środa, 26 lipca 2017

ASy o których prawie nikt nie słyszał


„Jesteśmy w gruncie rzeczy sądowymi pachołkami. Robimy czarną robotę i jesteśmy praktycznie niewidzialni dla społeczeństwa. Nasza praca jest firmowana przez sędziów.  Jesteśmy trochę jak guwernantki w dobrych domach: już nie służba, ale i nie rodzina. My jeszcze nie jesteśmy sędziami, ale już nie jesteśmy urzędnikami.” – opowiada Marta,  która jest asystentem sędziego w średniej wielkości sądzie okręgowym.

Marzec 2016. Na tapecie mediów od długiego już czasu jest Trybunał Konstytucyjny. Ale sądownictwo to nie tylko TK.  Przewodnicząca Krajowej Rady Związku Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości w liście do Zbigniewa Ziobry z dn. 16 lutego tego roku napisała: „Szereg rozmów i spotkań odbytych z poprzednim kierownictwem resortu na przestrzeni ostatnich lat nie przyniosło żadnych rezultatów. My urzędnicy, asystenci i pracownicy obsługi byliśmy traktowani przez poprzedni Rząd oraz kierownictwo naszego resortu jak tania siła robocza. Polityka zaniechań ówczesnego Rządu jaskrawo przedstawia zapaść finansową poszczególnych sądów.”

To w tym miesiącu powinni dostać obiecane przez obecny rząd podwyżki. Na fanpejdżu oraz forum Ogólnopolskiego Stowarzyszenia  Asystentów Sędziów panuje sceptycyzm. Od momentu ogłoszenia podwyżek dominował komentarz „nie uwierzę póki nie zobaczę”. Ostatecznie podwyżki zostały przyznane (325 złotych w stosunku do stawki najniższej), ale asystenci twierdzą, że są niewystarczające. 
„Weekend, w którym nie pracuję dodatkowo w domu jest weekendem ewenementowym. To już muszę bardzo się zawziąć i powiedzieć, że czegoś nie wezmę. [Marta opisuje sytuację sprzed podwyżek.] Z wysługą lat czyli z dodatkiem za długoletnią służbę zarabiam jakieś 2500. A są asystenci, którzy zarabiają nawet poniżej dwóch tysięcy. Bo najniższa asystencka pensja brutto to około 2600, netto - nie wychodzi nawet dwa tysiące. Najgorzej w sądzie mają urzędnicy. Na etacie zarabiają 1,5 tys. plus jakieś dodatki, kierownicy sekretariatów zarabiają więcej niż asystenci, ale kierownik jest jeden na cały sekretariat. Najgorzej mają sekretarki, bo pracują co prawda w wyznaczonych godzinach i nie dłużej, ale zarabiają słabo. Potrafi dochodzić do patologii, kiedy ludzie są zatrudniani wiecznie na zastępstwo, na miesiąc, na umowę zlecenie – bo nie ma już jak łatać dziur. Obecny Minister Sprawiedliwości to ukrócił. Nie może być tak, że sąd robi to, za co normalnie skazuje pracodawców.” Marta zna protokolantkę, dziewczynę po studiach, ciężko pracującą po 8 godzin dziennie, która zarabiała 1200 zł.


Zasadnicze wynagrodzenie asystentów sędziów regulowane jest przez rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości. Ustalone w 2009 w wysokości od 2675 złotych do 3824 złotych, utrzymuje się do dziś. Asystent sędziego, który w 2009 r. zarabiał maksymalną stawkę wynagrodzenia zasadniczego, otrzymywał płacę wynoszącą około 300% wynagrodzenia minimalnego, teraz jest to zaledwie 207% wynagrodzenia minimalnego. W ciągu siedmiu lat, przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej „przeskoczyło” maksymalne wynagrodzenie asystenta. Odsetek asystentów sędziów, którzy otrzymują maksymalne wynagrodzenie jest znikomy.[1]

Marta na ostatnim roku administracji zaczęła studiować prawo. Zrobiła aplikację radcowską, była asystentem w wydziale gospodarczym, później cywilnym. Asystentura to dla niej droga do sędziowania. Niedawno zdawała egzamin radcowski. „Jeśli go zdam to będę miała zdany egzamin prawniczy zawodowy, który daje mi sporo możliwości. Mogę startować w konkursie na referendarza sądowego. Referendarz to jest samodzielne stanowisko w sądzie, on nie wymierza sprawiedliwości, ale udziela ochrony prawnej – zwalnia od kosztów sądowych, przydziela pomoc prawną. Jest też o tyle atrakcyjne, że pracuje się w stałych godzinach za całkiem niezłe wynagrodzenie. Prawdę powiedziawszy referendarz robi mniej niż asystent, a zarabia dwa tyle co my. I stosunek pracy jest na podstawie mianowania (a nie umowy o pracę). Za cztery lata mogę zdawać egzamin sędziowski i według nowych zasad mogę startować na asesora. To stanowisko zostało przywrócone, jest to 5-letnie praktyczne przygotowanie do bycia sędzią.” W tym momencie (lipiec 2017) nie wiadomo jednak czy będzie mogła nim zostać.[2]


„I CO ROBISZ, ODPALASZ SĘDZIOM CYGARA?”


Marcie nie przeszkadza nazwa „asystent sędziego”. Natomiast na forum Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Asystentów powstał oddzielny wątek dotyczący zmiany nazwy. To z czym się borykamy współcześnie jeśli chodzi o problemy z formami żeńskimi różnych zawodów i tym jak brzmi dana nazwa, borykają się także prawnicy. Kiedy mówią kim są, spotykają się właśnie z takimi reakcjami jak powyżej. Słyszą też: To co robisz? Podajesz sędziemu kodeks? Togę mu nosisz? Mało kto słyszał o istnieniu takiego zawodu. „Poza środowiskiem podejrzewam, że pierwsze skojarzenie to koleś od robienia kawy i kserowania pism, bo asystent merytorycznych rzeczy raczej nie robi. Dziwne, żeby asystentka stomatologa leczyła i wyrywała zęby. a asystentka jakiegoś dyrektora przygotowywała dokumentację do przetargów, pielęgniarka przeprowadzała operację itp.” Pojawia się odwieczne pytanie czy trzeba zacząć od zmiany nazwy, czy to wpływa na postrzeganie zawodu, czy najpierw zająć się budowanie jego pozycji poprzez zmiany systemowe. Na forum widać wyraźne podziały. „Dobór adekwatnej nazwy to stworzenie psychologicznej podstawy do odpowiedniego gratyfikowania pracy osób zajmujących dane stanowisko.” – to jedna z wypowiedzi. Ktoś inny kontruję, że ciężko mówić o podstawie do odpowiedniego gratyfikowania", kiedy od asystenta nic nie zależy. AS nie ponosi żadnej odpowiedzialności, jeśli sędzia podpisze projekt orzeczenia bez czytania, to on będzie za to odpowiadał. To z jednej strony plus, a z drugiej cała ciężka praca asystentów idzie na konto sędziego. Inni zauważają jeszcze, że zmiana nazwy zwyczajnie się nie opłaca, bo pociąga za sobą kosztowne poprawki. Jeszcze inni ironizują, że to stanowisko mogłoby mieć nawet jeszcze bardziej deprecjonującą nazwę, byleby zarobki były wyższe.

Zgodnie z rozporządzeniem ministra AS-y na zlecenie sędziego i pod jego kierunkiem sporządzają projekty zarządzeń, orzeczeń lub ich uzasadnień. W kolejnych pięciu podpunktach są wymienione konkretne kompetencje. Natomiast trzeci punkt jest taki: „W uzasadnionych wypadkach, jeżeli wymagają tego zasady sprawności, racjonalności lub ekonomicznego i szybkiego działania, sędzia może zlecić asystentowi sędziego także wykonanie innych czynności, niezbędnych do przygotowania spraw sądowych do rozpoznania.” Te inne czynności to może być wszystko – konstatuje Marta. Brak odpowiednich regulacji co do kompetencji to jedna z rzeczy na którą narzeka się najbardziej w tym środowisku. Żeby otrzymać nagranie z innego sądu Marta musi napisać zarządzenie sprowadzenia nagrania. Sędzia musi je podpisać. Sekretariat dopiero wówczas je wykona. Sama nie może niczego zlecić.

„JA BYM CHCIAŁA ZOBACZYĆ TE SWOJE MAFIJNE ZAROBKI”


Media chętnie informują o nieprawidłowościach, naświetlają błędy i niedopatrzenia sądów.  Z jednej strony jest to prawidłowa funkcja kontrolna, a z drugiej, gdy najczęściej nagłaśnia się ostre słowa polityków, to trzeba się zastanowić, czemu to właściwie ma służyć. Sprzyja to na pewno frustracji pracowników sądów. „Wychodzi na to, że są złe sądy i dobrzy politycy, którzy ochronią biednych obywateli przed tymi złymi sądami. Poza tym z sądu rzadko wychodzą zadowolone dwie strony, co najmniej jedna będzie niezadowolona. Z każdej strony słyszy się tylko słowa krytyki, epitety – że jesteśmy mafią. Ja to bym chciała zobaczyć swoje mafijne zarobki…Trudno, żeby to funkcjonowało dobrze, jeżeli nie ma żadnego wsparcia. Jeżeli Minister Sprawiedliwości jest przeciwko własnemu resortowi i pokazuje jak bardzo nami pogardza – oczywiście sędziami, ale to my wszyscy tworzymy tę instytucję,  to trudno żeby nam się dobrze pracowało. Politycy powinni uczyć szacunku do wymiaru sprawiedliwości. Oczywiście na ten szacunek trzeba sobie zasłużyć. Nie mówię, że u nas się nie popełnia błędów, bo się popełnia. Dopóki wyroki wydają ludzie, tego nie da się uniknąć.”

Prawo i wymiar sprawiedliwości stanowi fundament prawidłowo funkcjonującego państwa. Trudno znaleźć płaszczyznę, w której nie ma żadnych zasad i prawnych unormowań. W ostatnich badaniach na temat wymiaru sprawiedliwości, ze stwierdzeniem ze sądy są kompetentne i zasługują na szacunek zgodziło się 55% respondentów. Ale czy o warunkach pracy w sądzie przeciętny obywatel dowiaduje się wystarczająco dużo (jeśli w ogóle)? Słyszałam opinię, że strajki pielęgniarek są bardziej nagłaśniane niż te prawników (wrzesień 2015 – manifestacja pracowników sądów; czerwiec 2015 – strajk adwokatów), bo ich praca dotyczy większej części społeczeństwa. Ale sprawne sądy, egzekwowanie prawa, sprawiedliwe wyroki – wpływają na funkcjonowanie całego państwa. Nie można tego marginalizować. Inna sprawa jest taka, że na przykład asystenci i protokolanci nie mogą strajkować (ustawowy zakaz), a „jak nie spalisz kilku opon na ulicy pod sejmem, to nikt nie zauważy problemu”-mówi Marta. Na pytanie czy sędziowie mają realną możliwość dogłębnego badania spraw, w których orzekają, nie pudruje rzeczywistości. „Bardzo dużo rzeczy robi się pobieżniej niż należy, bo jest tych spraw po prostu za dużo. Referendarzy jest za mało, asystentów jest trzy razy za mało. W Stanach jest tak, że każdy sędzia ma dwóch asystentów i dwie sekretarki. U nas sędzia ma protokolanta lub pół asystenta, czasami nie ma go wcale. Przy tym wpływie spraw, który zwiększa się z roku na rok, a liczba sędziów się nie zwiększa to jest po prostu nie do ogarnięcia. Słyszałam, że rekordziści w rejonie w Warszawie potrafią mieć ponad tysiąc spraw. Jest nad nimi bat w postaci statystyki, jeżeli się nie wyrabiają, mogą się nawet doczekać postępowania dyscyplinarnego.”


„PROBLEM BĘDZIE WTEDY KIEDY WŁADZA ZEJDZIE NIŻEJ”



Spór o Trybunał nie pozostaje bez wpływu na pracowników sądów. „Kiedyś gdybyśmy mieli gigantyczną wątpliwość co do zgodności ustawy z konstytucją, moglibyśmy zwrócić do Trybunału. Teraz wszyscy rozkładają ręce
i stwierdzamy, że nie mamy kogo zapytać.” I nie chodzi tu o samo zachwianie jego pozycją, ale o to co może stać się w przyszłości.  „Tak naprawdę nie ma prawnych przeszkód, żeby zmienić konstytucję, przekazać sprawy konstytucyjne Sądowi Najwyższemu. Problem jest taki, że jeżeli uderza się w sąd takiego szczebla jakim jest sąd konstytucyjny to co nas ochroni przed naciskiem? Pewnie nic. Społeczeństwu podaje się to w takiej formie, że jest to walka z układem. TK ma swoje za uszami, łącznie z jego prezesem, więc to nie jest tak, że on byli bez zastrzeżeń czyści. Ale rząd zaczyna od tego, ale jeśli przyzwyczai społeczeństwo, że można wpływać na takie ciało jakim jest Trybunał, to będzie mógł wpływać na każdy inny sąd, bo kto im się oprze, skoro mają pełnię władzy? Problem prawdziwy będzie wtedy, kiedy władza postanowi zejść niżej i ingerować prostego Kowalskiego, a jego nikt nie ochroni, bo nie będzie komu już go bronić.”

„SYNKU TO NIE ZAMEK, TO WIĘZIENIE”


Warunki w sądach wydają się koszmarem, w który nie chce się wierzyć. „My jeszcze mamy w miarę nowy sprzęt. W poprzednim sądzie, w którym pracowałam to komputer się zawieszał i jedyne co mogłam robić to przez pół godziny siedzieć i na niego patrzeć. Albo kiedy łaskawie informatyk po dwóch lub trzech dniach do ciebie dotarł i zabierał ci komputer na dwa dni to siedziałam i pisałam wszystko ręcznie. U nas nikt nie ma laptopa, mamy stare drukarki i stare skanery. Problem jest też taki, że na górze myślą, że wiedzą najlepiej czego potrzebujesz, oszczędzają tam gdzie nie trzeba i nie wolno, a tam gdzie można by przyoszczędzić to leci kasa bez sensu.” Zdarzają się sądy, w których asystenci w gabinecie-piwnicy (z kratą w oknach) 20m^2 siedzą w szóstkę. Więc praktycznie mają mniejszą powierzchnię na osobę, niż więźniowie w celach. A na zewnątrz słyszą takie rozmowy:
 Patrz tato, tu jest zamek.
– Nie syneczku, tu jest więzienie.

„TO JEST BARDZO FAJNA PRACA”


Myślę, że są dwa skrajne obrazy zawodu prawnika. Ten, który wyłania się do tej pory z tego tekstu oraz ten lansowany przez seriale oraz filmy (choć asystenta sędziego raczej w nich nie uświadczymy). Ta praca jest ciekawa – mówi Marta. I nie łudzę się, gdyby tak nie twierdziła to na pewno znalazłaby szybko lepszą alternatywę. „Nie ma dwóch identycznych spraw. Tak naprawdę nigdy nie wiesz rano co cię czeka. Czasem słyszysz: proszę zostawić tę sprawę, bo zdarzyło się coś ważniejszego, pilnie musimy się tym zająć. Na przykład kiedy spływają sprawy w trybie wyborczym lub zdarza się uprowadzenie rodzicielskie przy rozwodzie. Wszystko dzieje się dynamicznie, zawsze czegoś nowego się nauczysz lub dowiesz. Ja jestem w wydziale cywilnym i poszerzam nieustannie swoją wiedzę z zakresu medycyny. Potrafię przez pół dnia studiować publikacje odnośnie danego schorzenia czy przypadłości lub budowy anatomicznej człowieka. Dokształcam się z psychologii, prawa patentowego czy autorskiego, jakichś kwestii technicznych np. budowlanych. Sporo się dowiedziałam też o schizofrenii, bardzo to jest ciekawe przy ubezwłasnowolnieniach.” Badania wskazują, że prawie 60% pracowników sądów pracuje w warunkach wysoce stresogennych. Pokazują również, że zatrudnieni w wymiarze sprawiedliwości są zdani sami na siebie i nie mają wsparcia u przełożonych. Większość z nich nie ma poczucia, że jest kimś ważnym i cenionym przez przełożonych.[3] Marta na szczęście ma świetne porozumienie ze swoimi sędziami. „W porównaniu z pracą w kancelarii, w sądzie pracuje się o wiele lepiej. Mogę się rozwijać, a nie klepać na przykład same pozwy o zapłatę.  Ja akurat pracuję tylko dla dwóch sędziów, są bardzo mili i uprzejmi. Oczywiście, że zdarzają się różne przypadki, na przykład ludzie, którzy nie powinni wykonywać żadnego zawodu związanego z kontaktem z ludźmi, tym bardziej sądzić. Ale prowadzimy wspólnie sprawę, więc jesteśmy traktowani równorzędnie i sędziom zależy na dobrej współpracy. Nigdy tez nie miałam problemu, żeby przyjść i powiedzieć, ze czegoś nie wiem. Mogę tez zawsze wyrazić swój pogląd, ze zrobiłabym coś inaczej. Nigdy nie czułam się jak pokojówka czy pachołek. Ale tez nigdy bym sobie nie pozwoliła na gorsze traktowanie. Asystenci są w o tyle dobrej sytuacji, ze nas jest za mało w porównaniu do sędziów, więc jeśli będzie mi się źle pracowało, to każdy inny sędzia przyjmie mnie z otwartymi ramionami.  To jest bardzo fajna praca, bardzo niedoceniana, niedoregulowana. Powinni się za to wziąć systemowo, powiedzieć nam na czym stoimy i jakie mamy perspektywy. Powinno nas być zdecydowanie więcej, idealny system to sędzia-as-protokolant.  Nie powinno być tak, że pracuję dla dwóch, trzech czy pięciu osób.  A w rejonach bywa tak, że asystent pracuje ciągle z różnymi sędziami, bo jest tam przypisany nie do osoby, a do wydziału. A jeśli pracujesz z sędzią dłuższy czas, tak jak ja w poprzednim sądzie, to uczycie się współpracy. On wie ile umiesz i ile możesz zrobić. Teraz pracuję z sędzią, z która normalnie dzielimy się pracą. Ale to rzadko się zdarza.”


„CHCIAŁAM NAPRAWIĆ WYRZĄDZONE ZŁO”


Kiedy pytam Martę czy sąd to po prostu zwyczajne środowisko pracy czy musi oddzielać je od świata zewnętrznego, pyta czy chodzi mi o to, czy ma życie poza sądem. Nie o tym myślałam, ale obciążenie pracą jest w sądzie na tyle duże, że to jest po prostu najlogiczniejsze podejście do tego typu pytania. Musi trochę dzielić swój świat na pół, ale że zabiera pracę do domu, to jest to bardzo trudne. Jej znajomi to głównie prawnicy, ale nie ma problemu, żeby rozmawiać ze „zwykłymi” ludźmi o mniej lub bardziej błahych sprawach. „Na szczęście umiem dogadać się z każdym. A poza tym od tych innych ludzi zbieram też doświadczenie życiowe, które jest mi w pracy niezbędne. Jeśli mam być sędzią, nie mogę żyć z dala od tych, którym przyjdzie mi służyć. Nie mogę przestać rozumieć ludzi tylko dlatego, że nie mają nic wspólnego z moim zawodem.” Mówi mi też, że ludzi z takim podejściem jest sporo. To się chyba nazywa powołanie. Najbardziej usatysfakcjonowana jest gdy przychodzi wyrok apelacyjny i jest w całości taki jak jej i sędziego. Ale zaraz dopowiada, że cieszy się najbardziej kiedy widzi realny wpływ swojej pracy na czyjeś życie. „Na rozprawie, gdy kobieta okaleczona podczas porodu ubiegała się o rentę i bardzo płakała, myślałam że popłaczę się tam razem z nią. Straciła pracę, zostali z mężem w bardzo ciężkim warunkach z małym dzieckiem. Stanęłam wtedy prawie że na rzęsach, wydobywając z różnych urzędów potrzebne mi informacje. Pełnomocnik tej pani zadbał o to raczej średnio. Chciałam tę sprawę zakończyć jak najszybciej i siedziałam nad nią w domu. Pół dnia liczyłam jej rentę. Drugi raz płakała jak ogłaszano wyrok, przyznałam jej takie zadośćuczynienie jakiego żądała. Szczerze mówiąc dałabym jej wyższe, ale niestety o wyższe nie wnosili. Przychyliliśmy się w całości do jej wniosku, ale trzeba było policzyć tę rentę dokładnie, co do grosza. Czekam teraz na wyrok apelacyjny, ale biorąc pod uwagę, że nie miała wygórowanych żądań, to sadzę, że to się utrzyma. Mam nadzieję, że nie zostawiłam jej z niczym i że te środki starczą jej na kontynuację leczenia i nie będzie zdana na opiekę społeczną. Chciałam wyrządzone jej zło naprawić. Więc kiedy nie rozwodzę kretynów, którzy nie umieją się dogadać i przyszli się w sądzie pokłócić, to właśnie takie sprawy powodują, że wiem po co tam siedzę.”


Imię bohaterki tekstu zostało na jej życzenie zmienione.


[1] Analiza nr 3/2016 Ogólnopolskiego Stowarzyszenie Asystentów Sędziów z siedzibą w Warszawie.
[2] E. Świętochowska, Asystenci znów wykluczeni. Prokuratura odrzuci najlepszych kandydatów?, http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/1055911,asystenci-prokuratura-zawody-prawnicze.html [dostęp: 25.07.2017]
[3] Badanie "Temida 2015" w ramach projektu "Monitoring stresu zawodowego w sądach i jego skutków zdrowotnych"

niedziela, 7 maja 2017

Delegalizacja skojarzeń czyli o życiu w matriksie


29 kwietnia ONR świętował na ulicach Warszawy 83. rocznicę swojego powstania. Zrzeszenie Obywateli RP zgromadziło się na Świętokrzyskiej i Krakowskim Przedmieściu, żeby zablokować ten przemarsz. Na marginesie: nazwać się Obywatelami RP to wyjątkowo sprytne posunięcie. Czy to jest walka ideologiczna? Starcie wartości? Co się tam rozegrało? Czy policja weszła w mundury zomowców i łamała prawa człowieka? Kiedy obserwujemy ludzi w opozycji do siebie, mamy przymus opowiedzenia się za którąś stroną, nawet jeśli nie w pełni, nawet jeśli z jakimś ale, to jednak lubimy coś wybrać i nie czuć się poza, na jakiejś prowincji sporu. W danym momencie to jest świat, a my chcemy do niego należeć. Mówię „my”, ale zaczynam skłaniać się ku myśli, że ten zaimek powinien być zakazany. A więc bywa, że ja czuję ten przymus. ONR działa w Polsce legalnie i ich przemarsz był legalny. Jest możliwy protest przeciwko ich przemarszowi, ale policja ma obowiązek nie dopuścić do eskalacji konfliktu i jak najlepiej ochronić obywateli (Obywateli RP również oczywiście). Czy ludzie, którzy krzyczeli „precz z faszyzmem” (na potrzeby tego jakże ekscytującego sporu nazywani lewakami), nie wiedzieli, że ONR działa w Polsce legalnie i ma prawo przemaszerować?

W myśl zasady, że póki ktoś nie demonstruje swoich wartości otwarcie, to niech sobie istnieje, ale jak zobaczę ich maszerujących po moim mieście ze swoimi symbolami, to już „won z Warszawy”?
I przypominam sobie również wtedy, że zawsze byłem za delegalizacją tej zbrodniczej organizacji? Nie mówię tu o osobach, które domagały i domagają się delegalizacji, przedstawiają swoje argumenty, zbierają podpisy
i nawet uśpiony ONR jest im straszny. W ogóle może zdelegalizujmy przemarsze również?
Zaraz w tym tekście ograniczę wszystkie wolności człowieka. Bo być może jest tak, że my nie umiemy grać w tę demokrację? Policja chroniła obywateli (otoczyła mniejszą liczebnie grupę antyfaszystów) - i tak, ma prawo ograniczać wolność („naruszacie naszą nietykalność osobistą”). W prawie istnieje tyle odstępstw od ogólnej normy, ze to głowa mała i demokratom to się chyba nie śniło. Policja chroniła obywateli, żeby nie skoczyli sobie do gardeł. A właśnie, psychologia tłumu, co jak co, ale to określenie warto by było zdelegalizować. Nie rozumiem dlaczego pozwalamy na zrzeszanie się i przemarsze, i kontrdemonstracje, skoro uznajemy za fakt krwiożerczą i bardzo niebezpieczną psychologię tłumu. Coś tu nie gra. Ja bym chciała przemaszerować samotnie z hasłem „zdelegalizować psychologię tłumu” i niech mnie zamkną za nielegalne marsze bez pozwolenia, odpowiednich papierów, stempla organizacji, podpisu organizatorów. Gdybym porwała tym tłumy, to musiałyby sobie one radzić bez jakiejś taniej psychologizacji zachowań. Byle priorytetem nie byłoby to chwilowe bycie razem, które zastępuje symbolicznego Boga. Denerwuje mnie ukrywanie pod ładnym hasełkiem - psychologia tłumu - zrzekania się własnego mózgu i woli. W tym wypadku to niedobrze, że na wszystko mamy nazwę i próbujemy wszystko wytłumaczyć prostymi mechanizmami. Ale bądźmy chociaż konsekwentni i zdelegalizujmy masowe imprezy z ideą, która prowadzi do eskalacji przemocy. Pozdrawiam kiboli, którzy psują wizerunek kibicom, piłkarzom i rywalizacji sportowej, i w ogóle psują frajdę.

Operujemy jakimiś etykietami i sami nie wiemy co się za nimi kryje. I mam nieodparte wrażenie, że lewacy mogliby się dogadać z faszystami. „Stajecie przeciwko rodzicom i dziadkom, którzy walczyli o wolność i demokrację. Stajecie przeciwko ludziom, którzy mają za sobą groby i cierpienie. Macie na swoich czapkach orła, dumny symbol Polski zjednoczonej.” - kto to powiedział? Ano antyfaszystka. Można by dodać górnolotnie, że Polska nas łączy. Ale cholera, no jednak dzieli - pani dodaje również: „stanęliście przeciwko nam, bo nie chcemy pozwolić faszystom przejść, a każda demonstracja jest legalna”. That's logic.

Inna pani (#lewaczka) leci bić ONR-owców, złapana przez policję krzyczy w stronę maszerujących, że są bandytami i mordercami. Może ja nie mam wiedzy historycznej, a może naiwnie sadzę, że gdyby ONR-owcy podjudzali do mordowania to mechanizmy państwa zadziałałyby sprawnie i zostaliby jako organizacja już dawno zdelegalizowani. A jeśli nie są, to może nasze państwo przesiąknięte jest patologią i żadna to demokracja. No tak, ONR-owcy krzyczą, ze na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści. A którzy komuniści? Jakieś konkrety? Faktycznie to hasło, które tak wpisało się w polską kulturę niezwykle ją ubogacając, ma jakiś dziwny koloryt. Tolerujemy ten folklor czy mam już przestać wierzyć w państwo prawa? Że może nie ma co walczyć o demokrację, bo jej dawno nie ma, a może jej nawet nigdy nie było? To trochę zapachniało ONR-em, oni krzyczeli coś niepochlebnego o demokracji. No i tak, jedni krzyczą o komunistach i zdrajcach, inni zawstydzają policjantów porównaniami do zomowców i pokazują siniaki odniesione w tej brutalnej walce. Po dziesięciu minutach chłopcy krzyczą, ze chcą już iść do domu. Walczą też, żeby młode dziewczyny, które znalazły się w tym miejscy przypadkowo, mogły przejść. Obrazem, który ładnie ilustruje całą sytuację, są właśnie one - zakrywające się i mówiące "nie chcemy być w to zamieszane”. Wzruszyła mnie pani z Gazety Wyborczej, którą koledzy próbowali wyciągnąć z grupy otoczonej policją, ale ona uparcie - na pytania policjantów - czy bierze udział w demonstracji, mówiła, że tak. Nie wykorzystała swojej legitymacji prasowej. Nie była tam, żeby relacjonować wydarzenia, tylko demonstrować. Brawo za konsekwencję a nie wykorzystanie pozycji i szybkie oddalenia się do domu. Wracając, okazuje się (choć to może wiadomo od dawna), lewacy również uwielbiają być ofiarami. Ofiarami sytemu, ustroju, przecież w pewnym momencie duchowo połączyli się z ONR-em tłumacząc policji, że przecież orzełek na czapce, ze przecież wolność, że za co ci dziadkowie i pradziadkowie walczyli. Ja tez się zastanawiam za co walczyli. Może za to, żebyśmy bez szwanku mogli żyć w matriksie, a potem mogli w spokoju rozejść się do domów.


Ten chłopak stał się bohaterem memów, wpisów i ma być dowodem na nazistowski charakter
ONR-u (tekst Kąckiego w Wyborczej). A kto z szerujących i lajkujących dowiedział się, co on czytał z tej kartki? A czy to w ogóle ważne? Jest ubrany tak jak jest ubrany, budzi skojarzenia i to wystarczy. I my nazywamy się poważnymi obywateli, ludźmi racjonalnymi? Ubranie, najważniejsza etykieta. Po ubraniu poznasz faszystę. Po ubraniu poznasz każdego. Ostatnio Reserved wycofał pewien model ubioru ze sprzedaży (tak napisano w oświadczeniu, prawdopodobnie chodzi o koszulę), bo skojarzyła się ludziom z mundurami faszystów z Hitlerjugend. Wojskowe trendy (żołnierska koszula i ciężkie buty), a na dodatek łysy model - to było dla części ludzi za wiele. Musieli sobie zadać to jedno, najważniejsze pytanie: czy ten cały Reserved promuje faszyzm?! A chłopak na marszu czytał nazwiska poległych w obozach koncentracyjnych. Cóż za ironia losu, że młodzi naziści z Polski uczcili pamięć ofiar hitleryzmu i stalinizmu.


środa, 8 marca 2017

Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham


Filmoterapia


Nie ukrywam, że zawsze jestem podekscytowana co może powstać z kręcenia ludzi w jednej, zamkniętej przestrzeni, bez rozpraszaczy świata zewnętrznego. W tym przypadku mamy do czynienia z psychoterapią matki i córki. One dwie oraz psychoterapeuta w jednym pomieszczeniu. Jest to do bólu ascetyczne, ale dzięki temu wyeksponowane są sylwetki, gesty i najdrobniejsze drgnienia twarzy. Mamy możliwość patrzenia bohaterom w oczy. Śledzimy przebieg kilku sesji, poznajemy bohaterki przez ich opowieści oraz ich wzajemnie reakcje na swoje słowa. Wspólną część ich życia, gdy były razem – widzimy z dwóch perspektyw. Fascynująca jest również ta druga część, gdy ich drogi się już rozeszły, a jednak nadal, mimo braku obecności, oddziałują na siebie. W końcu lądują razem na terapii. Potrzebują kogoś kto przetłumaczy każdej z osobna uczucia tej drugiej. Wyzwoli z klinczu, w którym żyją. Film jest zrobiony tak sprytnie, że nie widzimy skrótów, nie zauważamy montażu. Wszystko dzieje się niespiesznie i chronologicznie - od próby zrozumienia przez terapeutę przyczyny i celu ich przyjścia na terapię, aż po jej zakończenie.


Nie do końca podoba mi się pomysł reżysera, by ukrywać przed widzami, że to nie są „prawdziwe” matka i córka. Może obawiał się, że ludzie od razu zdystansują się, skupią na szukaniu fałszu, że nie zrobi to na nich takiego wrażenia jakie reżyser by chciał. Problem w tym, że ludzie nie lubią być nabierani i może to skutecznie zepsuć seans. Pozostanie wtedy niesmak zamiast refleksji. A właśnie to jest jedna z wartości tego eksperymentu. Niesamowite (choć z drugiej strony oczywiste), ze można znaleźć obcych sobie ludzi, których historie się dopełniają. Uzmysławia nam to, jak schematyczna jest większość ludzkich relacji i jest nam lżej. Przestajemy być wyalienowani w swoich zranieniach. Byłam na filmie z Siostrą, co było wartością dodaną. Obydwie płakałyśmy, tylko w różnych momentach filmu. Obie po filmie uznałyśmy, że mimo braku doświadczenia bycia matką, perspektywę podczas oglądania zmieniać jest łatwo i utożsamiać się z obydwiema bohaterkami. 


Ten film ma jeszcze dwa aspekty, można by je nawet określić mianem edukacyjnych. Bohaterki rozdrapują rany (to potwierdza wyobrażenie ludzi na temat psychoterapii), chcą uwolnienia, chcą nareszcie zostać wysłuchane i ich szczerość wylewa się strumieniami. Bogdan de Barbaro (na szczęście terapeuta z wykształcenia i praktyki) nie ogranicza ani neguje prawdziwości uczuć. Zachęca na samym początku na skupieniu się na sobie i przymknięcia oka na poprawność „rodzinną”. Ale często dopytuje czy dane słowo było odpowiednie. Jest to wspaniała lekcja ważenia słów. Nie sądzę, żebyśmy się gdziekolwiek w praktyce uczyli rzeczywistej odpowiedzialności za słowo. Co się rzekło, to się rzekło – z jednej strony to prawda, a z drugiej  - przecież każdy z nas czasem nieumiejętnie dobierze wyraz. Trudno, żebyśmy mieli pilnować każdego słowa (choć ich świadomego wyboru też moglibyśmy się uczyć), ale można użyć innego, poprawić swoją wypowiedź, trochę zmienić jej wydźwięk. Może zadziałać efekt świeżości, czyli słuchający zapamięta lepiej tę drugą wersję. Drugą kwestia jest siła wyobraźni. W świecie realnym żyjemy pod dyktando tego co sobie tworzymy w głowach, wszystko niesie za sobą jakieś skonstruowane skojarzenie. Całe nasze postrzeganie jest subiektywne, co oznacza, że można je modyfikować. Możemy wykorzystać wyobraźnię do uporządkowania przeszłości i wpłynięcia na teraźniejszość. Brzmi patetycznie, dziewczyna podczas terapii żartuje sobie z tego, że ma pogadać w głowie ze sobą małą (wydaje jej się to trochę nienormalne), ale jako widzowie mimowolnie wykonujemy zadania i odpowiadamy na pytania zadawane matce i córce przez terapeutę. Czujemy, że mamy naturalną umiejętność i siłę zmiany, nawet tego, co wydaje nam się, że już zastygło w zimny głaz. Pomnik z kamienia. A jednak da się coś z niego wykuć. Warto zobaczyć film, żeby zyskać chociaż powierzchowną wiedzę o narzędziach do tego potrzebnych. Może się również okazać, że nie mamy siły niczego wykuwać i wyrzucimy głaz za okno. Możliwości jest wiele.

poniedziałek, 14 listopada 2016

Odwiedźcie "Ederly"

Na granicy światów, gatunków i tożsamości

Wysiadamy, a raczej wypadamy z autobusu wraz z głównym bohaterem Słowem (Mariusz Bonaszewski) i razem z nim rozglądamy się dookoła. To dla mnie metafora każdego początku oglądanego filmu, swoistego wstępu, który ma bardzo duże znaczenie. Albo od razu spodoba mi się wykreowany świat, zaskoczy mnie czymś lub odrzuci. Początek może mnie też zwieść i dzięki oszustwu, reżyser zyskuje nade mną władzę. Przyznaję - nie wiedziałam czego się spodziewać, obawiałam się przed seansem. Wydawało mi się, że może to być nieudany eksperyment, zbyt teatralny, by go poczuć i zbyt wykoncypowany, by móc oddziaływać na widza. Zupełnie niepotrzebne miałam wątpliwości. Piotr Dumała zjadł zęby na animacjach, których nie ogranicza nic oprócz wyobraźni reżysera i które wymagają dokładnego przemyślenia i rozrysowania. „Od pomysłu, przez ustawianie planu, poszczególne animacje, po muzykę wszystko spoczywało na jednej osobie. Kiedyś porównałem sztukę animacji, szczególnie tej artystycznej, do tworzenia poezji czy też prozy.” - mówi Dumała. Widać takie samo podejście w pracy nad „Ederly”. Najpierw były sny, na podstawie których powstała powieść drukowana w „Kinie”, a na końcu scenariusz. Dumałę charakteryzuje totalna wolność twórcza i jednocześnie pokora. Czarno-białe zdjęcia są potrzebne tej opowieści, a z drugiej strony reżyser mówi, że nie umie jeszcze używać koloru. Większość twórców podkreśla wagę każdego elementu filmu, ale nie przyzna się, że jeszcze się uczy i nie umie wykorzystać całego spektrum środków. Ale wróćmy do naszego bohatera pozostawionego na piaszczystej dróżce. Dróżce jakich wiele na polskiej wsi, po jednej stronie las, po drugiej pole. Trochę nie wiadomo skąd, a trochę z lasu, wyłania się chłopak, którego można zapytać o drogę. Przy okazji dowiadujemy kim jest Słow - konserwatorem zabytków, który przyjechał odnowić jakąś kościelną rzeźbę. Na noc trafia do pewnego domu, w którym biorą go za zaginionego członka rodziny. Słow dość niespodziewanie zaczyna grać role, które mu przydzielają.
Miejsce akcji to kompilacja różnych miejsc w Polsce (między innymi – Mazury i Śląsk), tak by powstało unikalne, ale jednocześnie charakterystyczne tytułowe "Ederly", które wydaje nam się z jednej strony znajome, już gdzieś widziane, a z drugiej - możemy je odkrywać wraz z bohaterem. Różnorodne drewniane ganki, płoty, obrazki ze świętymi, matki boskie i krzyże, składają się na scenografię przypominającą ożywioną ale jednak - makietę teatralną. Co nie jest zarzutem, bo świetnie pasuje do rodzaju opowiadanej historii.
„Ederly” zamieszkuje cała galeria niezwykle charakterystycznych bohaterów. Słow w sposób nieporadny próbuje odnaleźć się w sytuacji, miota się między ciekawością sprawdzenia się w nowej roli a twardym obstawaniu przy prawdzie. Obojętność i dystans walczą w nim z namiętnością, którą może dopiero teraz odkrył? Dobroduszny ksiądz (Wiesław Cichy) o wesołym usposobieniu, którego gosposia (Aleksandra Górska) jest jego kompletnym przeciwieństwem - smaga wszystkich ciętym językiem i nieufnym wzrokiem. Gabriela Muskała po raz kolejny udowadnia swój komediowy talent, a Jerzy Płażewski - ikona polskiej krytyki filmowej oraz historyk kina - uroczyście wygłasza kwestie profesora. To wzrusza i jednocześnie wprowadza dodatkową grę tożsamościami (tym razem na poziomie aktor a jego rola). Janusz Chabior w blond peruce w roli policjanta gra w kotka i myszkę i rozśmiesza prawie do łez. Nie znajdziemy tu psychologii postaci, jest nam ona zbędna. Świetnie jest czasem nie wiedzieć. Niewiedza jednocześnie daje nam odetchnąć i zamyka nas w swoich kleszczach.

Polskość przypomina tę z „Salta”, humor- czeskie komedie, aura tajemniczości i absurdu - nieme filmy. Takie jest właśnie „Ederly” - mieszanką, która nie jest tylko sumą inspiracji, ale nowym światem na granicy jawy i snu.  Nie brakuje scen perełek, takich jak parodia telenoweli, którą ogląda gosposia i ostatnia szaleńcza, prawie cyrkowa podróż Słowa. 



I choćbym czuła, ze nie wypada tak chwalić, nie wypada być tak dumnym, że powstał oryginalny polski film, to gdyby to ode mnie zależało to ten film byłby jednym z naszych najcenniejszych towarów eksportowych.



wtorek, 1 listopada 2016

Filmy na Halloween


Rozsiądźcie się wygodnie w fotelach albo poprawcie stołki na których siedzicie. Możecie zaraz z nich spaść, bo tego co zaraz przeczytacie na pewno się nie spodziewacie. Przed Wami najbardziej oryginalna lista filmów na Halloween. Zabraknie horrorów, w których krew leje się litrami, a napięcie budowane jest oczywistą banalnie niepokojącą muzyczką.

ARSZENIK I STARE KORONKI


Nie będę ukrywać swojej miłości do Franka Capry. Z filmów, które wyreżyserował, kojarzycie pewnie „To wspaniałe życie” z Jamesem Stewartem. W Ameryce jest to pozycja obowiązkowa na Święta.
Nie będę również ukrywać miłości do Cary’ego Granta. W tej czarnej komedii, bierze on ślub (w halloween – przypadek?) ze śliczną Elaine i pragnie przedstawić ją swoim dwóm uroczym cioteczkom. Sytuacja komplikuje się, gdy odkrywa, że jego krewne mają nietypowe hobby. Pomagają przejść na drugą stronę starszym panom. Po prostu skracają ich życie i – jak twierdzą – cierpienia, pojąc ich winem z trucizną.  

Nienormalny brat głównego bohater myśli, że jest prezydentem Rooseveltem i buduje śluzy Kanału Panamskiego w piwnicy ciotuniek. Tam są również chowane zwłoki. To nie wszystko! Pojawia się nieoczekiwanie drugi brat,  który wygląda jak Frankenstein w wyniku nieudanej operacji plastycznej. Coraz to nowe trupy, doktorek Einstein, szaleństwo goni szaleństwo. Cary Grant z każdą minutą stroi coraz to lepsze miny, od zaskoczenia po kompletną bezradność. Będziecie mieli ochotę cofać niektóre sceny, a wyraz twarzy Granta screenować i ustawiać sobie na tapetę. Jest to halloweenowa pozycja obowiązkowa. Gdyby nie było to tak suche napisałabym: umrzecie ze śmiechu! Dajcie się przekonać: https://youtu.be/XCgNTeQTHc4


Jeśli ktoś nie lubi czarno-białych klasyków
i tego wieczoru nie ma ochoty się śmiać to czeka na niego zimny porywisty wiatr na wzgórzach.










WICHROWE WZGÓRZA


Po seansie możecie spróbować swoich sił w wywoływaniu duchów i może uda Wam się nawiązać kontakt z duchami Katy i Heathcliffa. Ekranizacji Wichrowych Wzgórz jest kilka. Ta kultowa - ze świetną Juliette Binoche i Ralphem Fiennesem, mroczna - ze świetnym z kolei Timothym Daltonem i jego wbijającym w fotel spojrzeniem. Jest też wersja z ciemnoskórym Heathcliffem, gdzie soundtrackiem jest tylko szum wiatru, a prawie każdy kadr jest zasnuty mgłą. Każda z nich zabierze Was na wrzosowiska, w sam środek namiętnego uczucia -  miłości bez spełnienia, pełnego cierpienia, które doprowadza do obłędu. Zamknięte koło, brak możliwości ucieczki, mimo ogromnych przestrzeni i piękna dzikiej natury. 

HARD CANDY

Okej, czas na thriller. Coś współczesnego.

Polski tytuł  to „Pułapka”, ale ten oryginalny dobitniej ilustruje wymowę i sedno filmu. Czternastoletnia dziewczynka umawia się przez internet na spotkanie z dojrzałym mężczyzną. Cała akcja rozgrywa się właściwie tylko w mieszkaniu, a związany z tym brak możliwości ucieczki powoduje klaustrofobiczne napięcie. Buduje je również nasza niewiedza, nikt nam niczego nie tłumaczy, jesteśmy biernymi obserwatorami wydarzeń, które powiedzmy sobie szczerze, nie są typowe. Czym można tłumaczyć sobie okrucieństwo i bezwzględność? I czy w finale filmu wszystko zostaje nam wyjaśnione? Komentarze po seansie świadczą, że nadal można mieć wątpliwości kto w tym filmie był dobry, a kto zły.
Kontrowersje dotyczą również postaci dziewczynki i jej pewnych nierzeczywistych  cech. Ale kto się tym będzie przejmował w Halloween? Jeżeli lubicie niedopowiedzenia i działanie na Waszą wyobraźnię – to coś dla Was. Film opiera się na przemocy, na planie, który jest wykonywany z perfekcyjną precyzją, nie wszystko jednak da się przewidzieć…To walka na śmierć i życie. Kto wygra?

Jeśli chcecie zrobić sobie całonocny maraton filmowy to przedstawiam Wam dwie najlepsze z możliwych propozycji:

TWIN PEAKS

Znany i uwielbiany serial Lyncha. Idealną okazją do obejrzenia go ponownie jest właśnie Halloween. A kto nie widział – to czas to nadrobić! Agent Cooper przyjeżdża do pozornie spokojnego miasteczka Twin Peaks by rozwiązać zagadkę zabójstwa Laury Palmer. Z każdym odcinkiem robi się coraz dziwniej, kolejne postaci ujawniają swoje mroczne strony. Cooper, choć wydaje się przygłupi, gdy opowiada z poważną miną o swoich surrealistycznych snach (między innymi o wizycie Olbrzyma), to kochamy go. Za uśmieszek, za dobrotliwą naiwność, ale głównie za to, że jednak nie jest taki głupi jak się wydaje. Że jest autorytetem, choć nic by nie wskazywało, że może nim być. Zaparzcie kilka litrów aromatycznej kawy, a do tego pyszne… I oglądajcie!


MISTRZ I MAŁGORZATA

Moskwa lat 30, czarna magia, ucięte głowy, czarny kot pijący wódkę i grający w szachy, niezwykłe sztuczki, szpital psychiatryczny, bal przy pełni księżyca…

Tego dzieła chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Rosyjski serial z 2005 roku jest wiernym odwzorowaniem książki Bułhakowa. I dobrze, bo pewnie jakiekolwiek zmiany czy „ulepszenia” skazane by były na porażkę. Jak to jest rozmawiać z Szatanem o istnieniu Boga? Jak to jest wypełniać los, który on nam przepowiedział? Popadać z minutę na minutę w coraz większy obłęd? Musicie podążyć śladami Mistrza i Małgorzaty, spotkać się z moją ulubioną postacią - Korowiowem, który mimo całego wdzięku kraciastego ubrania, pękniętych binokli i ironicznego humoru, zwiastuje nieszczęście gdziekolwiek się pojawi. Będąc średniowiecznym rycerzem, zażartował z sił światła i ciemności, a teraz pokutuje przy Wolandzie. Behemot, czarny kocur, uwielbia robić psikusy bardziej od dzieci szwendających się w halloween od domu do domu. W końcu jest „najwspanialszym błaznem jakiego znał świat”. Chodzi na dwóch łapach, umie posługiwać się sztućcami. W takiej bandzie nie może zabraknąć wiedźmy. Hella – piękna, rudowłosa, zielonooka, do tego wampirzyca. Od brudnej roboty jest małomówny i okrutny morderca - Asasello – niewielkiego wzrostu, płomiennie rudy, ubrany wykrochmaloną koszulę, lakierki i melonik. Ma wielki kieł. Postaci z tej galerii, każdy chciałby zaprosić do domu na Halloween. Choć serial nie jest wybitny, nie da się od niego oderwać. Woland wszystkich Was zaprasza na bal przy świetle księżyca, na którym potępieńcy wyjdą z trumien, a kolano Małgorzaty zsinieje od pocałunków składanych na nim.

WESELE


„My jesteśmy jak przeklęci,
Że nas mara, dziwo nęci”


Jestem za tym, żebyśmy się nie wyrzekali swoich polskich demonów. Gdy zapłoną świece zprośmy się na wesele do wiejskiej chałupy. Wirujmy z Panem Młodym i Panną Młodą w zaduchu i tłoku. Przyjmijmy godnie symboliczne duchy przeszłości. Nie dajmy się dekadenckim nastrojom, usłyszmy krzyk Rycerza kierowany do Poety „Zbudź się!”. Jak bardzo uniwersalny jest też przekaz Stańczyka. Dziennikarz ma rozbudzać świadomością narodową, „stać na czele”. Upiór i Hetman przypomną niechlubne karty historii, tacy święci to nie jesteśmy, niech ogarnie nas niepokój! Najbardziej zawsze bałam się rudowłosej Racheli, Maja Komorowska jest w tej roli demoniczna i gdy biegnie wgłąb sadu pełnego mgły, z rozwianym szalem, wydaje się być duchem z zaświatów. Ma też dziwny błąkający się po jej ustach uśmiech. Mamy swój fantastyczny świat, trza go znać, trza go znać. 

"Miałeś, chamie, złoty róg,
miałeś, chamie, czapkę z piór:
czapkę wicher niesie,
róg huka po lesie,
ostał ci się ino sznur,
ostał ci się ino sznur."

środa, 19 października 2016

Co łączy Kunderę z rapem?

Frajdy jaką sprawiają mi słowa jeszcze nigdy nie odczuwałam tak mocno. Przekopałam się ostatnio przez mnóstwo wierszy, przeszłam przez brzmienia słów, sensy, dwuznaczności, absurdy, rytmy i tysiące nieporozumień. Uwielbiam słowa. Czasem po dłuższym wpatrywaniu się w nie, tracą sens, są nagle nowością, jak z innego języka. To jedno z dziwniejszych uczuć, podobne do tego kiedy próbujesz wyobrazić sobie nieśmiertelność w wieczności i nagle świadomie czujesz czym jest ta piorunująca nieskończoność.

"Dopóki ludzie są młodzi i muzyczna kompozycja ich życia składa się zaledwie z kilku taktów, mogą ją pisać wspólnie i wymieniać się motywami (tak jak Tomasz i Sabina wymieniali się motywem melonika), ale kiedy są już starsi w momencie spotkania, ich muzyczna kompozycja jest mniej więcej zamknięta i każde słowo, każdy przedmiot oznaczają coś innego w kompozycji jednego i drugiego. Gdybym śledził wszystkie rozmowy między Franzem i Sabiną, mógłbym ułożyć z ich nieporozumień wielki słownik. Zadowolmy się małym słowniczkiem.

Mały słownik niezrozumianych słów (część pierwsza)

Kobieta
Być kobietą oznacza dla Sabiny los, którego sobie nie wybrała. To, czegośmy nie wybrali, nie jest naszą zasługą ani winą. Sabina sądzi, że do przydzielonego losu należy mieć stosunek godny. Buntować się przeciw faktowi, że urodziła się kobietą, wydaje jej się równie niemądre, jak uważać to za wartość."

Jest pewien problem z fragmentami z Nieznośnej lekkości bytu, cytowanie mogłoby się skończyć przepisaniem całej książki. Nie jest łatwo znaleźć autora, która pisze tobą, twoją wrażliwością i doświadczeniem. Taki był dla mnie zawsze Prus, czy pisał emocjonalne powieści czy surrealistyczne nowele, był moim Prusem, był mną. Z każdą stroną Nieznośnej, z każdym zdaniem ulegałam coraz bardziej pochłaniającemu mnie zachwytowi. Kundera ma dla swoich postaci czułość, ale też patrzy na nie z dystansu, na ile jest każdą z nich? Ile przypadków sprawiło, że napisał akurat taką książkę? Ile przypadków mnie dzieliło od tego sięgnięcia po nią (które już nastąpiło dawno) i ostatecznego jej przeczytania? Kundera zajmuje się właśnie takimi nieuchronnościami. Już sama obserwacja, że lekkość może być nieznośna mnie oczarowuje, a mały słownik niezrozumiałych słów jest genialny-kim jest dany człowiek możemy poznać dopiero odkrywając co się kryje za słowami, które wypowiada. Słowa klucze (również przedmioty klucze) i sny klucze, dwie płaszczyzny życia, które mnie fascynują. A oprócz tego mamy bardzo zręcznie wyreżyserowaną historię, poprzecinaną dywagacjami, przystankami, które jednak nie dają nam zatrzymać. Ta książka jest kodem, który odczytałam w całości jako swój. Końcówka co prawda była małym zgrzytem, ale nie zmienia mojego postrzegania Nieznośnej jako małego skarbu, który szybko stał się moim odniesieniem. Muss es sein? Es muss sein! Es muss sein!

Mogłabym chodzić po mieście i pytać w kółko ludzi: Rap jest super, co nie? I znowu - jak ja uwielbiam słowa. We wszelkich piosenkach w ogóle słowa są ważne, ale w rapie chyba liczą się podwójnie. Pozwalają na więcej, można się nimi bawić aż do granic sensu. Są esencją, muszą trafiać w punkt, mogą być prawdą albo przekonującym kłamstwem. Nie jestem starym wyjadaczem, nie słuchałam rapu od zawsze (raczej właśnie nigdy go nie słuchałam), więc gdy jaram się jakimś kawałkiem to jest to piękna świeża namiętność. Z rapem mam jak z wierszami, rzadko coś mi się podoba. Ale jak już mi się spodoba, ekscytuję się totalnie. Nie znam poprzednich albumów Bisza, więc nie mam z czym porównać jego nowej płyty. A jeśli sluchałam (bo Spotify nachalnie mi rekomendował), to to, że ich nie pamiętam i nie zagwiazdkowałam jest już moją recenzją.

Odkrywanie "Wilczego humoru" zaczęłam od pierwszego singla "Potlacz!", poleciał potem w zapętleniu kilkanaście razem. Kawałek zalatuje bardzo Łoną i Webberem, ale to przecież komplement, a po drugie oryginalności mu nie brakowało. Świetny teledysk tak na margnesie.
[Potlacz!]

Gdy na świat już otworzysz okno
Wpada do pokoju deszcz, możesz mocno zmoknąć
Suchej nitki brak, grubych nici splot
Supłuje twój świat w marynarski knot
I trzeba trochę się rozerwać     

Pieprz pozę kontroli, poza kontrolą bądź
I powiedz – no kto ci zabroni?
Czy warto? Interesuje chuj mnie to mnie
Pogardą obdarowuję chujnię hojnie
Wobec ciężkostrawności bytu
Zostaje nieznośna lekkość ręki
Żeby cisnąć w twarz hipokrytów
Śmieciowe umowy, kredyty, papierki
Tych głąbów gęby mnie do głębi gnębią
                                                               
Uwielbiam kiedy wszystko ze wszystkim się miesza. Mamy bardzo fajny język do takich kombinacji. Mamy dużo frazeologizmów, więc podwójnymi (a nawet potrójnymi) znaczeniami można się bawić, tak jak na przykład suchą nitką. Metafory zawsze spoko, zmoknąć i supeł, a rozerwać to już sztos. Odniesienie do Kundery musiałam w tym wpisie wstawić. Tyle słów podobnie brzmi, że rap aż się prosi by je łączyć. "Tych głąbów gęby mnie do głębi gnębią" - to z serii takich zdań, które sama chciałabym pisać i jakoś zwyczajnie cieszę, że się zmaterializowały.

C.R.W Nevinson
The Wave
[Nie obrażaj się]

Znów w zatoce zlewu flota statków grozi abordażem
I pomyśleć – jednym z moich marzeń było marynarzem być

Prysznica spływ znów zapychają dzielone na czworo włosy

Dużo śpię, ale żyję jak zabity [Wilczy humor]

Kiedy czytam takie wersy to myślę, że może dobrze, że nas w szkole katowali metaforami i frazeologizmami. Może to komuś niepostrzeżenie zostaje w głowie. Pamiętam, że miałam taką książeczkę, która poprzez śmieszne historyjki wyjaśniała te wszystkie białe kruki i grube ryby. Dzięki niej zapamiętałam w końcu co to znaczy "piąta woda po kisielu", którego sensu za nic nie mogłam złapać. No a w ogóle to przeczytałam każdą opowiastkę z kilkanaście razy, bo po prostu była to fajna zabawa. To taka dygresja z morałem: nigdy nie wiadomo co cię ukształtuje, wyedukuje i zainspiruje! No i pozycja obowiązkowa dla dzieciaków. (Właśnie doszłam do wniosku, że mój blog mógłby zamienić się w polecanie mega książek dla dzieci. Moje dzieciństwo stało pod ich znakiem.)

Ale wracam do "Wilczego humoru". Muzyka Radexa to przede wszystkim nieoczywista prostota. Podoba mi się glównie w tych odsłonach minimalistycznych, kilka dźwięków na krzyż. Wydawałoby się, że to po prostu takie nic. Gdyby rozdzielić bit i słowa to nikt by nie podejrzewał, że to się jakkolwiek zgra. I to zgra w tak unikalne kawałki. "Wszystko na płycie zrobione zostało metodą chałupniczą – uczyłem się od początku i sam sprawdzałem jak działają poszczególne patenty, wszystkie dźwięki praktycznie ustawiałem za pomocą myszki. Żadnej automatyki, żadnych długich loopów. Dlatego też praca zajęła bardzo dużo czasu i przypominała tkanie gobelinu. Jako absolutny debiutant, nagrałem płytę wyjątkowo intuicyjną (...)"- mowi Radex. Eksperymentalne intuicyjne poszukiwania bardzo słychać w tych kompozycjach. Trzeba mieć pewność siebie i samoświadomość, żeby tak nie bać się skromności i nie szukać oszałamiającego efektu, a dać charakterystyczne niepowtarzalne tło podbijające tekst i treść. Żałuję, że nie mogę całej płyty okrzyknąć moim objawieniem, podoba mi się mniej więcej połowa utworów. Ludzie w ogóle się podzielili, jedni nie odnajdują się stylistyce, tak swobodna do granic konwencja ich odrzuca, inni są zachwyceni bezkompromisową twórczą zabawą. Jest jeszcze grupa tych, którym "siadło" po kilkukrotnym odsłuchaniu.

Wartością nie do przecenienia, dzięki której dałam się tak wciągnąć w świat Bisza są nawiązania. W końcu studiował filologię polską przez rok, ostatecznie skończył kulturoznawstwo. Fajnie gdyby istniał rap jako intelektualna zabawka.
[Pogoń]

Jest coś do – ot tak – zrobienia
Zrobiłby to nawet Gang Olsena
Jeśli się nie uda trzeba będzie grać od zera
Skończymy na bruku jak... fortepian Chopina?
Olej kamuflaż, nie wtapiamy się w nic
Do niczego nie podobni, wyjęci
Spod prawa i lewa, i spod poły płaszcza


Ten ostatni wers mnie niezmiennie zaskakuje swoją zmyślnością. W ogóle (o czym już pisałam na blogu-http://klarakluczykowska.blogspot.com/2015/10/zapomniane-uczucie-zdziwienia.html) umięjętność budowania czegoś niespodziewanego, czysta niespodzianka, to coś co lubię najbardziej na świecie.

[Nie mam głowy]

Mam swój film, za który czeka mnie tu lincz jak David
Prosta historia tak wymownie pozbawiona puenty

Może jestem prosta (hehe), ale nie mogłam się nie uśmiechnąć, kiedy to usłyszałam.

Słuchajcie, czytajcie, odkrywajcie!
Charles Piazzi Smyth
The Great Comet of 1843



wtorek, 4 października 2016

Czarny protest

Update: Moje poglądy się zmieniły, w 2020 brałam udział w protestach przeciwko wyrokowi TK o niekonstytucyjności przesłanki do aborcji w postaci dużego prawdopodobieństwa ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo jej nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Od życia większą wartość ma dla mnie godność życia. Ważniejsza jest edukacja, wsparcie, a zakaz jest łatwym sposobem czyszczenia sobie sumienia. 

Tommy Ingberg
Careful
Nie można być ze mnie dumnym. Nienawidzę samej siebie kiedy siedzę, myślę i potrafię się wahać. Prościej byłoby hasztagować, robić selfie, być jednoznacznie po którejś stronie barykady i czuć się dobrze samemu ze sobą.

Aborcja to jedyny temat, na który rozmawiam z aż tak ściśniętym żołądkiem i fizycznym bólem, i atakuje mnie tak agresywny natłok myśli. Mamy XXI wiek, a nie mamy zgody co do tego KIEDY ZACZYNA SIĘ CZŁOWIEK. Pieprzę taką cywilizację, gdzie zamiast chronić prawo do życia tych, którzy nie mogą zastrajkować w swojej sprawie, solidaryzujemy się w imię wyboru do nieurodzenia dziecka z zespołem Downa.  Gdyby nie stanowcza reakcja matek („nie ma mowy, urodzę") na sugestie lub naciski lekarzy, to trochę ludzi by ubyło. Tych którzy się urodzili jednak zdrowi zresztą też. 

Dziś odbył się czarny protest przeciwko ustawie zaostrzającej przepisy dotyczące możliwości aborcji (na dole można ją przeczytać klikając w zdjęcia). Pierwszy raz musiałam się przebierać ideologicznie. Założyłam białą koszulkę, zdjęłam. Przecież nie jestem za zmuszaniem do urodzenia dziecka z gwałtu. Przecież chcę, żeby lekarze mogli ze spokojem wykonywać badania prenatalne, oczywiście wolałabym, by w celu podjęcia ewentualnego leczenia. Nie chcę, żeby kobiety, które poroniły mogły spodziewać się (chociażby po jakimś donosie) śledztwa czy oby na pewno poroniły nieumyślnie. Wyjęłam czarną koszulkę i schowałam ją z powrotem. Dla mnie zarodek to człowiek, z całym swoim całkowicie unikalnym kodem. To jakiś cud, że już wiadomo tyle rzeczy, trzeba tylko pozwolić mu się rozwijać w ciele matki. Co to znaczy: moje ciało mój wybór? Faceci nie mają prawa się wypowiadać? To jakiś absurd. Ja bardzo bym chciała, żeby się wypowiadali, to w końcu również o ich dzieciach, ich uczuciach, ich opiece nad rodziną toczy się dyskusja.

Co z pomocą dziewczynom, które chcą urodzić dziecko z gwałtu? Ktoś je ochroni przed presją rodziny? Co z kobietami, które chcą rodzić, mimo że są chore na raka? Ktoś je ochroni przed niedopuszczalnymi uwagami lekarzy? Dlaczego nie ma dyskusji o drugiej stronie?  Po co nam edukacja seksualna skoro właściwie w „cywilizowanym kraju” powinna być dopuszczalna aborcja do 12 tygodnia (przecież część protestujących właśnie tak uważa)? Skoro to jest takie proste, to po co edukować? Wystarczy nauczać, że spoko, zawsze jest opcja, żeby dziecka nie było. I luz, powinnaś i powinieneś mieć czyste sumienie.


A co mnie najbardziej smuci, że tworzą się getta jedynych prawd. Wklejam komentarz jednej z dziewczyn pod wpisem na blogu: http://mdcb.pl/konrad/moj-protest/

Tommy Inhberg
Bubble
A dziś muszę przyznać, że się wystraszyłam- samej siebie. Bo oto pragnąc wyrazić swoje pragnienie wolności, ubrałam się w jeden z kolorów, mama jeszcze przed wyjściem sprawdziła czy ten 'odpowiedni' i wyruszyłam w miasto. Pierwsze co zrobiłam, zaczęłam się rozglądać ile kobiet jest 'moich' a ile 'tych drugich'. Kuźwa- w moim mieście, które uwielbiam za otwartość na innych i wielokulturowość, rozglądałam się za 'swoimi'. Pierwszy raz nie czułam się jak u siebie, tylko na jakiejś planszy do gry. Tego się boję- że zamiast dyskutować, tolerować się i akceptować swoje różne poglądy, będziemy ubierać się w czapki, które z góry określą naszą przynależność polityczną, rasową, religijną. Nie trzeba będzie rozmawiać- wystarczy jedno spojrzenie i będzie wiadomo kto jaki jest. Jestem przeciwna sprowadzaniu kogokolwiek do jednego koloru czy poglądu. Ja w takim świecie nie chcę żyć. A dałam się na chwilę do niego teleportować. Źle mi z tym.


Tommy Ingberg
Call


A może już nie ma przestrzeni na dyskusję? A może powinnam nie relatywizować życia, nie wahać się, nie rozmawiać, mieć swoją rację, innych nie słuchać. Ale jednak nadal liczę na wrażliwość po obu stronach.

Obrazek po lewej mnie nie śmieszy, jest mi przykro i ogarnia mnie złość.

Szafuje się też etykietkami, więc powiem jeszcze, że z kościołem czy bez, w kwestii aborcji zawsze czułam tak samo. Bo może tu nie można wiedzieć czy argumentować, może tylko się czuję. Mam nadzieję, że mam prawo. 







środa, 17 sierpnia 2016

#nowehoryzonty2016

To była najlepsza edycja Nowych Horyzontów

 (z pięciu na których byłam)

Kupno karnetów oznaczało jedno - zobaczę tyle filmów ile się da! Ten festiwal to niezwykła intensywność wrażeń i mało spania, cztery/pięć filmów dziennie, debaty do czwartej rano, a o 8:30 pobudka, żeby zarejestrować się na filmy na następny dzień. Ot, taki urok. Uwielbiam za miejsce - za cudowny Wrocław, reset głowy (oderwanie się od życia i codziennych myśli) i napchanie jej taką ilością historii.

Migawka z Nowych Horyzontów 2015

Co prawda co roku tworzę własną kategorię pt." O TO NA PEWNO MI SIĘ SPODOBA" i gorzko się rozczarowuję, i to te filmy okazują się najgorszymi filmami festiwalu, ale staram się uczyć jak je wybierać i jak nie dawać się nabrać, jak sobie odmówić - mimo, że serce złudnie podpowiada, że to coś idealnie dla mnie. Victor Erice to było moje totalnie odkrycie festiwalu, tak bardzo jest to filmowy świat, w którym można się zanurzyć i nie musieć pamiętać na przykład - że trzeba oddychać. Bo oddycha się w rytm filmu, nawet jeśli on jest bardzo powolny, to jest to naturalne i magiczne. Nowości i filmy, które przyjechały z Cannes też nie zawiodły, przede wszystkim genialna rumuńska Sieranevada - autentyczna i do bólu realistyczna dzięki przerysowaniu. Bardzo podobała mi się często krytykowana pierwsza scena. Kamera jest daleko od bohaterów, nie dzieje się w sumie nic, ale ujęcie - właściwie dokumentalne - jest długie i ustawia nas w czasie rzeczywistym. Ostrzega nas, tu nie będzie skrótów, tu przeżyjemy wszystko razem z bohaterami. Kolejna scena to już ustawienie widza bardzo blisko oglądanych postaci, możemy ich praktycznie dotknąć. Miejsce akcji to głównie malutkie mieszkanko. Miałam momenty, że po prostu nie mogłam wyjść z podziwu, gdzie udało się tam zamaskować cięcia, kamera przeciska się między bohaterami, krąży od pokoju do pokoju, jest to trochę klaustrofobiczne, ale idealnie pasuje do koncepcji. Postaci są charakterystyczne, ale nie wycięte z papieru; dialogi świetne, zabawne kłótnie rodzinne, które brzmią znajomo, absurdalne zwroty akcji budujące rytm filmu i jeszcze obraz rumuńskich rytuałów i konfliktów pokoleniowych na tle historycznym. Nowy film Farhadiego – Klient, też świetny, co prawda ten intensywny maraton w dzień i rozmowy nocą sprawiły, że przysnęłam, mimo, że był bardzo wciągający. Atmosfera jak to u Farhadiego - dużo napięcia. ostatecznie zrobił się z tego już mocny thriller, co chyba nie każdemu się spodobało. Farhadi ma totalnie swój styl, nie kombinuje z formą, po prostu kręci bardzo dobre kino i oglądając to wydaje ci się "jak to łatwo zrobić film". Cudowna lekkość mimo bardzo trudnych tematów, a reżysera widać że fascynują ludzie, a przede wszystkim to jak reagują na trudne i niespodziewane wydarzenia. Natomiast zwycięzca Złotej Palmy – Ja, Daniel Blake, rozczarował (zresztą tego można było się spodziewać bo głosach, ze wygrał niezasłużenie), przewidywalny kiczowaty szantaż. Na dodatek irytujący główny bohater jako zbuntowana ofiara systemu mnie w ogóle nie przekonał.

Retrospektywa Nanniego Morettiego to była słodka uczta. Z jego twórczością kojarzą mi się dwa słowa: esej i poemat. On bardzo dużo czerpie z siebie, swoich poglądów i doświadczeń. Był gościem festiwalu i podobno był bardzo zmęczony (albo znudzony) na spotkaniu z publicznością, ale w swoich filmach jest zabawny, pełen energii, a one same (BiankaKwiecień, Czerwony lobik, Kajman) są pełne uroku i świeżości.




sfrustrowany, ale pełen wdzięku Moretii gada do kwiatków

Polski film,co do którego miałam obawy, że będzie nieudanym eksperymentem - okazał się naprawdę udaną podróżą do tytułowego Ederly. Czarno-biały, surrealistyczny, zabawny i naprawdę oryginalny. Byłam mega dumna (filmowy patriotyzm), oglądałam go z moją kuzynkę, która jest pół Polką, pół Francuzką i mieszkała też w wielu innych państwach i zawsze chcę, jeśli już ogląda coś polskiego, żeby to był coś! Filmem, który wygrał o włos - właśnie z Ederly - plebiscyt publiczności były Wszystkie nieprzespane noce. Miało być świeżo, a wyszło sztucznie i trochę o niczym. Dialogi często koszmarne, wywołujące śmiech na sali, a do tego główny aktor i jego pseudofilozoficzne pytania jedno za drugim to trochę za dużo. Przyjaciel głównego aktora bardzo na plus, wręcz czasem błyszczał przy swoim koledze. Niestety problem jest też taki, że chyba to jest w pewien sposób też dokumentalny zapis i wyłania się z tego przykry obraz dwudziestolatków. To co cieszy to brak rozbuchanych mocnych kolorów. Co jednocześnie podkreśla  brak oryginalności włóczenia się od imprezy do imprezy, ale i subtelnie okrywa swoich bohaterów bezpiecznych kokonem nie każąc im się na siłę wyróżniać. Szkoda, że o Wszystkich nieprzespanych nocach zapomina się w mgnieniu oka, brakuje im jakiegokolwiek ciężaru. Natomiast polskie krótkie metraże debiutantów (Dzień Babci, Edukacja) dają nadzieję, że rośnie nam pokolenie uzdolnionych twórców. CDN może nastąpi, bo w końcu zobaczyłam na Nowych Horyzontach ponad 40 filmów, więc to studnia bez dna.