czwartek, 31 grudnia 2020

Besson i Carax w Paryżu


Czy mało jest mostów w tym pieprzonym mieście?! - wykrzykuje bohater filmu, gdy przeszkadza mu się popełnić samobójstwo. Nie tylko on wybrał sobie najbardziej ozdobny i spektakularny most Aleksandra III, by odejść ze świata żywych. Besson stylizuje ten film z 2005 na stary i pocztówkowy, jest czarno-biały, ma wiele klasycznych klisz, a jednocześnie jest filmem sci-fi, co jest absurdalną mieszanką. Czy to nie najpiękniejsze miasto świata? - pyta Angela, ale jest to tylko marna próba ukazania jakiegoś sensu życia głównemu bohaterowi. Przedziwna para korzysta z atrakcji Paryża (np. pływa statkiem po Sekwanie), które przez turystykę stały się wyblakłą wizytówką Paryża i w ten sposób też używa ich reżyser. W ostatniej scenie, upadły anioł Angela stwierdza, że nie ma przeszłości, nie wie kim jest. Właśnie Paryż sprawia wrażenie jakby nie miał tożsamości, jakby nie żył.  Kiedy bohater zachwyca się widokiem nocy i migoczącej wieży Eiffla z apartamentu hotelowego na wysokim piętrze, zniecierpliwiona Angela wyjaśnia mu, że księżyc będzie tam zawsze. Podobnie jak wieża Eiffla, mimo, że inny był pierwotny zamysł. Nie dość, że będzie istnieć realnie, to będzie funkcjonować w umysłach jako symbol Paryża i nie będzie budzić żadnych głębszych doznań. 

Most odgrywa też ważną rolę w “Kochankach z Pont-Neuf” Leosa Caraxa. W remoncie, zamknięty dla ruchu, jest domem dla Alexa, a potem też dla malarki Michel. Najważniejszą sceną filmu jest ich wspólny szaleńczy, taneczny bieg po Pont-Neuf pod niebem rozświetlonym kolorowymi  fajerwerkami. Jest w tym dojmujący kontrast bawiącego się miasta, obojętnego na ich balansowanie na granicy szaleństwa. Denis Lavant ze złamaną nogą robi akrobacje na miarę kaskaderskich wyczynów Jean-Paula Belmondo. Z kadrów drżącej kamery co i rusz znika Michel rozbryzgująca na nartach wodnych nurt Sekwany. Z obu stron widzimy jasne strumienie sztucznych ogni wpadających do wody, wręcz ich ściany. Te ściany chronią dwójkę bohaterów i oddzielają od zwykłego życia miasta. A może to oni jedyni pozostali żywi? Są wyrzuceni poza granice, ale sami też nie chcą już być częścią tego miasta. Kiedy ich życie wykracza poza most sytuacja staje się trudniejsza. Miasto zdaje się im stawać na przeszkodzie, a związek zaczyna przypominać toksyczne przywiązanie z “Wichrowych wzgórz”. Gdy spotykają się na moście, by świętować kolejny Nowy Rok, jest on już otwarty, nie są sami. Idą środkiem ulicy w śniegu, trąbią na nich samochody, to symbolizuje ograniczenia jakich nie mieli żyjąc w izolacji. To film na granicy jawy i snu, momentami dojmująco realistyczny, a innym razem przypominający barwny spektakl, który ociera się o melodramat. Jest przesiąknięty Paryżem, historia Alexa i Michel nie mogłaby wydarzyć się w innym miejscu. Można byłoby śmiało nazwać ten film jednym z najbardziej paryskich, choć sam wydźwięk tego sformułowania nie oddaje istoty rzeczy.



Paryż wyłaniający się z tych filmów, to nie Paryż z pocztówek, a miasto zwykłych lub wręcz wykluczonych ludzi. Paryż jest miejscem konfliktów i dziwnych przypadków, które łączą jednostki, jest miejscem fascynującym, ale też sceną tragicznych losów bohaterów, a nawet czasem więzieniem. Sam Paryż też jest miastem kontrastów. Piękne kamienice z ciemnymi mieszkaniami, rozkopane ulice, złote ornamenty, wieża Eiffla ze stali oraz monumentalna Notre-Dame. Sięgając do bardziej współczesnych przykładów, warto wspomnieć przedziwny bieg obłąkanego pana Merde po Père-Lachaise w “Holy Motors” L. Caraxa. Ujęcie z góry pokazuje nam jesienny, szary Paryż. Zbliżenie na wyjście z kanału w formie kółka z zaciemnieniem wokół przypomina przejścia w bajkach dla dzieci i buduje groteskową atmosferę, która później będzie się tylko pogłębiać. Pan Merde wychodzi spod ziemi, a na cmentarzu zaczyna pożerać kwiatki z grobów, na których widnieją adresy internetowych witryn umarłych. Pół człowiek-pół potwór, wyglądający jakby właśnie sam powstał z martwych, lepiej wpasowuje się w scenerię cmentarza niż turyści, których przestrasza. Co paradoksalne ekipa z fotografem na czele, który robi zdjęcie okładkowe francuskiego magazynu już nie przywodzi na myśl bezczeszczenia cmentarza. Przyzwyczajamy się, że to kolejna odsłona spektaklu, a nie prawdziwe życie. 


wtorek, 22 grudnia 2020

Noce pełni księżyca


Louise z “Nocy pełni księżyca” Erica Rohmera

ma ewidentnie problem z wolnością. Mieszka w sprawiającym ponure wrażenie, szarym i pustym Marne-la-Vallée ze swoim chłopakiem, który nie jest zbyt towarzyski. Jako bohaterka żywa i energiczna, pragnie przestrzeni, dlatego zachowuje swoje paryskie mieszkanie, by realizować się jako jednostka społeczna.
W Paryżu towarzyszy jej kolega, który kocha ją miłością platoniczną (a przynajmniej próbuje stwarzać takie pozory) - pisarz Octave. Wykłada jej w paryskiej kawiarence, że nie wyobraża sobie życia na prowincji, dusi się jej świeżym powietrzem. Postrzega Paryż jak niemalże centrum świata, centrum pełne tysiąca możliwości. Właśnie te możliwości są zmorą głównej bohaterki.

Jej oba mieszkania są w odcieniach szarości i niebieskości. Paryskie jest przytulne, wyposażone w różne dziwne rzeczy: kolumny greckie po dwóch stronach łóżka, na jednej z nich kolorowe lampy ledowe, na ścianie wisi coś w rodzaju kamizelki ratunkowej, która byłaby dobrym symbolem przyczyny istnienia tego mieszkania. Ale głównym przedmiotem użytku, wręcz kompulsji, jest szary telefon. Louise bardzo często dzwoni, szuka towarzystwa, chce zagłuszyć samotność. Ale urządzanie swojego gniazdka również ją bawi i gdy raz postanawia nie wyjść wieczorem na zabawę, spędza ten czas ze sobą i czuje się wspaniale. Paryż lat osiemdziesiątych tętni życiem, jest kolorowy, przyjazny. Być może za przyjazny, wydaje się jakby przeszkadzał jej odetchnąć. Czy można pragnąć ze wszystkiego na świecie wolności i jednocześnie uporczywie uciekać od niej jak od dzieła szatana? Czy może wystarczy machnąć ręką kwitując, że Louise nie wie czego chce. Rohmer w swoich filmach tak lekko i subtelnie portretuje Paryż i swoich bohaterów, że kontrast tej delikatności wobec ich zagubienia i bólu jest porażający.




piątek, 29 maja 2020

David Lodge czyli książki mojego ulubieńca



Z Lodgem łatwo się zakumplować, a już po kilku jego książkach, każda kolejna jest jak przyjemny powrót do znanego stylu, humoru, ale jednak całkiem nowej, niepowtarzalnej opowieści. Co jak co, ale historię to on umie zbudować. Plecie ją z takich cieniutkich niteczek codzienności, co wzmacnia efekt realności, a do tego mamy wstęp do głowy bohaterów. Satysfakcjonujące doświadczenie, mimo bardzo prostej, wręcz schematycznej fabuły, ale tylko Lodge potrafi z takim wdziękiem dać czytelnikowi poczucie, że w życiu jednocześnie nic nie ma znaczenia, jak i wszystko ma sens.

Zaczęłam swoją przygodę od "Kinomanów". Ten najdziwniejszy zestaw bohaterów tkwi w mojej głowie do dziś, odpryski ich surrealistycznych przygód również. To jest książka gęsta i chyba najbardziej literacka z tych, które do tej pory przeczytałam.

Z kolei "Terapia" to bardzo refleksyjna podróż. Oswoiła mi Kierkegaarda, wkradł się niepostrzeżenie w moje życie. Dzięki niej późniejsze sięgnięcie po tego filozofa nie wydawało mi się krokiem w przepaść i niedostępną myśl filozoficzną, ponieważ śledziłam jak towarzyszy on bohaterowi książki jako punkt odniesienia i komentator.

W "Skazanych na ciszę" jest polski akcent historyczny. Dużo tam też zabawy słowami i komediowych sytuacji, w końcu głównym bohaterem jest głuchnący lingwista. Zmagający się ze swoim starzeniem, ale też odchodzeniem ojca, bolesna książka, zahaczająca o najcięższe doświadczenia i dylematy. Byłam czasami oburzona zachowaniem głównego bohatera. Warto wspomnieć, że w tym czasie sam autor zmagał się z postępującą głuchotą, jest to powieść dość autobiograficzna i tym samym jeszcze bardziej dojmująca.

"Gorzkie prawdy" połyka się za jednym zamachem, bo i krótkie, i akcja płynie wartko. Lodge w pigułce, zabawny, ironiczny, ale też refleksyjny i czuły. I ten przypadek, jako najwyższa forma konieczności - bardzo dobry motyw. Jest to przeróbka sztuki teatralnej, więc łatwo można wyobrazić sobie jaki panuje w niej klimat. Czwórka bohaterów odtańcowuje w jednym domku na wsi dziwną choreografię. Ale jak zwykle są targani podmuchami losu, nad którymi nie mogą zapanować. Lodge lubi pobawić się telenowelą w swoich powieściach, i tu jest tego posmak. Intryga jest odmieniana przez wszystkie przypadki, sekrety wyciągane są na światło dzienne, a wszystko posypane jest szczyptą kontrowersji. Lodge smakuje trochę Houellebekiem, bohaterowie to przede wszystkim mężczyźni w średnim wieku, raczej spełnieni zawodowo, czasem wręcz zarabiający powyżej średniej, zmagający się ze swoją egzystencją. Bohater "Możliwości wyspy" to komik piszący kontrowersyjne skecze, a bohater "Terapii" to autor popularnego sitcomu. Houellebecq jest mroczniejszy, choć dużo pisze o wielkiej miłości, o której Lodge za często nie wspomina, bardziej interesują go romanse i ich dynamika. W ich powieściach seks zajmuje sporo miejsca, często traktowany dość instrumentalnie, odbija w soczewce problemy współczesnego zachodu. Oboje naśmiewają się z osiągnięć cywilizacji, punktują ostro płytkość dążeń człowieka i tego, co go otacza. Zajmują się zawodowo beznadzieją. Zainteresowani są głównie sensem istnienia, samotnością i śmiercią, a formą bywa często pamiętnik. Houellebecq upycha w swoich powieściach więcej polityki, wątki rozgałęziają się w różne strony, bogactwo, obfitość myśli - można by rzec. Lodge jest prostszy, lżejsze jest jego "tu i teraz", ono należy do bohatera, a nie do całego świata z jego zaduchem. "Wszystko może nas spotkać w życiu, przede wszystkim zaś nic." - twierdzi bohater "Platformy". U Lodge'a dzieje się dużo, znaczy to wiele, a wszystko razem nic. Gorzko-lekkie, oczyszczające, ale co najważniejsze, to świetna rozrywka.

niedziela, 24 listopada 2019

Podziemne życie Paryża czyli "Subway" Bessona


“Metro” zasługuje na wyraziste epitety, a nie na nadużywane “intrygujący” czy “stylowy”. Trudność polega na tym, że pasują one najbardziej i oddają najważniejsze aspekty tej kinofilskiej, nasyconej popkulturowymi odniesieniami, przyjemności. Choć wydaje się filmem dość błahym, to docenić trzeba, że przestrzeń paryskiego metra i jego zakamarków wykreowano jako wiarygodny, alternatywny świat. Słychać w nim każdą skapującą kroplę, piszczący, jak szum przy zmianie kanałów radia, zgrzytliwy szmer rur,
a każdy krok dudni głuchym echem. Paryskie życie tętni w podziemnych tunelach w rytm elektryzującej elektroniki Erica Serry. Film to nie tylko spełnienie dla uszu, ale również uczta dla oczu, począwszy od intensywnego chłodu kadrów, przez światło, które lśni w surowym mroku i dodaje barw, po wystawne stroje Isabelle Adjani zaprojektowane przez Yves Saint Laurent.

Fabuła jest pretekstowa, co charakterystyczne dla popularnego w latach ‘80 nurtu w kinie francuskiego cinema du look. Złodziej Fred ukrywa się w podziemiach metra, które żyje własnym życiem, tworzy rodzaj alternatywnego społeczeństwa pełnego dziwaków oraz zakochuje się z Helenie, znudzonej żonie bogacza. Jednak naprawdę szczęśliwy jest, gdy udaje mu się spełnić swoje pragnienie posiadania zespołu muzycznego. Nie brzmi to za poważnie. A gdy doda się do tego pościgi komicznej w swojej nieudolności policji po peronach metra to wiadome jest, że to przede wszystkim świetna rozrywka, choć o wysokiej wartości estetycznej. 


To tego rodzaju film, w którym wszyscy aktorzy są na swoim miejscu. Isabelle Adjani raz kroczy dumnie z podniesioną głową
i natapirowanymi włosami po schodach metra jak po wybiegu, raz histerycznie szlocha, ale najwięcej sympatii budzi jej bezczelność
i złośliwe wyśmiewanie burżuazji. Christopher Lambert w roli Freda przyciąga uwagę, przede wszystkim swoją blond fryzurą i czającym się w kąciku ust uśmiechem. Znalazł się w efektownym świecie, wśród charakterystycznych bohaterów (m.in. Jeana Reno jako perkusisty), ale jakby z przypadku
i sam pozostaje skromny, wręcz nieśmiały.
I choć punkowy bunt dziś już nie wybrzmiewa tak wyraziście, to ta energia nadal rezonuje w widzach i lśni jak lampa aka miecz świetlny w rękach Freda lub (jak kto woli) latarki we wrotkach jego kumpla.

czwartek, 31 października 2019

Co oglądać jesienią?

Melancholijne, nieoczywiste smugi światła, ogniste korony drzew podczas zachodów słońca, delikatne opadanie rdzawych liście oraz skrzypienie złotych dywanów pod butami. Do tego mrok pełen ciszy przerywanej zawodzącym wiatrem i krople deszczu bębniące o parapet, a tak naprawdę uderzające mniej lub bardziej czule w naszą duszę. To czas egzystencjalnych przemyśleń i oglądania filmów w podobnym nastroju. 


"Panny z Wilka" (reż. A. Wajda)


W lesie, w którym ćwierkają ostatnie ptaki, światło odbija się do białej kory brzóz i zażółconych koron drzew, Wiktor (Olbrychski) żegna się na zawsze ze swoim przyjacielem. Wizytę na cmentarzu w poszukiwaniu grobu dawnej ukochanej, złoży również w tytułowym Wilku. Bezradność wobec przemijania i dojmujący ból śmiertelności to motyw, który wyziera z każdej szczeliny tego obrazu filmowego. A użycie słowa "obraz" nie jest tu przypadkowe. Jest to niezwykle malarski film, a brzmiący w nim fragment Koncertu skrzypcowego Szymanowskiego przeszywa na wskroś i metafizycznie rezonuje z naszą istotą. 
Wiktor trafia do czyśćca, a może do przedsionka piekła swojego serca. Wraca do dawnych znajomych, granych przez Seniuk, Zachwatowicz, Celińską i Komorowską. Napawa się widokami, które niegdyś były mu tak bliskie, próbuje uchwycić nić wiążącą go z tym miejscem. Próbuje dowiedzieć się kim był i sprawdzić czy pomoże mu to przetrwać stan zawieszenia, w jakim się znajduje. Przetwory jesienne stoją na półkach, również czekają na swój los. Ale przyszłość Wiktora jest mglista, nie wie czy stać go jeszcze na zachwyt czy rozbłyski intensywnego, prostego szczęścia.


Jest to obraz bardzo zmysłowy, siadamy wraz z bohaterami do stołu, czujemy woń traw i promienie końca lata na ich twarzach. Duszna atmosfera pełna napięcia również nam się udziela. Film został nakręcony na podstawie opowiadanie Iwaszkiewicza o tym samym tytule, które jest odrobinę bardziej za mgłą, jeszcze bardziej nieśpieszne. Mocno wybrzmiewa rola pamięci. Konfrontacja wspomnień Wiktora z rzeczywistością jest rozczarowująca, ale również wyzwalająca. Tym, co ostatecznie się liczy jest ten wewnętrzny liryzm i poezja, przez które filtrujemy świat. Wiktor wytrzeźwiał i rozumiejący więcej, przytomny, powrócił do siebie. Wyrwał się ze snu, zostawiając w oddali to, co należy do przeszłości.

"Oskar i Lucynda"  (reż. G. Armstrong) 


Ostatnio odkryta przeze mnie perła. W tym filmie dziwność goni dziwność, a ja uwielbiam być zaskakiwana. Podobnie jak w poprzedniej propozycji ten film stoi aktorstwem. Blanchett 
i Fiennes jako arcyoryginalna para, rude anioły, duchowny i inwestorka, zachwycona tworzywem jakim jest szkło, których łączy miłość do hazardu. Są nietypowi ze swoją wrażliwością, on wycofany, ona waleczna, ale oboje tak samo nieprzystosowani. Są czarodziejscy, unoszą się ponad ziemią, hipnotyzują widza. 


Nie jest to kolejny typowy romans, bo bohaterów łączy nieuchwytna więź, na którą trudno znaleźć dobre określenie. Są nieporadni, speszeni, ale za delikatnymi uśmiechami, które rozświetlają ich twarze, kryje się ogień i buchająca energia. Ten kontrast, duchowość i hazard, spokój i drżenie, ogląda się z przyjemną ekscytacją.



Polecam przebrnąć przez specyficzny początek, który kiedyś mnie odrzucił i filmu nie obejrzałam. A jeśli ktoś lubi ekranizację "Małych kobietek" z Winoną Ryder i Kirsten Dunst, to powinien wiedzieć, że oba filmy łączy postać reżyserki. I znowu: co ujęcie, to obraz. Liczy się każdy detal, można się napawać kadrami, wdychać tę atmosferę. To będzie mój tradycyjny film na jesień, tego rodzaju wielokrotnej przyjemności nie będę sobie odmawiać.


"Olive Kitteridge" (reż. L. Cholodenko)


Jeśli podobała się Wam Frances McDormand w "Trzy billboardy za Ebbing Missouri" to koniecznie sięgnijcie po ten miniserial, bowiem to tu odkrywa cały swój potencjał. Wręcz mam wrażenie, że filmowa rola to już tylko kopia Olive. 

Tu więcej jest szarości i szorstkości, to jesień ogołoconych drzew i ludzi pozbawianych nadziei na życie jakie pragnęli wieść. 


To serial bolesny i oczyszczający zarazem. Olive łączy w sobie chłód, cięte riposty z głęboko skrywaną wrażliwością i dobrocią. Może irytować, ale porusza nas jej ból i zagubienie, rozumiemy jej frustrację i uśmiechamy się, gdy jej dowcip zdradza jej ludzką twarz.
Serial dobrze oddaje klimat książki, ale też rozwija pewne wątki, niektóre pomija (historia pianistki z baru) i jest czymś osobnym i oryginalnym.




Oczy kilka razy wypełniały mi się łzami i zarówno po obejrzeniu serialu, jak i po zamknięciu książki, czułam, że przeżyłam coś ważnego. Strout ma zdolność do opisywania drobnostek, które w danym momencie są całym światem. Obraca w rękach złośliwość Olive jak drogocenny skarb, tym samym czujemy, że wszystkie nasze "złostki" i gniewy też są przykrywane aksamitnym materiałem, który ma nam uświadomić, że nie jesteśmy ani dobrzy ani źli. Dużo jest też rozpaczy, bezgłośnej i tym bardziej dojmującej. A samotność, która jest istotą tej książki, nie jest demonizowana, pokazane są jej bardzo różne odcienie. Napisana jest prosto, ale Strout udaje się  uniknąć popadania w banał i nudę.




Dobra wiadomość dla fanów Olive jest taka, że pojawiła się już druga część. Równocześnie wyszło polskie tłumaczenie, więc można sobie uprzyjemnić jesienne wieczory zarówno wizualnymi wrażeniami, jak i zaszyć się gdzieś w kącie z książką. W końcu czy jest lepsza kryjówka chroniąca przed chłodem niż własna wyobraźnia?

 

niedziela, 20 października 2019

Kłopot z istnieniem w powieściach Houellebecqa

Co każe ginąć bohaterom Houellebecqa?



Laura Knight - Dark pool

W powieściach Michela Houellebecqa bohaterowie dość często umierają, a część z nich popełnia samobójstwa. Oprócz marnego końca, wydaje się, że ich egzystencja to codzienna, przewidywalna, urytualniona wegetacja pozbawiona sensu. Poszukują oni jednak doznań, które mogłyby dodać wartości ich życiu lub przynajmniej uczynić je lżejszym. Według Houellebecqa zawsze kończy się to katastrofą. Już po przeczytaniu kilku jego powieści, wiemy, że szczęście bohatera jest pozorne w tym sensie, że zawsze minie, a on sam wpadnie w otchłań. W momencie uczucia radości podczas czytania, jednocześnie przeczuwamy tragedię. W tej zabawie z oczekiwania czytelników, Houellebecq jest bardzo ironiczny i wyciąga na powierzchnię niemożność zaspokojenia się. Emmanuel Levinas w eseju “O uciekaniu” twierdzi, że wszystko zaczyna się od złego samopoczucia, które rodzi potrzebę. Ta potrzeba jest tym nagląca, im większe jest cierpienie odczuwane przez jednostkę. Próbujemy się zaspokoić, szukamy przyjemności, w niej (a może bardziej w rozkoszy) wychodzimy poza siebie. W ekstazie gubimy samych siebie. Po przeżyciu jej czujemy się znowu rozczarowani i pojawia się znowu potrzeba.



To, co przełomowe w myśli Levinasa to intuicja, że próbujemy się zaspokoić, nie by się dopełnić, nie z powodu braku, który czujemy. Levinas pisze: Potrzeba wyraża raczej obecność naszego bycia niż jego niedostatek.  Michel z “Platformy” tak właśnie opisuje akt seksualny: ciało cieszy się samym faktem, że jest na świecie. Po śmierci ukochanej Valérie w zamachu terrorystycznym, po pragnieniu zemsty i ucieczce w pisanie, wie jednak, że gdyby pozwolił [znowu] namiętności ogarnąć ciało, w ślad za nią szybko pojawiłby się ból. Decyduje się na śmierć, ponieważ rozumie, że inaczej musiałby znaleźć sobie cel, a tego już nie chcę zrobić. U Levinasa bycie nie jest określane w odniesieniu do jakiegoś Innego. Bycie jako strumień “jest się” (il y a), istnienie bez wyjścia skłania ku ucieczce i wyjście z niej jest jednoczesnym powrotem do siebie.


Systemowy pomysł ułatwienia ludziom bliskości cielesnej w postaci legalizacji pigułki antykoncepcyjnej w 1967 roku, nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Jest to ważna data w twórczości Houellebecqa. Postaci przez niego kreowane uciekają w seks, co czasem przeradza się w manię jak u Bruna z “Cząstek elementarnych”. Być może to nie mdłości, a właśnie akt seksualny to skonstatowanie swojej obrzydliwej, nieodwołalnej obecności? Istnieje jednak różnica, mdłości wydobywają się samoistnie z nas, są odruchowe, a nie wynikają z potrzeby (chyba, że mówimy o potrzebie oczyszczenia), ale podobnie jak w seksie, ważna jest cielesność i bycie tu-oto. Z nagością (obecnością nas dla nas samych) wiąże się ze wstydem (niezdolnością do zerwania z samym sobą). Bohaterowie Houellebecqa nie czują wstydu z powodu nagości, ciało staje się obce (podobnie jak w przykładzie u Levinasa ciało siłacza czy tancerki podczas pracy), choć w tej swobodzie nie upatrywałabym negowania swojej materialnej postaci. Zaryzykowałabym tezę, że seks wiąże istniejącego z istnieniem, następuje rodzaj pełni i świadomości.

Bohaterzy Houellebecqa myślą o świecie bez nich, po ich śmierci. Michel zdaje sobie sprawę z fenomenu obojętności świata, o którym pisał Leszek Kołakowski. Wie, że zostanie szybko zapomniany, że tak naprawdę nic się nie zmieni. Bohater “Poszerzenia pola walki” cieszy się, że przetrwa jako udokumentowany przypadek medyczny w pracy magisterskiej. Oznacza to być może jakąś wolę bycia w obliczu planowanego nieistnienia. Albo jest to intuicja, że brak jest obecnością albo że nicość nie istnieje. Sam Houellebecq twierdzi, że oprócz chorego na depresję informatyka z “Poszerzenia pola walki”, jego postaci mają wolę życia. Wspomniany informatyk tnie się, na terapii ucieka w abstrakcję, głosi tezy socjologiczne i intelektualizuje, trudno mu skupić się na sobie. I dla Houellebecqa, i dla Levinasa jest to przejawu najgłębszego zagubienia się w świecie, istniejący musi się ciągle konstytuować w świecie, a nie zapominać o sobie.

Bohaterowie przytaczanych powieści czują, że ich los jest zdeterminowany. Michel po śmierci Anabelle mówi, że czuł, że wszystko zmierzało do tego punktu (niespełnienie nastoletniej miłości i tragizm losu obu postaci). Uciekł w naukę i pracę, przyczynił się do postępu nauki, ale to nie przyniosło zaspokojenia. Podobnie bohater “Serotoniny” wyłuskuje moment, w którym jeszcze mogło mu się udać być szczęśliwym z ukochaną, a potem już tylko pustka i obsesja na jej punkcie bez możliwości spełnienia. Wydaje się, że to oni sami siebie unieszczęśliwiają podobnymi założeniami albo szukają w ten sposób przyczyny swojego złego stanu. Bohaterowie Houellebecqa uciekają w konsumpcję (nie tylko towarów, ale też mediów jak Michel po śmierci ojca w “Platformie”; telewizor to też konieczny element wystroju ostatniego miejsca zamieszkania przed samobójstwem bohatera “Serotoniny”). System kapitalistyczny wymusza ten pęd i zaspokajanie kolejnych potrzeb. Jeśli nie idziesz do przodu, giniesz - mówi Valérie do Michela. Ucieka ona w pracę, która daje niezależność, status oraz satysfakcję, lecz gdy biznes seksturystyczny zostaje zdemaskowany, katastrofa oznacza zanik wszelkiego poczucia sensowności i spełnienia. Ale przesłanie Houellebecqa, o którym mówi w wywiadach brzmi, by walczyć i tak przekraczać samego siebie. Podobne zalecenie zdaje się wysnuwać Levinas, który uważa materialność za przejaw istniejącego. Świadomi naszej cielesności, spełniamy potrzeby materialne, a do tego przedmioty mają swój kres, i wyznaczają nam ramy, są skończone i budujemy swoją tożsamość w odniesieniu do nich.
W “Możliwości wyspy” ucieka się we wspólnotę, tam szuka się spełnienia (jak zresztą postulował kontrkulturowy pisarz A. Toffler), a rozmnażanie się sekt jest przedstawione jako fenomen na wskroś nowoczesny. Daniel ucieka również w satyrę i kpinę, przyjmuje brutalność świata i odpowiada na niego jeszcze większą brutalnością, przekształca przemoc w śmiech, odbiera nadzieję i tym się chlubi, i sam uważa, że świat wcale nie jest śmieszny. Neoludzie w tej powieści diagnozują wcześniejszy gatunek jako ten przeniknięty przez śmierć, któremu brak siły, by zakorzenić się w teraźniejszości. Ale czy to prawda? Czy oni nie stawiali w ten sposób oporu? Levinas opisuje uczucie zmęczenia, jako opóźnienie, które konstytuuje teraźniejszość. Przyjmujemy swoje bycie na siebie, męczymy siebie byciem. Można by tedy stwierdzić, że Søren Kierkegaard, pisząc, że przeznaczeniem życia jest być w najwyższym stopniu umęczonym życiu i że jest to egzamin z życia, tego czy się dojrzało do wieczności, opowiada się za włączeniem się w strumień istnienia i jego separacji od istniejącego, bo nie wydaje się, żeby jakkolwiek walczył o swoją podmiotowość czy świadomie brał bycie na siebie. Były to zresztą ostatnie słowa Kierkegaarda przed wylewem. Jednak Levinas inaczej rozumie zmęczenie, jest to wyrok skazujący na teraźniejszość. Bohater “Serotoniny” czuje nieuchronność i grozę bycia po wypowiedzeniu słów: przepraszam za zamieszanie i stwierdza, że jego życie będzie się od tego momentu sprowadzać właśnie do przeprosin za zamieszanie.

Męczy się samym swoim byciem. Rozumie jeszcze, że - jak pisze Levinas - świat jest stabilny dzięki formom i przedmiotom, które określa własna skończoność. Już nie chce wyposażać swojej kawalerki w meble i akcesoria, które będą przypominać mu o życiu społecznym, skazuje się tym samym na zagładę.
Houellebecq w “Serotoninie” porównuje ludzi udzielających rad (również tych, które o te rady nie zostali poproszeni) do chóru greckiego, który jest tylko świadkiem i potwierdza, że bohater wkroczył na drogę destrukcji i chaosu. O chórze w dramacie greckim, który nadaje wymiar wieczności zdarzeniom oraz pełni funkcję łagodzącą pisze Henryk Elzenberg w “Kłopocie z istnieniem”. Mając chór, mogli sobie Grecy w dramacie pozwalać na wszelkie okropności; my natomiast, bez chóru, nie powinniśmy w tym iść za daleko - pisze Elzenberg. Przypuszczenie, że czytelnik jest tym świadkiem i komentatorem prowadzi do wniosku, który tkwił niewypowiedziany do tej pory w mojej głowie. Wydaje się, że bohaterowie Houellebecqa oddają życie za czytelników, żeby ci już nie musieli tego robić. Bardzo dobrze obrazuje to postać Chrystusa oddającego życie za ludzi przywołana w ostatnim akapicie “Serotoniny”. Oswajamy śmierć podobnie jak w eksperymencie S. Levine’a opisanym w książce “Gdybyś miał przed sobą rok życia”, a równocześnie mocno wybrzmiewa nieusuwalność istnienia - postaci fikcyjne zapuszczają korzenie w głowach i wyobraźni czytelników. 


Witkacy-portret Elzenberga
Levinas rozróżnia i rozdziela istnienie
i istniejącego, co zresztą dobrze ujmuje Elzenberg, który mimo istniejącego “ja”, własnego istnienia nie odnajduje:
Jak myślę, to nie istnieję, nie mam świadomości siebie; istnieje tylko to o czym myślę. Świadomość zaś zyskuje człowiek najbardziej przez cierpienie, choćby zwyczajny fizyczny ból; jak mnie ząb boli, to wiem, że jestem. To wszystko bynajmniej nie przemawia za pilnym wyszukiwaniem i pielęgnowaniem swego j a. Nie mówiąc już o cierpieniu, można powiedzieć, że człowiek przyznający największe znaczenie swej jaźni szuka czegoś czego znaleźć w ogóle nie można, i gubi się w próżni gorszej niż ten, który szuka Boga, albo innych absolutów poza sobą. Można tu polemizować czy adekwatnie odczytuję “ja” nie jako istniejącego, ale jako istnienie w znaczeniu Levinasa. Czyli parafrazując: to wszystko nie przemawia za pilnym wyszukiwaniem i pielęgnowaniem swego istnienia, a tożsamość nigdy nie jest ustalona raz na zawsze i nie polega na szukaniu jedynej prawdy o nas samych. Houellebecq uważa, że usytuowanie człowieka w dramacie od czasów tragedii antycznej nie zmieniło się, a według Levinasa jej fatalizm tragedii polega na fatalizmie nieusuwalnego istnienia, które na przykład u Shakespeare'a objawiają się poprzez upiory, widma czy czarownice. Houellebecqa dziwi pytanie czemu ludzie w jego książkach umierają, zastanawia się czy osoba pytająca zauważyła, że ludzie w życiu także umierają. I choć temat funkcji ironii i śmiechu również zasługuje na oddzielną pracę to wydaję mi się, że ta wypowiedź bardzo pasuje do teorii oswajania śmierci przez francuskiego pisarza.

Paul Delvaux - Landscape wiht Lanterns
Il y a Levinas porównuje do bezsenności czyli bezprzedmiotowego czuwania w anonimowości nocy. Właściwie to noc czuwa lub czuwa się, jest się całkowicie wydanym na bycie. Jeszcze sugestywniejszą metaforą jest pomruk ciszy. W języku występują takie określenia jak: głucha cisza, martwa cisza, dźwięcząca, dzwoniąca lub dudniąca cisza jest w najwyższym stopniu wyrażeniem grozy istnienia i to właśnie ona pozwala rozdzielić je od istniejącego. Dobrze oddaje to fragment “Księgi niepokoju” F. Pessoi: Kończę swoją samotną wędrówkę. Rozległa cisza, które nie zakłócają drobne dźwięki, dopada mnie i obezwładnia. Olbrzymie zmęczenie zwykłymi rzeczami, zwyczajnym byciem tutaj, znajdowaniem się w takim stanie opanowuje mojego ducha i ciało. Zaskoczony niemal krzyczę, czując, że pogrążam się w oceanie, którego bezmiar nie ma nic wspólnego z nieskończonością przestrzeni ani z wiecznością czasu, ani z niczym co ma wymiar i nazwę. W tych chwilach milczącego władczo terroru nie wiem, kim jestem materialnie, czym się na co dzień zajmuję, czego zazwyczaj pragnę, co czuję i o czym myślę. Czuję, że zgubiłem się samemu sobie, że jestem poza własnym zasięgiem. Moralna potrzeba walki, intelektualny wysiłek szeregowania i rozumienia, niespokojne artystyczne dążenie do stworzenia czegoś, o czym już nie mam pojęcia - choć pamiętam, że je miałem - i co nazywam pięknem: wszystko wymyka się mojemu poczuciu realności, wydaje się nie zasługiwać nawet na to, abym je uważał za jałowe, puste i odległe. Czuję w sobie jedynie próżnię, złudzenie duszy, miejsce bycia, świadomy mrok, w którym dziwny owad daremnie szuka choćby ciepłego wspomnienia światła.

Powieści M. Houellebecqa z jednej strony przytłaczały mnie, z każdą kolejną przyzwyczajałam się już, że moje rozbudzone przez samego autora nadzieje na trwałość szczęścia bohatera nie zostaną zaspokojone. Podskórnie jednak czułam, że nie są to tylko katastroficzne wizje i dłubanie w egzystencjach pełnych rozpaczy, których nieuchronny koniec z rąk własnych jest jasny. Houellebecq dobrze oddaje przeciwstawianie się anonimowemu byciu bohaterów poprzez ich kontakt z bardzo precyzyjnie wypełnionym światem produktami konkretnych marek. Stwarzają oni siebie za ich pomocą. Utowarowienie seksu tylko jako kolejny etap przemian i skutek rewolucji obyczajowej to spłycenie. Znalazł się on w polu ekonomicznym być może wyraźniej niż w czasach bez pigułki antykoncepcyjnej, ale nadal może pełnić funkcję spoiwa między istniejącym a istnieniem. To nie przypadek, że psychiatra daje bohaterowi “Serotoniny” kontakt do prostytutek. Levinas polemizuje z Heideggerem, który rozdzielił byt i bycie, ale “się” uznał za rodzaj życia nieautentycznego. Inaczej jest u Levinasa, subiektywizacja jest procesem na poziomie świadomości i buntem wobec strumienia il y a: Nasze istnienie w świecie wypełnionym pragnieniami i codzienną krzątaniną nie jest więc żadnym gigantycznym oszustwem, upadkiem w nieautentyczność, wymigiwaniem się naszemu najgłębszemu przeznaczeniu. Jest jedynie rozwinięciem tego oporu wobec anonimowego i nieuchronnego bycia, rozwinięciem, za sprawą którego istnienie staje się świadomością, to znaczy relacją tego, kto istnieje z istnieniem, poprzez światło, które tyleż wypełnia dystans, co go utrzymuje.

Friedrich Frotzel - The Old Bookcase
Być może jak psychotyk według lacanowskiego klucza próbuję na siłę dopasować, zbudować filozoficzną strukturę dla twórczości Houellebecqa (omijając oczywiście z premedytacją fragmenty, które by nie pasowały i zaburzały spójność wywodu). Mam nadzieję jednak, że udało mi się zasiać wątpliwość, że uciekanie nie jest tym, czym się wydaje w wykonaniu bohaterów Houellebecqa, że ich “marna” egzystencja i ich pragnienia (jeśli jeszcze je próbują spełniać) pozwalają im nie dać się zatopić, są heroicznym dążeniem pozyskania istniejącego dla istnienia. V. Frankl powiedziałby (i nie tylko on), że nie wystarczy dążyć do szczęścia, że ono samo w sobie jest unieszczęśliwiające, a ludzie chcą tworzyć wartości. To, co wydaje się często zwodzić bohaterów na manowce to wybór miłości jako najważniejszej wartości, przyzwyczajenie do przyglądania się swojemu odbiciu wyobrażonego ja w Innym w postaci ukochanego oraz próba anonimowego życia bez pragnień, bez podłączenia do świata. Houellebecq jest na pewno orędownikiem struktury, ram i kultury, mówi o frustracjach i niepokojach, pokazuje przerysowane skutki rozsadzenia społeczeństw. Być może uśmierca bohaterów, by nie uśmiercić siebie, giną oni jak Chrystus za niego i za czytelników, a ich brak jest najwyraźniejszą obecnością jaką można sobie wyobrazić.




niedziela, 10 marca 2019

Mniej lub bardziej klarowne

Ku uciesze


Ucieszę ciszę
Uciszę uciechę
Zwierzę uwiążę
Wierzę powieszę
Zranię się rankiem
Zamknę się w ramce
Zniknę ucichnę
Zaraniem zabłysnę
Wiarę odzyskam
Zwierzę wyściskam
Zwiążę swą duszę
I już się nie uduszę
Ciszą się ucieszę
W uciechę przeobleczę
Warknę z furkotem
A zwierzę jest kotem
Z małym polotem

Dolegliwości


Nie o mnie
I nie o tobie

Nie o nas
I nie o Bogu

Na barykadzie wiersza
Wieszczem świerszcz się obwieszcza

Na scenie się budzi
Bezruchem znaczy
Przezroczystości istotą
Ściana kurwa mać

***


Nie uczymy się pisać wierszy
Rzeźbimy w ciemności
Nie wiedząc czy nam wolno

Kurzu wstydem pokrywamy wersy
Myślimy poezję przed snem
By przepadła gdzieś w mroku

Słowa to nasze tajemnice
Jedyne bez rozliczeń
Żadna siła nas nie zmusi byśmy
je wypuścili wraz z głośnym świstem oddechu

W niedzielę czujemy
Że trzeba wyspowiadać się ze swojej grafomanii
Czy Bóg każe za rymy krakowsko-częstochowskie
Czy zasłużę na natchnienie


---

R. Barthes pisał o haiku, że to: wyciszenie nieustępliwej paplaniny duszy. Moje wiersze to nie haiku, być może więc zaliczają się nadal do paplaniny, ale mniejszej niż reszta wpisów na tym blogu.




      Okładka magazynu Life C. Colesa Phillipsa



środa, 26 lipca 2017

ASy o których prawie nikt nie słyszał


„Jesteśmy w gruncie rzeczy sądowymi pachołkami. Robimy czarną robotę i jesteśmy praktycznie niewidzialni dla społeczeństwa. Nasza praca jest firmowana przez sędziów.  Jesteśmy trochę jak guwernantki w dobrych domach: już nie służba, ale i nie rodzina. My jeszcze nie jesteśmy sędziami, ale już nie jesteśmy urzędnikami.” – opowiada Marta,  która jest asystentem sędziego w średniej wielkości sądzie okręgowym.

Marzec 2016. Na tapecie mediów od długiego już czasu jest Trybunał Konstytucyjny. Ale sądownictwo to nie tylko TK.  Przewodnicząca Krajowej Rady Związku Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości w liście do Zbigniewa Ziobry z dn. 16 lutego tego roku napisała: „Szereg rozmów i spotkań odbytych z poprzednim kierownictwem resortu na przestrzeni ostatnich lat nie przyniosło żadnych rezultatów. My urzędnicy, asystenci i pracownicy obsługi byliśmy traktowani przez poprzedni Rząd oraz kierownictwo naszego resortu jak tania siła robocza. Polityka zaniechań ówczesnego Rządu jaskrawo przedstawia zapaść finansową poszczególnych sądów.”

To w tym miesiącu powinni dostać obiecane przez obecny rząd podwyżki. Na fanpejdżu oraz forum Ogólnopolskiego Stowarzyszenia  Asystentów Sędziów panuje sceptycyzm. Od momentu ogłoszenia podwyżek dominował komentarz „nie uwierzę póki nie zobaczę”. Ostatecznie podwyżki zostały przyznane (325 złotych w stosunku do stawki najniższej), ale asystenci twierdzą, że są niewystarczające. 
„Weekend, w którym nie pracuję dodatkowo w domu jest weekendem ewenementowym. To już muszę bardzo się zawziąć i powiedzieć, że czegoś nie wezmę. [Marta opisuje sytuację sprzed podwyżek.] Z wysługą lat czyli z dodatkiem za długoletnią służbę zarabiam jakieś 2500. A są asystenci, którzy zarabiają nawet poniżej dwóch tysięcy. Bo najniższa asystencka pensja brutto to około 2600, netto - nie wychodzi nawet dwa tysiące. Najgorzej w sądzie mają urzędnicy. Na etacie zarabiają 1,5 tys. plus jakieś dodatki, kierownicy sekretariatów zarabiają więcej niż asystenci, ale kierownik jest jeden na cały sekretariat. Najgorzej mają sekretarki, bo pracują co prawda w wyznaczonych godzinach i nie dłużej, ale zarabiają słabo. Potrafi dochodzić do patologii, kiedy ludzie są zatrudniani wiecznie na zastępstwo, na miesiąc, na umowę zlecenie – bo nie ma już jak łatać dziur. Obecny Minister Sprawiedliwości to ukrócił. Nie może być tak, że sąd robi to, za co normalnie skazuje pracodawców.” Marta zna protokolantkę, dziewczynę po studiach, ciężko pracującą po 8 godzin dziennie, która zarabiała 1200 zł.


Zasadnicze wynagrodzenie asystentów sędziów regulowane jest przez rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości. Ustalone w 2009 w wysokości od 2675 złotych do 3824 złotych, utrzymuje się do dziś. Asystent sędziego, który w 2009 r. zarabiał maksymalną stawkę wynagrodzenia zasadniczego, otrzymywał płacę wynoszącą około 300% wynagrodzenia minimalnego, teraz jest to zaledwie 207% wynagrodzenia minimalnego. W ciągu siedmiu lat, przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej „przeskoczyło” maksymalne wynagrodzenie asystenta. Odsetek asystentów sędziów, którzy otrzymują maksymalne wynagrodzenie jest znikomy.[1]

Marta na ostatnim roku administracji zaczęła studiować prawo. Zrobiła aplikację radcowską, była asystentem w wydziale gospodarczym, później cywilnym. Asystentura to dla niej droga do sędziowania. Niedawno zdawała egzamin radcowski. „Jeśli go zdam to będę miała zdany egzamin prawniczy zawodowy, który daje mi sporo możliwości. Mogę startować w konkursie na referendarza sądowego. Referendarz to jest samodzielne stanowisko w sądzie, on nie wymierza sprawiedliwości, ale udziela ochrony prawnej – zwalnia od kosztów sądowych, przydziela pomoc prawną. Jest też o tyle atrakcyjne, że pracuje się w stałych godzinach za całkiem niezłe wynagrodzenie. Prawdę powiedziawszy referendarz robi mniej niż asystent, a zarabia dwa tyle co my. I stosunek pracy jest na podstawie mianowania (a nie umowy o pracę). Za cztery lata mogę zdawać egzamin sędziowski i według nowych zasad mogę startować na asesora. To stanowisko zostało przywrócone, jest to 5-letnie praktyczne przygotowanie do bycia sędzią.” W tym momencie (lipiec 2017) nie wiadomo jednak czy będzie mogła nim zostać.[2]


„I CO ROBISZ, ODPALASZ SĘDZIOM CYGARA?”


Marcie nie przeszkadza nazwa „asystent sędziego”. Natomiast na forum Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Asystentów powstał oddzielny wątek dotyczący zmiany nazwy. To z czym się borykamy współcześnie jeśli chodzi o problemy z formami żeńskimi różnych zawodów i tym jak brzmi dana nazwa, borykają się także prawnicy. Kiedy mówią kim są, spotykają się właśnie z takimi reakcjami jak powyżej. Słyszą też: To co robisz? Podajesz sędziemu kodeks? Togę mu nosisz? Mało kto słyszał o istnieniu takiego zawodu. „Poza środowiskiem podejrzewam, że pierwsze skojarzenie to koleś od robienia kawy i kserowania pism, bo asystent merytorycznych rzeczy raczej nie robi. Dziwne, żeby asystentka stomatologa leczyła i wyrywała zęby. a asystentka jakiegoś dyrektora przygotowywała dokumentację do przetargów, pielęgniarka przeprowadzała operację itp.” Pojawia się odwieczne pytanie czy trzeba zacząć od zmiany nazwy, czy to wpływa na postrzeganie zawodu, czy najpierw zająć się budowanie jego pozycji poprzez zmiany systemowe. Na forum widać wyraźne podziały. „Dobór adekwatnej nazwy to stworzenie psychologicznej podstawy do odpowiedniego gratyfikowania pracy osób zajmujących dane stanowisko.” – to jedna z wypowiedzi. Ktoś inny kontruję, że ciężko mówić o podstawie do odpowiedniego gratyfikowania", kiedy od asystenta nic nie zależy. AS nie ponosi żadnej odpowiedzialności, jeśli sędzia podpisze projekt orzeczenia bez czytania, to on będzie za to odpowiadał. To z jednej strony plus, a z drugiej cała ciężka praca asystentów idzie na konto sędziego. Inni zauważają jeszcze, że zmiana nazwy zwyczajnie się nie opłaca, bo pociąga za sobą kosztowne poprawki. Jeszcze inni ironizują, że to stanowisko mogłoby mieć nawet jeszcze bardziej deprecjonującą nazwę, byleby zarobki były wyższe.

Zgodnie z rozporządzeniem ministra AS-y na zlecenie sędziego i pod jego kierunkiem sporządzają projekty zarządzeń, orzeczeń lub ich uzasadnień. W kolejnych pięciu podpunktach są wymienione konkretne kompetencje. Natomiast trzeci punkt jest taki: „W uzasadnionych wypadkach, jeżeli wymagają tego zasady sprawności, racjonalności lub ekonomicznego i szybkiego działania, sędzia może zlecić asystentowi sędziego także wykonanie innych czynności, niezbędnych do przygotowania spraw sądowych do rozpoznania.” Te inne czynności to może być wszystko – konstatuje Marta. Brak odpowiednich regulacji co do kompetencji to jedna z rzeczy na którą narzeka się najbardziej w tym środowisku. Żeby otrzymać nagranie z innego sądu Marta musi napisać zarządzenie sprowadzenia nagrania. Sędzia musi je podpisać. Sekretariat dopiero wówczas je wykona. Sama nie może niczego zlecić.

„JA BYM CHCIAŁA ZOBACZYĆ TE SWOJE MAFIJNE ZAROBKI”


Media chętnie informują o nieprawidłowościach, naświetlają błędy i niedopatrzenia sądów.  Z jednej strony jest to prawidłowa funkcja kontrolna, a z drugiej, gdy najczęściej nagłaśnia się ostre słowa polityków, to trzeba się zastanowić, czemu to właściwie ma służyć. Sprzyja to na pewno frustracji pracowników sądów. „Wychodzi na to, że są złe sądy i dobrzy politycy, którzy ochronią biednych obywateli przed tymi złymi sądami. Poza tym z sądu rzadko wychodzą zadowolone dwie strony, co najmniej jedna będzie niezadowolona. Z każdej strony słyszy się tylko słowa krytyki, epitety – że jesteśmy mafią. Ja to bym chciała zobaczyć swoje mafijne zarobki…Trudno, żeby to funkcjonowało dobrze, jeżeli nie ma żadnego wsparcia. Jeżeli Minister Sprawiedliwości jest przeciwko własnemu resortowi i pokazuje jak bardzo nami pogardza – oczywiście sędziami, ale to my wszyscy tworzymy tę instytucję,  to trudno żeby nam się dobrze pracowało. Politycy powinni uczyć szacunku do wymiaru sprawiedliwości. Oczywiście na ten szacunek trzeba sobie zasłużyć. Nie mówię, że u nas się nie popełnia błędów, bo się popełnia. Dopóki wyroki wydają ludzie, tego nie da się uniknąć.”

Prawo i wymiar sprawiedliwości stanowi fundament prawidłowo funkcjonującego państwa. Trudno znaleźć płaszczyznę, w której nie ma żadnych zasad i prawnych unormowań. W ostatnich badaniach na temat wymiaru sprawiedliwości, ze stwierdzeniem ze sądy są kompetentne i zasługują na szacunek zgodziło się 55% respondentów. Ale czy o warunkach pracy w sądzie przeciętny obywatel dowiaduje się wystarczająco dużo (jeśli w ogóle)? Słyszałam opinię, że strajki pielęgniarek są bardziej nagłaśniane niż te prawników (wrzesień 2015 – manifestacja pracowników sądów; czerwiec 2015 – strajk adwokatów), bo ich praca dotyczy większej części społeczeństwa. Ale sprawne sądy, egzekwowanie prawa, sprawiedliwe wyroki – wpływają na funkcjonowanie całego państwa. Nie można tego marginalizować. Inna sprawa jest taka, że na przykład asystenci i protokolanci nie mogą strajkować (ustawowy zakaz), a „jak nie spalisz kilku opon na ulicy pod sejmem, to nikt nie zauważy problemu”-mówi Marta. Na pytanie czy sędziowie mają realną możliwość dogłębnego badania spraw, w których orzekają, nie pudruje rzeczywistości. „Bardzo dużo rzeczy robi się pobieżniej niż należy, bo jest tych spraw po prostu za dużo. Referendarzy jest za mało, asystentów jest trzy razy za mało. W Stanach jest tak, że każdy sędzia ma dwóch asystentów i dwie sekretarki. U nas sędzia ma protokolanta lub pół asystenta, czasami nie ma go wcale. Przy tym wpływie spraw, który zwiększa się z roku na rok, a liczba sędziów się nie zwiększa to jest po prostu nie do ogarnięcia. Słyszałam, że rekordziści w rejonie w Warszawie potrafią mieć ponad tysiąc spraw. Jest nad nimi bat w postaci statystyki, jeżeli się nie wyrabiają, mogą się nawet doczekać postępowania dyscyplinarnego.”


„PROBLEM BĘDZIE WTEDY KIEDY WŁADZA ZEJDZIE NIŻEJ”



Spór o Trybunał nie pozostaje bez wpływu na pracowników sądów. „Kiedyś gdybyśmy mieli gigantyczną wątpliwość co do zgodności ustawy z konstytucją, moglibyśmy zwrócić do Trybunału. Teraz wszyscy rozkładają ręce
i stwierdzamy, że nie mamy kogo zapytać.” I nie chodzi tu o samo zachwianie jego pozycją, ale o to co może stać się w przyszłości.  „Tak naprawdę nie ma prawnych przeszkód, żeby zmienić konstytucję, przekazać sprawy konstytucyjne Sądowi Najwyższemu. Problem jest taki, że jeżeli uderza się w sąd takiego szczebla jakim jest sąd konstytucyjny to co nas ochroni przed naciskiem? Pewnie nic. Społeczeństwu podaje się to w takiej formie, że jest to walka z układem. TK ma swoje za uszami, łącznie z jego prezesem, więc to nie jest tak, że on byli bez zastrzeżeń czyści. Ale rząd zaczyna od tego, ale jeśli przyzwyczai społeczeństwo, że można wpływać na takie ciało jakim jest Trybunał, to będzie mógł wpływać na każdy inny sąd, bo kto im się oprze, skoro mają pełnię władzy? Problem prawdziwy będzie wtedy, kiedy władza postanowi zejść niżej i ingerować prostego Kowalskiego, a jego nikt nie ochroni, bo nie będzie komu już go bronić.”

„SYNKU TO NIE ZAMEK, TO WIĘZIENIE”


Warunki w sądach wydają się koszmarem, w który nie chce się wierzyć. „My jeszcze mamy w miarę nowy sprzęt. W poprzednim sądzie, w którym pracowałam to komputer się zawieszał i jedyne co mogłam robić to przez pół godziny siedzieć i na niego patrzeć. Albo kiedy łaskawie informatyk po dwóch lub trzech dniach do ciebie dotarł i zabierał ci komputer na dwa dni to siedziałam i pisałam wszystko ręcznie. U nas nikt nie ma laptopa, mamy stare drukarki i stare skanery. Problem jest też taki, że na górze myślą, że wiedzą najlepiej czego potrzebujesz, oszczędzają tam gdzie nie trzeba i nie wolno, a tam gdzie można by przyoszczędzić to leci kasa bez sensu.” Zdarzają się sądy, w których asystenci w gabinecie-piwnicy (z kratą w oknach) 20m^2 siedzą w szóstkę. Więc praktycznie mają mniejszą powierzchnię na osobę, niż więźniowie w celach. A na zewnątrz słyszą takie rozmowy:
 Patrz tato, tu jest zamek.
– Nie syneczku, tu jest więzienie.

„TO JEST BARDZO FAJNA PRACA”


Myślę, że są dwa skrajne obrazy zawodu prawnika. Ten, który wyłania się do tej pory z tego tekstu oraz ten lansowany przez seriale oraz filmy (choć asystenta sędziego raczej w nich nie uświadczymy). Ta praca jest ciekawa – mówi Marta. I nie łudzę się, gdyby tak nie twierdziła to na pewno znalazłaby szybko lepszą alternatywę. „Nie ma dwóch identycznych spraw. Tak naprawdę nigdy nie wiesz rano co cię czeka. Czasem słyszysz: proszę zostawić tę sprawę, bo zdarzyło się coś ważniejszego, pilnie musimy się tym zająć. Na przykład kiedy spływają sprawy w trybie wyborczym lub zdarza się uprowadzenie rodzicielskie przy rozwodzie. Wszystko dzieje się dynamicznie, zawsze czegoś nowego się nauczysz lub dowiesz. Ja jestem w wydziale cywilnym i poszerzam nieustannie swoją wiedzę z zakresu medycyny. Potrafię przez pół dnia studiować publikacje odnośnie danego schorzenia czy przypadłości lub budowy anatomicznej człowieka. Dokształcam się z psychologii, prawa patentowego czy autorskiego, jakichś kwestii technicznych np. budowlanych. Sporo się dowiedziałam też o schizofrenii, bardzo to jest ciekawe przy ubezwłasnowolnieniach.” Badania wskazują, że prawie 60% pracowników sądów pracuje w warunkach wysoce stresogennych. Pokazują również, że zatrudnieni w wymiarze sprawiedliwości są zdani sami na siebie i nie mają wsparcia u przełożonych. Większość z nich nie ma poczucia, że jest kimś ważnym i cenionym przez przełożonych.[3] Marta na szczęście ma świetne porozumienie ze swoimi sędziami. „W porównaniu z pracą w kancelarii, w sądzie pracuje się o wiele lepiej. Mogę się rozwijać, a nie klepać na przykład same pozwy o zapłatę.  Ja akurat pracuję tylko dla dwóch sędziów, są bardzo mili i uprzejmi. Oczywiście, że zdarzają się różne przypadki, na przykład ludzie, którzy nie powinni wykonywać żadnego zawodu związanego z kontaktem z ludźmi, tym bardziej sądzić. Ale prowadzimy wspólnie sprawę, więc jesteśmy traktowani równorzędnie i sędziom zależy na dobrej współpracy. Nigdy tez nie miałam problemu, żeby przyjść i powiedzieć, ze czegoś nie wiem. Mogę tez zawsze wyrazić swój pogląd, ze zrobiłabym coś inaczej. Nigdy nie czułam się jak pokojówka czy pachołek. Ale tez nigdy bym sobie nie pozwoliła na gorsze traktowanie. Asystenci są w o tyle dobrej sytuacji, ze nas jest za mało w porównaniu do sędziów, więc jeśli będzie mi się źle pracowało, to każdy inny sędzia przyjmie mnie z otwartymi ramionami.  To jest bardzo fajna praca, bardzo niedoceniana, niedoregulowana. Powinni się za to wziąć systemowo, powiedzieć nam na czym stoimy i jakie mamy perspektywy. Powinno nas być zdecydowanie więcej, idealny system to sędzia-as-protokolant.  Nie powinno być tak, że pracuję dla dwóch, trzech czy pięciu osób.  A w rejonach bywa tak, że asystent pracuje ciągle z różnymi sędziami, bo jest tam przypisany nie do osoby, a do wydziału. A jeśli pracujesz z sędzią dłuższy czas, tak jak ja w poprzednim sądzie, to uczycie się współpracy. On wie ile umiesz i ile możesz zrobić. Teraz pracuję z sędzią, z która normalnie dzielimy się pracą. Ale to rzadko się zdarza.”


„CHCIAŁAM NAPRAWIĆ WYRZĄDZONE ZŁO”


Kiedy pytam Martę czy sąd to po prostu zwyczajne środowisko pracy czy musi oddzielać je od świata zewnętrznego, pyta czy chodzi mi o to, czy ma życie poza sądem. Nie o tym myślałam, ale obciążenie pracą jest w sądzie na tyle duże, że to jest po prostu najlogiczniejsze podejście do tego typu pytania. Musi trochę dzielić swój świat na pół, ale że zabiera pracę do domu, to jest to bardzo trudne. Jej znajomi to głównie prawnicy, ale nie ma problemu, żeby rozmawiać ze „zwykłymi” ludźmi o mniej lub bardziej błahych sprawach. „Na szczęście umiem dogadać się z każdym. A poza tym od tych innych ludzi zbieram też doświadczenie życiowe, które jest mi w pracy niezbędne. Jeśli mam być sędzią, nie mogę żyć z dala od tych, którym przyjdzie mi służyć. Nie mogę przestać rozumieć ludzi tylko dlatego, że nie mają nic wspólnego z moim zawodem.” Mówi mi też, że ludzi z takim podejściem jest sporo. To się chyba nazywa powołanie. Najbardziej usatysfakcjonowana jest gdy przychodzi wyrok apelacyjny i jest w całości taki jak jej i sędziego. Ale zaraz dopowiada, że cieszy się najbardziej kiedy widzi realny wpływ swojej pracy na czyjeś życie. „Na rozprawie, gdy kobieta okaleczona podczas porodu ubiegała się o rentę i bardzo płakała, myślałam że popłaczę się tam razem z nią. Straciła pracę, zostali z mężem w bardzo ciężkim warunkach z małym dzieckiem. Stanęłam wtedy prawie że na rzęsach, wydobywając z różnych urzędów potrzebne mi informacje. Pełnomocnik tej pani zadbał o to raczej średnio. Chciałam tę sprawę zakończyć jak najszybciej i siedziałam nad nią w domu. Pół dnia liczyłam jej rentę. Drugi raz płakała jak ogłaszano wyrok, przyznałam jej takie zadośćuczynienie jakiego żądała. Szczerze mówiąc dałabym jej wyższe, ale niestety o wyższe nie wnosili. Przychyliliśmy się w całości do jej wniosku, ale trzeba było policzyć tę rentę dokładnie, co do grosza. Czekam teraz na wyrok apelacyjny, ale biorąc pod uwagę, że nie miała wygórowanych żądań, to sadzę, że to się utrzyma. Mam nadzieję, że nie zostawiłam jej z niczym i że te środki starczą jej na kontynuację leczenia i nie będzie zdana na opiekę społeczną. Chciałam wyrządzone jej zło naprawić. Więc kiedy nie rozwodzę kretynów, którzy nie umieją się dogadać i przyszli się w sądzie pokłócić, to właśnie takie sprawy powodują, że wiem po co tam siedzę.”


Imię bohaterki tekstu zostało na jej życzenie zmienione.


[1] Analiza nr 3/2016 Ogólnopolskiego Stowarzyszenie Asystentów Sędziów z siedzibą w Warszawie.
[2] E. Świętochowska, Asystenci znów wykluczeni. Prokuratura odrzuci najlepszych kandydatów?, http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/1055911,asystenci-prokuratura-zawody-prawnicze.html [dostęp: 25.07.2017]
[3] Badanie "Temida 2015" w ramach projektu "Monitoring stresu zawodowego w sądach i jego skutków zdrowotnych"