Porównując do "Jednego dnia", ta wydaję mi się odrobinę gorsza. Zabrakło tej piankowej lekkości oraz nie ma dużej ilości charakterystycznych postaci i intensywności ich przeżyć. Ale chyba tak miało być, trochę bardziej ascetycznie. W końcu
temat niezbyt radosny. Rozpadające się małżeństwo oraz rodzina. Ale nie zabrakło humoru ani ironii, musiałam przerywać, żeby się wyśmiać.-Jak Ci na imię, mój nowy przyjacielu?
-Paul-odparłem, i co było straszne, lecz nieuchronne, dodałem: Newman. Paul Newman.
Jest też trochę szaleństwa, gdy Douglas przemierza Europę w poszukiwaniu syna, który postanowił urwać się z rodzinnej wycieczki.
![]() |
| Jaka piękna ściąga! |
W tle Wielka Podróż czy też Wielkie Wakacje, które główny bohater traktuje jak ostatnią deskę ratunku, by uratować swoje małżeństwo. W tle muzea i kryjące się w nich dzieła sztuki, aż chcę się rzucić wszystko i tam jechać. Nie jest to patetyczne, a jak już wspomniałam ironiczne. Główny bohater jest wobec siebie krytyczny, męczymy się razem z nim, gdy próbuje dochowywać zbyt wielu postanowień lub gdy zachowuje się typowo dla siebie (trzeba przyznać, że bywa irytujący). Ale lubimy go.
Autor oddał na przykład atmosferę Wenecji tak, że
musiałam westchnąć "tak właśnie zawsze się tam czułam, ale nie umiałam
tego opisać słowami". I po to są pisarze.
"(...)ilekroć spacerowałem opustoszałymi uliczkami i smaganymi przez deszcz promenadami, ogarniało mnie obezwładniające przygnębienie, jednak było to przygnębienie dziwnie przyjemne. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek był smutny i szczęśliwy zarazem."
"(...)ilekroć spacerowałem opustoszałymi uliczkami i smaganymi przez deszcz promenadami, ogarniało mnie obezwładniające przygnębienie, jednak było to przygnębienie dziwnie przyjemne. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek był smutny i szczęśliwy zarazem."
Kiedy myślałam, że Nicholls posłużył się banalnym schematem i wszystko zmierza do oczywistego zakończenia, przyjemnie mnie zaskoczył. Co prawda początek części dziewiątej i ostatniej, jest tak suchy i niepasujący do całości, że wydaje się być napisanym na odczepnego. Ale dobrze, że nie ma rozwodzenia się i zbędnych słów. To w pewnym stopniu uspokaja i pozwala przełknąć ciężkie zakończenie, którego się nie spodziewamy. Czytając ostatnie strony słuchałam motywu z "Zawrotu głowy" (tego z poprzedniego postu) co było bardzo emocjonalną mieszanką i oczywiście łzy napłynęły mi do oczu. Tę muzykę i książkę łączy jakieś poczucie niewiarygodnego żalu i straty, a mimo wszystko pobrzmiewa szczęśliwa nuta minionych i przyszłych radości.
To jest najsmutniejsza szczęśliwa książka jaką czytałam!
Małżeństwo kompletnie niedobranych ludzi, które pokazuje nam, że choć nie wiemy
dokąd zmierzamy, wszystko jest coś warte, a niektóre rzeczy po ludzku nieuniknione. Nicholls chyba lubi pisać o nieuchronności losu, ale na szczęście w sposób subtelny. PS Nie można było skopiować oryginalnej okładki lub stworzyć czegoś - dobra nie czepiam się. Wypukłe I LOVE stworzone z imienia i nazwiska autora. Tak to się robi :D
PS2 Teraz się dodaje do książek naklejki w ramach zachęty. Nie narzekam. Lubię naklejki. Lubię też nie wkładać do książki zagiętej na pół białej karteczki, więc znalazły zastosowanie jako zakładka.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz