Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 maja 2020

David Lodge czyli książki mojego ulubieńca



Z Lodgem łatwo się zakumplować, a już po kilku jego książkach, każda kolejna jest jak przyjemny powrót do znanego stylu, humoru, ale jednak całkiem nowej, niepowtarzalnej opowieści. Co jak co, ale historię to on umie zbudować. Plecie ją z takich cieniutkich niteczek codzienności, co wzmacnia efekt realności, a do tego mamy wstęp do głowy bohaterów. Satysfakcjonujące doświadczenie, mimo bardzo prostej, wręcz schematycznej fabuły, ale tylko Lodge potrafi z takim wdziękiem dać czytelnikowi poczucie, że w życiu jednocześnie nic nie ma znaczenia, jak i wszystko ma sens.

Zaczęłam swoją przygodę od "Kinomanów". Ten najdziwniejszy zestaw bohaterów tkwi w mojej głowie do dziś, odpryski ich surrealistycznych przygód również. To jest książka gęsta i chyba najbardziej literacka z tych, które do tej pory przeczytałam.

Z kolei "Terapia" to bardzo refleksyjna podróż. Oswoiła mi Kierkegaarda, wkradł się niepostrzeżenie w moje życie. Dzięki niej późniejsze sięgnięcie po tego filozofa nie wydawało mi się krokiem w przepaść i niedostępną myśl filozoficzną, ponieważ śledziłam jak towarzyszy on bohaterowi książki jako punkt odniesienia i komentator.

W "Skazanych na ciszę" jest polski akcent historyczny. Dużo tam też zabawy słowami i komediowych sytuacji, w końcu głównym bohaterem jest głuchnący lingwista. Zmagający się ze swoim starzeniem, ale też odchodzeniem ojca, bolesna książka, zahaczająca o najcięższe doświadczenia i dylematy. Byłam czasami oburzona zachowaniem głównego bohatera. Warto wspomnieć, że w tym czasie sam autor zmagał się z postępującą głuchotą, jest to powieść dość autobiograficzna i tym samym jeszcze bardziej dojmująca.

"Gorzkie prawdy" połyka się za jednym zamachem, bo i krótkie, i akcja płynie wartko. Lodge w pigułce, zabawny, ironiczny, ale też refleksyjny i czuły. I ten przypadek, jako najwyższa forma konieczności - bardzo dobry motyw. Jest to przeróbka sztuki teatralnej, więc łatwo można wyobrazić sobie jaki panuje w niej klimat. Czwórka bohaterów odtańcowuje w jednym domku na wsi dziwną choreografię. Ale jak zwykle są targani podmuchami losu, nad którymi nie mogą zapanować. Lodge lubi pobawić się telenowelą w swoich powieściach, i tu jest tego posmak. Intryga jest odmieniana przez wszystkie przypadki, sekrety wyciągane są na światło dzienne, a wszystko posypane jest szczyptą kontrowersji. Lodge smakuje trochę Houellebekiem, bohaterowie to przede wszystkim mężczyźni w średnim wieku, raczej spełnieni zawodowo, czasem wręcz zarabiający powyżej średniej, zmagający się ze swoją egzystencją. Bohater "Możliwości wyspy" to komik piszący kontrowersyjne skecze, a bohater "Terapii" to autor popularnego sitcomu. Houellebecq jest mroczniejszy, choć dużo pisze o wielkiej miłości, o której Lodge za często nie wspomina, bardziej interesują go romanse i ich dynamika. W ich powieściach seks zajmuje sporo miejsca, często traktowany dość instrumentalnie, odbija w soczewce problemy współczesnego zachodu. Oboje naśmiewają się z osiągnięć cywilizacji, punktują ostro płytkość dążeń człowieka i tego, co go otacza. Zajmują się zawodowo beznadzieją. Zainteresowani są głównie sensem istnienia, samotnością i śmiercią, a formą bywa często pamiętnik. Houellebecq upycha w swoich powieściach więcej polityki, wątki rozgałęziają się w różne strony, bogactwo, obfitość myśli - można by rzec. Lodge jest prostszy, lżejsze jest jego "tu i teraz", ono należy do bohatera, a nie do całego świata z jego zaduchem. "Wszystko może nas spotkać w życiu, przede wszystkim zaś nic." - twierdzi bohater "Platformy". U Lodge'a dzieje się dużo, znaczy to wiele, a wszystko razem nic. Gorzko-lekkie, oczyszczające, ale co najważniejsze, to świetna rozrywka.

niedziela, 20 października 2019

Kłopot z istnieniem w powieściach Houellebecqa

Co każe ginąć bohaterom Houellebecqa?



Laura Knight - Dark pool

W powieściach Michela Houellebecqa bohaterowie dość często umierają, a część z nich popełnia samobójstwa. Oprócz marnego końca, wydaje się, że ich egzystencja to codzienna, przewidywalna, urytualniona wegetacja pozbawiona sensu. Poszukują oni jednak doznań, które mogłyby dodać wartości ich życiu lub przynajmniej uczynić je lżejszym. Według Houellebecqa zawsze kończy się to katastrofą. Już po przeczytaniu kilku jego powieści, wiemy, że szczęście bohatera jest pozorne w tym sensie, że zawsze minie, a on sam wpadnie w otchłań. W momencie uczucia radości podczas czytania, jednocześnie przeczuwamy tragedię. W tej zabawie z oczekiwania czytelników, Houellebecq jest bardzo ironiczny i wyciąga na powierzchnię niemożność zaspokojenia się. Emmanuel Levinas w eseju “O uciekaniu” twierdzi, że wszystko zaczyna się od złego samopoczucia, które rodzi potrzebę. Ta potrzeba jest tym nagląca, im większe jest cierpienie odczuwane przez jednostkę. Próbujemy się zaspokoić, szukamy przyjemności, w niej (a może bardziej w rozkoszy) wychodzimy poza siebie. W ekstazie gubimy samych siebie. Po przeżyciu jej czujemy się znowu rozczarowani i pojawia się znowu potrzeba.



To, co przełomowe w myśli Levinasa to intuicja, że próbujemy się zaspokoić, nie by się dopełnić, nie z powodu braku, który czujemy. Levinas pisze: Potrzeba wyraża raczej obecność naszego bycia niż jego niedostatek.  Michel z “Platformy” tak właśnie opisuje akt seksualny: ciało cieszy się samym faktem, że jest na świecie. Po śmierci ukochanej Valérie w zamachu terrorystycznym, po pragnieniu zemsty i ucieczce w pisanie, wie jednak, że gdyby pozwolił [znowu] namiętności ogarnąć ciało, w ślad za nią szybko pojawiłby się ból. Decyduje się na śmierć, ponieważ rozumie, że inaczej musiałby znaleźć sobie cel, a tego już nie chcę zrobić. U Levinasa bycie nie jest określane w odniesieniu do jakiegoś Innego. Bycie jako strumień “jest się” (il y a), istnienie bez wyjścia skłania ku ucieczce i wyjście z niej jest jednoczesnym powrotem do siebie.


Systemowy pomysł ułatwienia ludziom bliskości cielesnej w postaci legalizacji pigułki antykoncepcyjnej w 1967 roku, nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Jest to ważna data w twórczości Houellebecqa. Postaci przez niego kreowane uciekają w seks, co czasem przeradza się w manię jak u Bruna z “Cząstek elementarnych”. Być może to nie mdłości, a właśnie akt seksualny to skonstatowanie swojej obrzydliwej, nieodwołalnej obecności? Istnieje jednak różnica, mdłości wydobywają się samoistnie z nas, są odruchowe, a nie wynikają z potrzeby (chyba, że mówimy o potrzebie oczyszczenia), ale podobnie jak w seksie, ważna jest cielesność i bycie tu-oto. Z nagością (obecnością nas dla nas samych) wiąże się ze wstydem (niezdolnością do zerwania z samym sobą). Bohaterowie Houellebecqa nie czują wstydu z powodu nagości, ciało staje się obce (podobnie jak w przykładzie u Levinasa ciało siłacza czy tancerki podczas pracy), choć w tej swobodzie nie upatrywałabym negowania swojej materialnej postaci. Zaryzykowałabym tezę, że seks wiąże istniejącego z istnieniem, następuje rodzaj pełni i świadomości.

Bohaterzy Houellebecqa myślą o świecie bez nich, po ich śmierci. Michel zdaje sobie sprawę z fenomenu obojętności świata, o którym pisał Leszek Kołakowski. Wie, że zostanie szybko zapomniany, że tak naprawdę nic się nie zmieni. Bohater “Poszerzenia pola walki” cieszy się, że przetrwa jako udokumentowany przypadek medyczny w pracy magisterskiej. Oznacza to być może jakąś wolę bycia w obliczu planowanego nieistnienia. Albo jest to intuicja, że brak jest obecnością albo że nicość nie istnieje. Sam Houellebecq twierdzi, że oprócz chorego na depresję informatyka z “Poszerzenia pola walki”, jego postaci mają wolę życia. Wspomniany informatyk tnie się, na terapii ucieka w abstrakcję, głosi tezy socjologiczne i intelektualizuje, trudno mu skupić się na sobie. I dla Houellebecqa, i dla Levinasa jest to przejawu najgłębszego zagubienia się w świecie, istniejący musi się ciągle konstytuować w świecie, a nie zapominać o sobie.

Bohaterowie przytaczanych powieści czują, że ich los jest zdeterminowany. Michel po śmierci Anabelle mówi, że czuł, że wszystko zmierzało do tego punktu (niespełnienie nastoletniej miłości i tragizm losu obu postaci). Uciekł w naukę i pracę, przyczynił się do postępu nauki, ale to nie przyniosło zaspokojenia. Podobnie bohater “Serotoniny” wyłuskuje moment, w którym jeszcze mogło mu się udać być szczęśliwym z ukochaną, a potem już tylko pustka i obsesja na jej punkcie bez możliwości spełnienia. Wydaje się, że to oni sami siebie unieszczęśliwiają podobnymi założeniami albo szukają w ten sposób przyczyny swojego złego stanu. Bohaterowie Houellebecqa uciekają w konsumpcję (nie tylko towarów, ale też mediów jak Michel po śmierci ojca w “Platformie”; telewizor to też konieczny element wystroju ostatniego miejsca zamieszkania przed samobójstwem bohatera “Serotoniny”). System kapitalistyczny wymusza ten pęd i zaspokajanie kolejnych potrzeb. Jeśli nie idziesz do przodu, giniesz - mówi Valérie do Michela. Ucieka ona w pracę, która daje niezależność, status oraz satysfakcję, lecz gdy biznes seksturystyczny zostaje zdemaskowany, katastrofa oznacza zanik wszelkiego poczucia sensowności i spełnienia. Ale przesłanie Houellebecqa, o którym mówi w wywiadach brzmi, by walczyć i tak przekraczać samego siebie. Podobne zalecenie zdaje się wysnuwać Levinas, który uważa materialność za przejaw istniejącego. Świadomi naszej cielesności, spełniamy potrzeby materialne, a do tego przedmioty mają swój kres, i wyznaczają nam ramy, są skończone i budujemy swoją tożsamość w odniesieniu do nich.
W “Możliwości wyspy” ucieka się we wspólnotę, tam szuka się spełnienia (jak zresztą postulował kontrkulturowy pisarz A. Toffler), a rozmnażanie się sekt jest przedstawione jako fenomen na wskroś nowoczesny. Daniel ucieka również w satyrę i kpinę, przyjmuje brutalność świata i odpowiada na niego jeszcze większą brutalnością, przekształca przemoc w śmiech, odbiera nadzieję i tym się chlubi, i sam uważa, że świat wcale nie jest śmieszny. Neoludzie w tej powieści diagnozują wcześniejszy gatunek jako ten przeniknięty przez śmierć, któremu brak siły, by zakorzenić się w teraźniejszości. Ale czy to prawda? Czy oni nie stawiali w ten sposób oporu? Levinas opisuje uczucie zmęczenia, jako opóźnienie, które konstytuuje teraźniejszość. Przyjmujemy swoje bycie na siebie, męczymy siebie byciem. Można by tedy stwierdzić, że Søren Kierkegaard, pisząc, że przeznaczeniem życia jest być w najwyższym stopniu umęczonym życiu i że jest to egzamin z życia, tego czy się dojrzało do wieczności, opowiada się za włączeniem się w strumień istnienia i jego separacji od istniejącego, bo nie wydaje się, żeby jakkolwiek walczył o swoją podmiotowość czy świadomie brał bycie na siebie. Były to zresztą ostatnie słowa Kierkegaarda przed wylewem. Jednak Levinas inaczej rozumie zmęczenie, jest to wyrok skazujący na teraźniejszość. Bohater “Serotoniny” czuje nieuchronność i grozę bycia po wypowiedzeniu słów: przepraszam za zamieszanie i stwierdza, że jego życie będzie się od tego momentu sprowadzać właśnie do przeprosin za zamieszanie.

Męczy się samym swoim byciem. Rozumie jeszcze, że - jak pisze Levinas - świat jest stabilny dzięki formom i przedmiotom, które określa własna skończoność. Już nie chce wyposażać swojej kawalerki w meble i akcesoria, które będą przypominać mu o życiu społecznym, skazuje się tym samym na zagładę.
Houellebecq w “Serotoninie” porównuje ludzi udzielających rad (również tych, które o te rady nie zostali poproszeni) do chóru greckiego, który jest tylko świadkiem i potwierdza, że bohater wkroczył na drogę destrukcji i chaosu. O chórze w dramacie greckim, który nadaje wymiar wieczności zdarzeniom oraz pełni funkcję łagodzącą pisze Henryk Elzenberg w “Kłopocie z istnieniem”. Mając chór, mogli sobie Grecy w dramacie pozwalać na wszelkie okropności; my natomiast, bez chóru, nie powinniśmy w tym iść za daleko - pisze Elzenberg. Przypuszczenie, że czytelnik jest tym świadkiem i komentatorem prowadzi do wniosku, który tkwił niewypowiedziany do tej pory w mojej głowie. Wydaje się, że bohaterowie Houellebecqa oddają życie za czytelników, żeby ci już nie musieli tego robić. Bardzo dobrze obrazuje to postać Chrystusa oddającego życie za ludzi przywołana w ostatnim akapicie “Serotoniny”. Oswajamy śmierć podobnie jak w eksperymencie S. Levine’a opisanym w książce “Gdybyś miał przed sobą rok życia”, a równocześnie mocno wybrzmiewa nieusuwalność istnienia - postaci fikcyjne zapuszczają korzenie w głowach i wyobraźni czytelników. 


Witkacy-portret Elzenberga
Levinas rozróżnia i rozdziela istnienie
i istniejącego, co zresztą dobrze ujmuje Elzenberg, który mimo istniejącego “ja”, własnego istnienia nie odnajduje:
Jak myślę, to nie istnieję, nie mam świadomości siebie; istnieje tylko to o czym myślę. Świadomość zaś zyskuje człowiek najbardziej przez cierpienie, choćby zwyczajny fizyczny ból; jak mnie ząb boli, to wiem, że jestem. To wszystko bynajmniej nie przemawia za pilnym wyszukiwaniem i pielęgnowaniem swego j a. Nie mówiąc już o cierpieniu, można powiedzieć, że człowiek przyznający największe znaczenie swej jaźni szuka czegoś czego znaleźć w ogóle nie można, i gubi się w próżni gorszej niż ten, który szuka Boga, albo innych absolutów poza sobą. Można tu polemizować czy adekwatnie odczytuję “ja” nie jako istniejącego, ale jako istnienie w znaczeniu Levinasa. Czyli parafrazując: to wszystko nie przemawia za pilnym wyszukiwaniem i pielęgnowaniem swego istnienia, a tożsamość nigdy nie jest ustalona raz na zawsze i nie polega na szukaniu jedynej prawdy o nas samych. Houellebecq uważa, że usytuowanie człowieka w dramacie od czasów tragedii antycznej nie zmieniło się, a według Levinasa jej fatalizm tragedii polega na fatalizmie nieusuwalnego istnienia, które na przykład u Shakespeare'a objawiają się poprzez upiory, widma czy czarownice. Houellebecqa dziwi pytanie czemu ludzie w jego książkach umierają, zastanawia się czy osoba pytająca zauważyła, że ludzie w życiu także umierają. I choć temat funkcji ironii i śmiechu również zasługuje na oddzielną pracę to wydaję mi się, że ta wypowiedź bardzo pasuje do teorii oswajania śmierci przez francuskiego pisarza.

Paul Delvaux - Landscape wiht Lanterns
Il y a Levinas porównuje do bezsenności czyli bezprzedmiotowego czuwania w anonimowości nocy. Właściwie to noc czuwa lub czuwa się, jest się całkowicie wydanym na bycie. Jeszcze sugestywniejszą metaforą jest pomruk ciszy. W języku występują takie określenia jak: głucha cisza, martwa cisza, dźwięcząca, dzwoniąca lub dudniąca cisza jest w najwyższym stopniu wyrażeniem grozy istnienia i to właśnie ona pozwala rozdzielić je od istniejącego. Dobrze oddaje to fragment “Księgi niepokoju” F. Pessoi: Kończę swoją samotną wędrówkę. Rozległa cisza, które nie zakłócają drobne dźwięki, dopada mnie i obezwładnia. Olbrzymie zmęczenie zwykłymi rzeczami, zwyczajnym byciem tutaj, znajdowaniem się w takim stanie opanowuje mojego ducha i ciało. Zaskoczony niemal krzyczę, czując, że pogrążam się w oceanie, którego bezmiar nie ma nic wspólnego z nieskończonością przestrzeni ani z wiecznością czasu, ani z niczym co ma wymiar i nazwę. W tych chwilach milczącego władczo terroru nie wiem, kim jestem materialnie, czym się na co dzień zajmuję, czego zazwyczaj pragnę, co czuję i o czym myślę. Czuję, że zgubiłem się samemu sobie, że jestem poza własnym zasięgiem. Moralna potrzeba walki, intelektualny wysiłek szeregowania i rozumienia, niespokojne artystyczne dążenie do stworzenia czegoś, o czym już nie mam pojęcia - choć pamiętam, że je miałem - i co nazywam pięknem: wszystko wymyka się mojemu poczuciu realności, wydaje się nie zasługiwać nawet na to, abym je uważał za jałowe, puste i odległe. Czuję w sobie jedynie próżnię, złudzenie duszy, miejsce bycia, świadomy mrok, w którym dziwny owad daremnie szuka choćby ciepłego wspomnienia światła.

Powieści M. Houellebecqa z jednej strony przytłaczały mnie, z każdą kolejną przyzwyczajałam się już, że moje rozbudzone przez samego autora nadzieje na trwałość szczęścia bohatera nie zostaną zaspokojone. Podskórnie jednak czułam, że nie są to tylko katastroficzne wizje i dłubanie w egzystencjach pełnych rozpaczy, których nieuchronny koniec z rąk własnych jest jasny. Houellebecq dobrze oddaje przeciwstawianie się anonimowemu byciu bohaterów poprzez ich kontakt z bardzo precyzyjnie wypełnionym światem produktami konkretnych marek. Stwarzają oni siebie za ich pomocą. Utowarowienie seksu tylko jako kolejny etap przemian i skutek rewolucji obyczajowej to spłycenie. Znalazł się on w polu ekonomicznym być może wyraźniej niż w czasach bez pigułki antykoncepcyjnej, ale nadal może pełnić funkcję spoiwa między istniejącym a istnieniem. To nie przypadek, że psychiatra daje bohaterowi “Serotoniny” kontakt do prostytutek. Levinas polemizuje z Heideggerem, który rozdzielił byt i bycie, ale “się” uznał za rodzaj życia nieautentycznego. Inaczej jest u Levinasa, subiektywizacja jest procesem na poziomie świadomości i buntem wobec strumienia il y a: Nasze istnienie w świecie wypełnionym pragnieniami i codzienną krzątaniną nie jest więc żadnym gigantycznym oszustwem, upadkiem w nieautentyczność, wymigiwaniem się naszemu najgłębszemu przeznaczeniu. Jest jedynie rozwinięciem tego oporu wobec anonimowego i nieuchronnego bycia, rozwinięciem, za sprawą którego istnienie staje się świadomością, to znaczy relacją tego, kto istnieje z istnieniem, poprzez światło, które tyleż wypełnia dystans, co go utrzymuje.

Friedrich Frotzel - The Old Bookcase
Być może jak psychotyk według lacanowskiego klucza próbuję na siłę dopasować, zbudować filozoficzną strukturę dla twórczości Houellebecqa (omijając oczywiście z premedytacją fragmenty, które by nie pasowały i zaburzały spójność wywodu). Mam nadzieję jednak, że udało mi się zasiać wątpliwość, że uciekanie nie jest tym, czym się wydaje w wykonaniu bohaterów Houellebecqa, że ich “marna” egzystencja i ich pragnienia (jeśli jeszcze je próbują spełniać) pozwalają im nie dać się zatopić, są heroicznym dążeniem pozyskania istniejącego dla istnienia. V. Frankl powiedziałby (i nie tylko on), że nie wystarczy dążyć do szczęścia, że ono samo w sobie jest unieszczęśliwiające, a ludzie chcą tworzyć wartości. To, co wydaje się często zwodzić bohaterów na manowce to wybór miłości jako najważniejszej wartości, przyzwyczajenie do przyglądania się swojemu odbiciu wyobrażonego ja w Innym w postaci ukochanego oraz próba anonimowego życia bez pragnień, bez podłączenia do świata. Houellebecq jest na pewno orędownikiem struktury, ram i kultury, mówi o frustracjach i niepokojach, pokazuje przerysowane skutki rozsadzenia społeczeństw. Być może uśmierca bohaterów, by nie uśmiercić siebie, giną oni jak Chrystus za niego i za czytelników, a ich brak jest najwyraźniejszą obecnością jaką można sobie wyobrazić.




wtorek, 26 stycznia 2016

Wszyscy grzeszymy przeciw piątemu przykazaniu

Zabijamy prawie codziennie. Nudę.


Temat najnudniejszego zajęcia i próba opowiedzenia o nim jak o mega fascynującej rzeczy, to było zadanie na zaliczenie retoryki na studiach. Z innymi zadaniami nie miałam jakichś ogromnych trudności, ale to? Przecież ja się nie nigdy nie nudzę!

Naprawdę nie znam tego uczucia? Przecież to bzdura. Nudne filmy i nudne książki. Łażenie po górach. Ćwiczenie gam. Jedzenie. Gdy tylko powiedziałam o jedzeniu podczas "mowy" przed grupą, zobaczyłam niedowierzanie w oczach koleżanki. Ale tak, od kiedy pamiętam przeżuwałam obiad nudząc się niemiłosiernie. Trzeba było odwracać moją uwagę i zabawiać. Teraz sama potrafię skutecznie zabić nudę.



Jak byliśmy mali i tłukliśmy kijem o ziemię albo robiliśmy coś równie niestandardowego, na co akurat mieliśmy ochotę, to słyszeliśmy: Nudzi ci się?! Oczywiście także wtedy, gdy komuś dokuczaliśmy, sypaliśmy piaskiem w oczy albo biliśmy się i wrzeszczeliśmy w ferworze walki (na przykład z rodzeństwem). Nauczono nas, że nuda to coś złego. Dostajemy wtedy małpiego rozumu. Inteligentni ludzie się nie nudzą, a czas to pieniądz. Kiedy myślałam o tym, co mam powiedzieć na ten temat, postanowiłam zrobić eksperyment. Ustawiłam czasomierz na dwie minuty. Siedziałam na łóżku i nic nie robiłam.
Niepokój i poczucie winy pt."Jezu, zajmuję się jakimiś głupotami, zamiast zająć się tym na poważnie". A przecież ja ogarniałam temat w praktyce! Z badań zrobionych na Universityt of Waterloo wynika, że nuda objawia się często tak samo jak stres czyli wzmożonym biciem serca oraz wzrostem poziomu kortyzolu. Ale dlaczego? Ja twierdzę, że to wychowanie, kultura i bóg wie co tam jeszcze. Oczywiście nic w nadmiarze nie jest zdrowe, ale to chyba oczywiste. Kiedy poczytam o stresie, jak on szkodzi, jaką niesamowitą ilość chorób powoduje, to stresuję się stresem. Napięcie sięga zenitu, nie mogę się już uspokoić. Kiedy myślę, że bezczynność robi ze mnie nieużytecznego, dennego człowieka albo nawet przedmiot to będę robić wszystko, żeby jej nie doświadczać. Nawet zobaczę nudny serial.


A czym są treningi uważności jeśli nie treningami nudy? Ale jak to brzmi: ćwiczę...nudę? A przecież możemy. Za darmo (!), w ciepłym domu i nazywać to ćwiczeniem uważności, jeśli tamto nie przechodzi nam przez gardło.  Medytacja to też kreatywna nuda.


W filmie "Wędrówka na Zachód" buddyjski mnich bardzo powoli, ale naprawdę BARDZO powoli...idzie! Tak, tylko to. Film był trochę nudny, pewnie jak samo ćwiczenie. Ale obserwowanie ile się zmienia dookoła, ile ludzi go mija, a jego kompletnie nic nie rozprasza, było fascynujące. Towarzyszyło się w mu w tej medytacji (zwał jak zwał).

Kiedy mowa o nudzie zawsze przypominam sobie Josifa Brodskiego i jego mowę wygłoszoną na uroczystym pożegnaniu absolwentów opuszczających college. On twierdzi, że nudy nie da się uniknąć, a że nikt nas nie przygotowuje do przetrwania jej. Nikt nam nie mówi, że można wyciągnąć z niej coś dobrego i czego nas uczy. Nie chcę streszczać, ale bardzo polecam przeczytać całość. Wyciągnęłam istotę, która według mnie brzmi tak: "Nuda jest, by tak rzec, oknem na czas, na te jego cechy, które zwykle lekceważymy, najczęściej za cenę utraty równowagi psychicznej. Krótko mówiąc, jest oknem na nieskończoność czasu, to znaczy na naszą w nim znikomość. (...) Może to, oczywiście, nie być muzyka dla Państwa uszu; ale poczucie daremności, ograniczonego znaczenia nawet najlepszych, najgorliwszych poczynań jest lepsze od złudzenia na temat ich skutków i towarzyszącego mu poczucia własnej wielkości. Albowiem nuda to inwazja czasu
w Państwa system wartości. Osadza życie we właściwej perspektywie, co owocuje precyzją i pokorą."

O, czytając znowu Brodskiego, przypomniałam sobie, moją stałą refleksję o życiu wiecznym: "Boże, ale to będzie nudne!". Rzeczy, które mają jakiś koniec, najlepiej szybki, nie mogą być nudne. Łap chwilę. Bo one nie są nudne. A może dlatego tyle myślimy i analizujemy, tyle tworzymy zbędnych teorii wszystkiego, żeby uniknąć nudy? Okej, może dlatego JA tyle myślę i analizuję. Zamiast skupić na czasie i na sobie w nim, to skupiam się na sobie w bezczasie.

Boję się nudy, bo jest jak śmierć. Oczywiście nie ja pierwsza i nie jedyna mam takie skojarzenia. Ionesco pisał:  "Nuda paraliżuje albo pcha nas do czynów destrukcyjnych, albo wpędza w stan bliski śmierci. To było nie do zniesienia. Nikt nie mógł mi pomóc. Nie mogłem się niczego uczepić...To było tak, jak gdybym topił się w powietrzu. Nie mogłem otworzyć żadnego okna na ulicę, na świat, na kogokolwiek. Uduszenie..." Nie chcemy sięgnąć takiego dna. I ja, w przeciwieństwie do Brodskiego, nie polecam tego robić. 

U Sartre'a to świadomość się nudzi. "Trzeźwa, nieruchoma, osamotniona świadomość tkwi pomiędzy ścianami; trwa. Nikt w niej już nie mieszka. Jeszcze przed chwilą ktoś mówił ja, mówił moja świadomość. Kto taki? Na zewnątrz były mówiące ulice, ze znanymi kolorami i zapachami. Pozostały anonimowe ściany, anonimowa świadomość. Oto co istnieje: ściany, a pomiędzy ścianami mała żyjąca i bezosobista przezroczystość. Świadomość istnieje jak drzewo, jak źdźbło trawy. Drzemie, nudzi się. Małe ulotne świadomości zaludniają ją jak ptaki gałęzie. Zaludniają i znikają." Chyba musimy to poczuć, żeby móc dać sobie żyć. Wiedzieć, że napełniamy się ludźmi, zapachami, wrażeniami, a czasu nigdy nie pokonamy. I nie ma po co chcieć tego robić.

Nastaw minutnik i sprawdź czym jest dla Ciebie nuda! Czy nie wpadłeś w jakieś uzależnienia (te gorsze - od słodyczy, albo te "lepsze" - od muzyki) tylko dlatego, że musiałeś zagłuszyć ciszę, zajeść bezczynność? Nie wstydźmy się nudzić, nie miejmy wyrzutów sumienia, to jedno z najprawdziwszych przeżyć (może jedyne prawdziwe) na świecie. Ono Cię nie oszuka, nie zdradzi.

sobota, 19 grudnia 2015

Co robię po nocach?

Jest wpół do czwartej rano. To zdecydowanie moja pora. W nocy żyję na pełnych obrotach, nie wstydzę się żadnej myśli i żadnego pragnienia. I już dłużej nie mogłam wytrzymać bez napisania czegoś, co kilka godzin chwyta mnie potrzeba opublikowania postu, bo tematów mam coraz więcej. Jeśli będę tak czekać to mogą skamienieć i nie nadawać się już do niczego.


Zaczęłam eksperyment, a raczej dopiero zaczęłam czytać o tym jak go zrealizować. Przeżyć rok tak jakby był on ostatnim. Jak to świetnie brzmi! Jaką daje wolność!

Psychologia cały czas bardzo mnie fascynuje, chętnie przeglądam poradniki, szukam zdań, które mogą być moimi, rad, które mogą mi pomóc. Uwielbiam korzystać z doświadczenia innych, obserwować ile wyciągnęli dobrego ze swoich przeżyć i w jaki sposób się tym dzielą. Bardzo lubię pytać albo przynajmniej szukać w sobie pytań. Nie znajdziesz żadnej odpowiedzi, jeśli wcześniej nie ma w Tobie pytania. 




Chciałabym mieć konkretny temat tego postu, ale niestety za dużo chciałabym naraz. Teraz najchętniej sięgnęłabym w końcu po "Dziennik" Máraia, chciałabym pochłonąć chociaż tę jedną, pierwszą stronę. Albo zanurzyć się w jego "Magii", dokończyć opowiadanie stamtąd i odkryć początek kolejnego. A co z "Sindbad powraca do domu"? To też jest napoczęte. Mam już niezły zbiór fragmentów i zdań, które mnie zachwyciły.

Ta kobieta po troszeczku, niby w walizeczce, z jaką kobiety z prowincji zwykły nocą uciekać w świat z łóżka swych chrapiących mężów-tyranów, wniosła w życie Sindbada to wszystko, czego na próżno szukał przez pięćdziesiąt pięć lat po kawiarniach, pokojach karcianych, śmierdzących saletrą karczmach, klubach wypełnionych kwaśnym zapachem ludzkich zmartwień, wśród przeżartych przez mole pluszowych obić mebli w pokojach do wynajęcia zatęchłych i rozpadających się czynszówek Śródmieścia. Wniosła zapach domu, który Sindbad utracił w dzieciństwie, a którego potem, węsząc niespokojnie jak wyżeł, poszukiwał po całym znanym sobie świecie.

Moja Mama kocha Máraia. Gdy zniknął "Dziennik" w domu zawrzało. To dzieło pożyczyć i nie oddać to grzech śmiertelny. Twardoch, mimo ciężkich warunków podczas przemierzania Spitsbergenu, targa tę biblię-cegłę w plecaku. Czy potrzeba większej rekomendacji? Mnie nie.
Napisałabym też teraz o studiach. Ostatnie zajęcia z odmiany nazwisk - w tym poście bardzo mi się przydały, węgierskie-brak apostrofów. O wczorajszych wieczornych toastach na retoryce, najbardziej praktycznym przedmiocie w tym roku. Ale na wszystko przyjdzie czas, mam nadzieję.

Śledźcie Sztukę sztuki, bo może znajdziecie pomysły na prezent pod choinkę (w tym macie już kilka). Będzie też trochę polityki, ale w formie odpowiedzi na tekst Betlejewskiego [klik] http://mediumpubliczne.pl/2015/12/mielismy-dla-ludzi-pis-tylko-klamstwo-szyderstwo-i-przemoc/.
Do zobaczenia!