, który dorabia niezwykłą ideologię do swoich miernych kawałków. Ale myślę, że warto spróbować, mnie udało się usłyszeć coś nowego na krawędzi znanego mi świata i tego nieznajomego i może niezgłębialnego.




Moje inne propozycje to oczywiście książki, polecam te, o których pisałam lub wspominałam na blogu.
 Ale dlatego, że wg mnie lepszą książką Nichollsa był jednak "Jeden dzień" to również tu wrzucam. To opowieść, która spełnia wszystkie możliwe wymagania. Ma charakterystycznych, interesujących bohaterów, z którymi łatwo nam się identyfikować. Historia, na szczęście nienachalnie i  nie po chamsku, wzrusza. Jest w niej kilka fragmentów - perełek i spostrzeżeń w punkt. Przekaz banalny, ale w Święta chyba najważniejszy czyli dostrzegajmy i doceniajmy to co mamy. A! I te książki bardzo dobrze się czyta, czysta przyjemność.




Wersja  dla filmomaniaków
Obsada, chemia między głównymi bohatermi i muzyka, to najmocniejsze strony filmu.
Arcydzieło to nie jest, ale do obejrzenia z najbliższymi w aurze zapachów domowych wypieków, wystrojonej kolorowymi bombkami i rozmigotanej światełkami choinki - jak najbardziej.


A jeśli ktoś szuka czegoś wybitnego, co oprócz niezwykłej przyjemności czytania, zachwyca nieoczywistością w warstwie treści i języka, to tylko Marai. Tu jedno zdanie możemy czytać kilka razy, nie mogąc się nadziwić, w jaki mistrzowski sposób zostało skonstruowane.  U Maraia z uderzającą swobodą płyną zdania.


Fenomenalna lektura na Święta, gdy mamy więcej czasu, żeby się zachłysnąć i zachwycić czymś naprawdę znakomitym.



Tu mam pewien zgrzyt, czy taką książkę można położyć pod choinką. Mogę zapewnić, że tu nie chodzi o przedstawienie koszmaru obozu (choć oczywiście pojawiają się opisy różnych zdarzeń), raczej o podkreślenie wyboru jaki ma człowiek i wlanie w nas nadziei, że prawo do decydowania mamy zawsze, nawet w takich warunkach. Frankl, profesor filozofii i psychiatra, dzieli się swoim doświadczeniem pobytu w obozie, i w sposób bardzo konkretny i jasny opisuje nieśmiertelność człowieczeństwa. Ani cierpienie, ani zło, nie ma nad nami mocy. A jak nie dać zgody na panowanie nad nami czegoś czy kogoś (bo przecież jest to problem uniwersalny, który pojawia się też w naszym normalnym, codziennym życiu)? Tego właśnie możemy się dowiedzieć, a przynajmniej obserwować przykłady, które daje nam Frankl.




*tak to ta okładka
Niedawno, w 125. rocznicę urodzin Christie, ukazały się nowe wydania wszystkich (uwaga!) powieści, które pisała pod pseudonimem Mary Westmacott. Bardzo mnie to ucieszyło, bo poprzednia (z zamierzchłych czasów) okładka była tragiczna i pamiętam jak było mi wstyd trzymać taką książkę w rękach*, chowałam się z nią po kątach... Już w kryminałach widziałam, jaki Christie ma zmysł obserwacji i że nie są to takie ot, zwykłe kryminały. Moja miłość zaczęła się od "Dziesięciu murzynków", niezwykła to była przygoda. Potem moja przyjaźń z Christie tylko się rozwijała. Pamiętam podczas czytania pierwszej książki była mi kompletnie obca...To takie dziwne uczucie. Bo teraz jest mi bardzo bliska. Czytałam jej autobiografię, wiem, że to własnie takie, mocno psychologiczne historie, chciała pisać.

"W samotności" (właściwy tytuł to Samotna wiosną), fabuła jest bardzo prosta. Joan spotyka nieoczekiwana przerwa w podróży do domu, musi bezczynnie czekać w zajeździe na pustyni, aż dotrze tam jedyny środek transportu jakim jest pociąg. Joan spędza kilka dni w samotności, a my obserwujemy pochłaniający ją, rwący strumień myśli, których nie może odgonić.
Idziemy przez życie prosto. Mamy obowiązki, przyjmujemy pewne role, córki, studenta, blogera lub marudera. To niby dobrze. Ale ile kryje się tam kłamstw, ułudy, zmyśleń na swój temat. Gonimy zamiast się zatrzymać i zastanowić gdzie biegniemy. Jaki jest nasz cel? Czy kogoś zraniliśmy czy popełniliśmy jakieś błędy? Brzmi banalnie. Ile jest książek, poradników na ten temat. A jednak, zakończenie jest totalnym zaskoczeniem (którego oczywiście nie zdradzę). I znowu, puenta jest mocna i wiele o nas mówi. Popłakałam się po zamknięciu książki.





Jeśli chodzi o prezenty to tak naprawdę najlepszy nic nie kosztuje. Trzeba poświęcić tylko kilka chwil. Weź kartkę i długopis, napisz komuś szczerze co czujesz, za co mu dziękujesz i czego mu życzysz. To przecież nie jest trudne, a daje ogromną radość. Listy to cudowny wynalazek, wszystko może zaginąć, zniszczyć się, a słowa zostawiają ślady wyryte na sercu i chodzimy z nimi po świecie do końca życia. Chodźmy z tymi dobrymi i pięknymi, dajmy je sobie nawzajem.


Świąt, które odmienią na lepsze wszystko w nas, życzę sobie i Wam <3

sobota, 19 grudnia 2015

Co robię po nocach?

Jest wpół do czwartej rano. To zdecydowanie moja pora. W nocy żyję na pełnych obrotach, nie wstydzę się żadnej myśli i żadnego pragnienia. I już dłużej nie mogłam wytrzymać bez napisania czegoś, co kilka godzin chwyta mnie potrzeba opublikowania postu, bo tematów mam coraz więcej. Jeśli będę tak czekać to mogą skamienieć i nie nadawać się już do niczego.


Zaczęłam eksperyment, a raczej dopiero zaczęłam czytać o tym jak go zrealizować. Przeżyć rok tak jakby był on ostatnim. Jak to świetnie brzmi! Jaką daje wolność!

Psychologia cały czas bardzo mnie fascynuje, chętnie przeglądam poradniki, szukam zdań, które mogą być moimi, rad, które mogą mi pomóc. Uwielbiam korzystać z doświadczenia innych, obserwować ile wyciągnęli dobrego ze swoich przeżyć i w jaki sposób się tym dzielą. Bardzo lubię pytać albo przynajmniej szukać w sobie pytań. Nie znajdziesz żadnej odpowiedzi, jeśli wcześniej nie ma w Tobie pytania. 




Chciałabym mieć konkretny temat tego postu, ale niestety za dużo chciałabym naraz. Teraz najchętniej sięgnęłabym w końcu po "Dziennik" Máraia, chciałabym pochłonąć chociaż tę jedną, pierwszą stronę. Albo zanurzyć się w jego "Magii", dokończyć opowiadanie stamtąd i odkryć początek kolejnego. A co z "Sindbad powraca do domu"? To też jest napoczęte. Mam już niezły zbiór fragmentów i zdań, które mnie zachwyciły.

Ta kobieta po troszeczku, niby w walizeczce, z jaką kobiety z prowincji zwykły nocą uciekać w świat z łóżka swych chrapiących mężów-tyranów, wniosła w życie Sindbada to wszystko, czego na próżno szukał przez pięćdziesiąt pięć lat po kawiarniach, pokojach karcianych, śmierdzących saletrą karczmach, klubach wypełnionych kwaśnym zapachem ludzkich zmartwień, wśród przeżartych przez mole pluszowych obić mebli w pokojach do wynajęcia zatęchłych i rozpadających się czynszówek Śródmieścia. Wniosła zapach domu, który Sindbad utracił w dzieciństwie, a którego potem, węsząc niespokojnie jak wyżeł, poszukiwał po całym znanym sobie świecie.

Moja Mama kocha Máraia. Gdy zniknął "Dziennik" w domu zawrzało. To dzieło pożyczyć i nie oddać to grzech śmiertelny. Twardoch, mimo ciężkich warunków podczas przemierzania Spitsbergenu, targa tę biblię-cegłę w plecaku. Czy potrzeba większej rekomendacji? Mnie nie.
Napisałabym też teraz o studiach. Ostatnie zajęcia z odmiany nazwisk - w tym poście bardzo mi się przydały, węgierskie-brak apostrofów. O wczorajszych wieczornych toastach na retoryce, najbardziej praktycznym przedmiocie w tym roku. Ale na wszystko przyjdzie czas, mam nadzieję.

Śledźcie Sztukę sztuki, bo może znajdziecie pomysły na prezent pod choinkę (w tym macie już kilka). Będzie też trochę polityki, ale w formie odpowiedzi na tekst Betlejewskiego [klik] http://mediumpubliczne.pl/2015/12/mielismy-dla-ludzi-pis-tylko-klamstwo-szyderstwo-i-przemoc/.
Do zobaczenia!

niedziela, 25 października 2015

Zapomniane uczucie zdziwienia


Delicado po raz pierwszy


Petra Delicado - pani inspektor, która w ogóle nie jest delikatna. Choć wrażliwa na swój sposób. Ma podwładnego Fermina Garzona, ich relacja jest bliższa niż normalnie w podobnych wypadkach.
Od tej książki po prawej zaczęłam fascynującą podróż po najciemniejszych zaułkach Barcelony, jej barach i slumsach, dużo czasu spędziłam na komisariacie oraz w domu Petry. Nie jest to pierwsza z cyklu książek o tych bohaterach (zmylili mnie błędnym opisem na tyle okładki) - ale w niczym mi to nie przeszkodziło. Zostałam wrzucona prosto w środek ich życia, które głównie polega na pracy. Gimenez-Bartlett nadaje policyjnej rutynie tak ekscytujący odcień, że z błyskiem w oczach pochłaniałam kolejne kartki.

To tylko wstęp! Kończę piątą część i muszę się przyznać, że zyskałam towarzyszy, z którymi nie mogę się rozstać. Czegokolwiek bym nie napisała o Petrze, to nie uda mi się nakreślić nawet w minimalnym stopniu tego jaka jest. Każde zdanie zabrzmi pusto, bo Petrę poznałam w działaniu, w zdaniach, które bawią do łez, w pomysłach, za którymi nie da się nadążyć. Jest twarda i sarkastyczna, walczy ciętymi ripostami z Garzonem i wszystkimi dookoła. Pani inspektor jest też feministką, która nie da sobie w kaszę dmuchać i nie da się otoczyć opieką tylko dlatego, że jest kobietą. Ale da się lubić. Jest pełna życia, radości i w gruncie rzeczy, można się z nią zaprzyjaźnić. Po dwóch rozwodach nie chce sobie już zaprzątać głowy związkami, które mogłyby mieć swój finał przed ołtarzem.

Seria, tak nie bójmy się powiedzieć tego na głos, kryminałów - ma coś, co zwaliło mnie z nóg. Nie chodzi o poziom komplikacji zagadek, bo nie one są tu najważniejsze. Chodzi o uczucie totalnego zdziwienia. Nawet nie dzięki zwrotom akcji w trakcie śledztwa. To drobne rzeczy, które każą mi zamknąć na chwilę książkę i otworzyć oczy szeroko ze zdumienia,  potem buzię, a na koniec wybuchnąć śmiechem. Alicia Gimenez-Bartlett błyskotliwie i z naturalną łatwością odpowiada na pierwotną i dziś spychaną na dalszy plan, potrzebę bycia zaskakiwanym. O tym uczuciu trudno się piszę. Często celowo jesteśmy wpuszczani w maliny, żeby potem móc się zdziwić. Ale nie tutaj. Zdziwienie pojawia się tak naturalnie jak każda inne uczucie, nikt nas w nie nie wprowadza, na szczęście! W takie nieoczywistości, które wytrącają historię z jej zwykłych torów, obfituje przede wszystkim życie Garzona, który...

O tym i wszystkim innym, w następnych poście!

PS Pierwsza część cyklu to "Śmiertelne rytuały" - ale jak zaczniecie od tej co ja, to nic nie stracicie. Myślę, że nawet dobrze się stało - takie urozmaicenie wyzwoliło dodatkową ekscytację podczas czytania.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

"My" Davida Nichollsa

Porównując do "Jednego dnia", ta wydaję mi się odrobinę gorsza. Zabrakło tej piankowej lekkości oraz nie ma dużej ilości charakterystycznych postaci i intensywności ich przeżyć. Ale chyba tak miało być, trochę bardziej ascetycznie. W końcu temat niezbyt radosny. Rozpadające się małżeństwo oraz rodzina. Ale nie zabrakło humoru ani ironii, musiałam przerywać, żeby się wyśmiać.
-Jak Ci na imię, mój nowy przyjacielu?
-Paul-odparłem, i co było straszne, lecz nieuchronne, dodałem: Newman. Paul Newman.

Jest też trochę szaleństwa, gdy Douglas przemierza Europę w poszukiwaniu syna, który postanowił urwać się z rodzinnej wycieczki.
Jaka piękna ściąga!





W tle Wielka Podróż czy też Wielkie Wakacje, które główny bohater traktuje jak ostatnią deskę ratunku, by uratować swoje małżeństwo. W tle muzea i kryjące się w nich dzieła sztuki, aż chcę się rzucić wszystko i tam jechać. Nie jest to patetyczne, a jak już wspomniałam ironiczne. Główny bohater jest wobec siebie krytyczny, męczymy się razem z nim, gdy próbuje dochowywać zbyt wielu postanowień lub gdy zachowuje się typowo dla siebie (trzeba przyznać, że bywa irytujący). Ale lubimy go.
Autor oddał na przykład atmosferę Wenecji tak, że musiałam westchnąć "tak właśnie zawsze się tam czułam, ale nie umiałam tego opisać słowami". I po to są pisarze.
"(...)ilekroć spacerowałem opustoszałymi uliczkami i smaganymi przez deszcz promenadami, ogarniało mnie obezwładniające przygnębienie, jednak było to przygnębienie dziwnie przyjemne. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek był smutny i szczęśliwy zarazem."

Kiedy myślałam, że Nicholls posłużył się banalnym schematem i wszystko zmierza do oczywistego zakończenia, przyjemnie mnie zaskoczył. Co prawda początek części dziewiątej i ostatniej, jest tak suchy i niepasujący do całości, że wydaje się być napisanym na odczepnego. Ale dobrze, że nie ma rozwodzenia się i zbędnych słów. To w pewnym stopniu uspokaja i pozwala przełknąć ciężkie zakończenie, którego się nie spodziewamy. Czytając ostatnie strony słuchałam motywu z "Zawrotu głowy" (tego z poprzedniego postu) co było bardzo emocjonalną mieszanką i oczywiście łzy napłynęły mi do oczu. Tę muzykę i książkę łączy jakieś poczucie niewiarygodnego żalu i straty, a mimo wszystko pobrzmiewa szczęśliwa nuta minionych i przyszłych radości.


To jest najsmutniejsza szczęśliwa książka jaką czytałam! Małżeństwo kompletnie niedobranych ludzi, które pokazuje nam, że choć nie wiemy dokąd zmierzamy, wszystko jest coś warte, a niektóre rzeczy po ludzku nieuniknione. Nicholls chyba lubi pisać o nieuchronności losu, ale na szczęście w sposób subtelny. 

PS Nie można było skopiować oryginalnej okładki lub stworzyć czegoś - dobra nie czepiam się. Wypukłe  I LOVE stworzone z imienia i nazwiska autora. Tak to się robi :D

PS2 Teraz się dodaje do książek naklejki w ramach zachęty. Nie narzekam. Lubię naklejki. Lubię też nie wkładać do książki zagiętej na pół białej karteczki, więc znalazły zastosowanie jako zakładka.

czwartek, 25 czerwca 2015

Książki po raz pierwszy

Usiadłam by napisać post, ale spędziłam godzinę na zmienianie szablonu. Tak to już jest. Chciałabym już tylko pisać, a nie się bawić tłem. Ale wiem, że ważne jest, żeby dobrze się to czytało, nie tylko ze względu na treść. Mam wielkie plany, aby pisać codziennie! Nie zawsze pewnie (tym bardziej w wakacje) będę miała dostęp non stop do bloga, ale każdego dnia wymyślę temat - a potem uzupełnię.

Dziś - odpoczynek po zakończonej sesji. Obiecałam sobie czytać, czytać i czytać. Zarzuciłam to tak, że mogę teraz tylko przeklinać do stu diabłów. Empik. Najprzyjemniejsze rozczarowanie, widzę z frontu okładkę "Innych kolorów" Orhana Pamuka, sięgam, próbuję wyciągnąć. Udaję mi się to z trudnością, bo to gruba księga. Ach...

Ale wyszłam z najnowszą powieścią Davida Nichollsa, tego od "Jednego dnia". Tak się kończą ambitne plany i rozpoczęte opowiadanie Henry'ego Jamesa. A propos niego - to Tacie dałam na Dzień Ojca, książkę zainspirowamą prawdziwymi wydarzeniami z jego życia. Gdzieś w tle podobno nawet jest kilkuletnia Agata Christie. To niesamowite. Lodge jest mistrzuniem, sama zmuszę się do przebrnięcia przez książkę w oryginale.

A co robię jak zaczynają kusić i zwodzić jednocześnie okładki i tytuły? Szukam wtedy po wydawnictwie: NOIR SUR BLANC. Można kupować w ciemno. Dobranoc.