poniedziałek, 3 maja 2021

Syberia


Benoît Sokal i jego świat

uratowali mój świat

bo zawsze są inne światy

tylko trzeba być gotowym na ucieczkę


trzymać się samemu za rękę

gdy nic nie trzyma w świecie

iść śladami Kate Walker
mieć Oscara za towarzysza


serce człowieka jest przeceniane

nieludzkie serce automatycznego maszynisty
lepiej spełnia pokładane w nim nadzieje

gry ratują życie
implementują alternatywną ścieżkę
kodują dobre wspomnienie,
które dodaje otuchy


fabryka automatów w Valadilene

dała wytchnienie wielu

gdy na mapie świata

zabrakło schronienia


to nie rozpacz

to nostalgia
to nie smutek
to tęsknota


wiem, gdzie się udać, gdy uwiera i boli

nie muszę kupować biletu
czekać na ranek
prosić się

główny motyw muzyczny Syberii
ukoi i ukołysze
a ja odetchnę

i nie zakrztuszę się wstydem

nie piję i nie palę

chłonę słowa, obrazy i dźwięki
gdy tęsknię za dotykiem ręki
wołam Sokala

nie jesteśmy na ty

ale narysował świat
i wpuścił mnie do niego
trudno o większą intymność

nie wystarczą nam wymyślone postaci
potrzeba nam żywych ludzi
twórców
którzy je dla nas stworzą

życie bez wyobraźni
to piekło za życia

i choć piekła nie ma
jesteśmy za zdolni, żeby go nie wymyślić


środa, 21 kwietnia 2021

Karma

Śmierć nie powiedziała ostatniego słowa
Połyka kolejne ofiary
Nie zamknęła swych ramion
Nienasycona, wciąż niedokarmiona

Żywi się niepostrzeżenie
Przy akompaniamencie wiosennych świergotów
Doskonała obojętność świata jest rzeczywiście
Doskonała

Dla jednostek trzęsienie ziemi
Nie widać go ani nie słychać
Stawia pytanie
Żyjesz ty

Codziennie buntujesz się przeciwko niej
Stawiając ją w centrum
Jej ostateczna pieszczota 
I tak cię nie ominie

Tego dnia myślałam
Jak można żyć uznając kogoś za martwego dla nas za życia
Śmierć dogoniła mnie w dwóch susach
Psst, ja tu jestem - szepnęła - dywagacje zostaw na później

Potem machnęła pobłażliwie ręką
Póki żyjesz możesz mieć te swoje - odchrząknęła - dylematy

Ktoś powiedział dzień dobry
Ktoś się uśmiechał i wpatrywał we mnie
A co, ty jutro wyjeżdżasz?
Para zsunęła maseczki w parku

Nie do wiary
Słońca nie przysłoniła ciemna chmura
Śmierć leżała pod ławką
Nieuwiązana jak pies naprzeciwko

Nie ma uczuć po śmierci
Jest dojmujący triumf skończoności
Zerwany dach nad głową
Wyciągnięty dywan spod nóg

Zniknie i powróci
a ja napiszę znów kilka słów

Nie pyskuj i pakuj się




piątek, 2 kwietnia 2021

Czy Celine i Julie odpłynęły czy tylko nam się śniło? Widmowe damy Jacques'a Rivette'a

Dwie wariatki biegają po Paryżu W długiej sekwencji otwierającej film Julie goni Celine, by oddać jej rzeczy, która ta po drodze gubi. Ich pierwsza rozmowa to rozpoczęcie zabawy, gry w fikcję.
Bohaterki zaprzyjaźniają się i odnajdują nawiedzoną rezydencję. Zaczynają odgrywać tam naprzemiennie rolę służącej. Mimo komizmu, atmosfera jest tak gęsta i duszna, jakby ktoś nas zamykał w tym dziwnym pudełku - domu, w którym czas się zatrzymuje. Ta “domowa”  historia przypominająca telenowelę przyciąga bohaterki z dziwnego rodzaju magnetyzmem. Z szalonych i wyzwolonych wcielają się w ułożoną, zachowawczą postać w białym fartuchu, która oczywiście nawiązuje flirt z panem domu, jednocześnie będąc wsparciem dla pani domu i opiekując się ich dzieckiem. Mogłoby się wydawać, że to niepozorna i błaha, komiczna historia. Ciężar polega na teatralizacji ich codziennego życia, one odgrywają przed nami maskaradę, nie wiadomo, która jest tą "większą". Oświadczyny odbywające się w altanie parku przy udziale publiczności w postaci matek z dziećmi są nieznaczącym epizodem, pretekstem do pląsów i wygłaszania teatralnych przemów oraz robienia sobie kpin. Bibliotekarka z rudą czupryną stara się sobie poradzić z błahością za pomocą magii, której praktyczną księgę studiuje w pierwszej scenie filmu, później stawiają sobie z koleżanką tarota. Aż w końcu ostatecznym sensem stają się odwiedziny w dziwacznym domu. Druga bohaterka występuje jako iluzjonistka w piwnicach paryskich oraz ubarwia i zmyśla historie opowiadane przyjaciołom. Obie są bardzo emocjonalne, żeby nie powiedzieć histeryczne w swoich reakcjach, bo i szaleńczo się zaśmiewają, ale też głośno krzyczą i wybuchają niespodziewanie płaczem. Gesty ich są przesadzone, a z pudełek wyskakują pacynki-niespodzianki, metaforycznie i dosłownie (jak odnaleziona przypadkowo dawna opiekunka Julie). Granice światów się zacierają, częste cięcia montażowe mieszają nam je, a ślady z nawiedzonego domu trzeba później zmywać z ciała. Ich przygody oglądamy wraz z nimi, bo po amnezji po wyjściu z domu, przypominają je sobie ssąc tajemniczy cukierek. Film trwa ponad trzy godziny (a miał mieć “normalną długość”, było to nawet zapisane w umowie), a powtarzający się rytuał wejścia i wyjścia z nawiedzonego domu, ale przede wszystkim powtarzające się sceny w samym jego środku, są jednym wielkim rytuałem, który trochę przygniata widza. Reżyser świadomie tworzy monumentalne pod względem długości dzieła. Ważne jest zanurzenie (czasem z podtapianiem) widza i sprawienie, by wziął udział w samym procesie tworzenia się historii oraz dzieła filmowego. Pod tym względem jest to metafilm. Podobnie jak w monumentalnym “Out 1” i innych swoich filmach, Rivette dowartościowuje teatr i stawia (na szczęście bardzo bezpretensjonalnie) pytanie o realność spektaklu jakim jest życie. A może tylko krzyczy do widzów: bawmy się!

Rivette stworzył “Celine i Julie odpływają” z czystej chęci zrobienia filmu. Jego bezkompromisowość polega na niedostosowywaniu się do oczekiwań czy kreacji samego siebie jako reżysera. Na pytanie skąd tytuł “Out 1” odpowiada, że nie udało znaleźć się nazwy. Rivette nie przywiązuje sprawy do tego rodzaju zagadnień. Akurat “Celine i Julie odpływają” ma jeszcze podtytuł “Widmowe damy w Paryżu”, ale mimo, że film roi się od tropów, to nie są one najważniejsze. Być może czerpanie klimatu z “Alicji w krainie czarów” ma budzić przyjemne poczucie, że coś nam to przypomina, ale nie jest to sednem filmu. Rivette traktuje tworzenie filmów jak długi proces, wypadkową twórczych spotkań. Dopiero reżyserzy pewni siebie i własnego stylu, mogą swobodnie żonglować motywami z literatury i filmu, wykorzystując je do świadomego stworzenia oryginalnego efektu końcowego. Dlatego może widz czuję się wolny (a nie na przykład niekompetentny) podczas seansu, jakby czuł, że dostał prezent i ma prawo zrobić z tym prezentem co tylko chce. Ta możliwość bezpośredniego połączenia się z dziełem to ogromna wartość twórczości Rivette’a, ale także Rohmera. “Celine i Julie odpływają” to film halucynacja, nie jesteśmy pewni czy w ogóle taki film powstał czy był tylko wytworem naszej wyobraźni.





środa, 3 lutego 2021

Ubrania na pogrzeb


Ubrania na pogrzeb

Nigdy nie pasują
Kłują elegancją
Czerń jest potwarzą
Razi w oczy

Gdybyśmy mogli wszyscy nago stanąć
A nie w tych szmatkach
I uśmiechach spod łez
Czy łez spod uśmiechów

Ponad niebo jak gdyby nigdy nic
Każda emocja jest nieprawidłowa
Układanka rozpadła się
A my udajemy, że my jesteśmy układanką

Każdy ruch jest ruchem nie w tym kierunku
Każdy gest i spojrzenie fałszywe
Fałsz. To jest to słowo
Czerń jest fałszywa

Jakby to była opowieść o nas
Nasze żale, lęki i smutki
Gnieżdżą się w tej czerni
Tylko koronka nas zdradza

Chcemy być ładni
Chcemy być uroczyści
Przecież to okazja
Uroczystość rodzinna

Zapytamy: co u ciebie w życiu
Bo my jeszcze żyjemy
Życie nie zastygło w dziwnej fazie
I trzeba umieć o nim opowiadać

Przestaniemy opowiadać kiedy sami umrzemy
Wtedy inni za nas o nas opowiedzą
Pokażą nasze zdjęcie
To był on, a jego życie...

Nieżywy staje się bardziej żywy niż my
Wyraźniejszy niż za życia
W centrum uwagi wszystkich
W jednym momencie

Ale to nadal okazja do zjedzenia lodów
I kłótni z kelnerem
Życie jest za krótkie, by odmówić sobie przyjemności
I żałować

Bez żalu się rozejdziemy
Zjednoczyła nas śmierć
Na chwilę
A każdy chce wrócić do życia

O wiele bardziej niż wcześniej
Spokojniejszy i bardziej nienasycony
Bo życie się jednak kończy
Realistycznie i bezpowrotnie

Przypomnieliśmy sobie o tym
Poczuliśmy ulgę
Każdego celem jest śmierć 
Nic nie musimy

A jednak
Ciężki orzech do zgryzienia
Czym wypełnić życie do śmierci
Przecież zwykłe istnienie nie wystarczy

Trzeba jeszcze być jakimś
Dać możliwość być jakoś wspomnianym
Dać poczucie, że ktoś cię znał
Dać preteksty wspomnieniom

Dobrze, że na swoim pogrzebie
Nie musisz odpowiadać na pytania
Twoje istnienie się skończyło
Nie musisz go usprawiedliwiać

Zrobi to ktoś za ciebie
Nie żyjesz
Świat ma wyjebane
Nie musi pytać czy chciałbyś coś wtrącić

Jedyną prawdą jest to, co oni
Wiedzą i powiedzą
Co myślą i sobie wyobrażają
Masz obrońcę z urzędu

Możesz napisać list
Zostawić testament
Ale twój głos już nie zabrzmi
To tylko protezy i duszne zaświaty

Teraz będziemy żyć prawdziwie
Między lodami a kawą
Pocieszeni znanymi smakami
O tym zapomnimy

Pełniejsze życie to to bez śmierci
Nie żyjemy, by się żegnać
Nie wiążemy, by się rozstać
Nie jemy, by zwracać

Nasza śmierć do nas nie należy
Nasza śmierć nie jest o nas


26/01/20

czwartek, 31 grudnia 2020

Besson i Carax w Paryżu


Czy mało jest mostów w tym pieprzonym mieście?! - wykrzykuje bohater filmu, gdy przeszkadza mu się popełnić samobójstwo. Nie tylko on wybrał sobie najbardziej ozdobny i spektakularny most Aleksandra III, by odejść ze świata żywych. Besson stylizuje ten film z 2005 na stary i pocztówkowy, jest czarno-biały, ma wiele klasycznych klisz, a jednocześnie jest filmem sci-fi, co jest absurdalną mieszanką. Czy to nie najpiękniejsze miasto świata? - pyta Angela, ale jest to tylko marna próba ukazania jakiegoś sensu życia głównemu bohaterowi. Przedziwna para korzysta z atrakcji Paryża (np. pływa statkiem po Sekwanie), które przez turystykę stały się wyblakłą wizytówką Paryża i w ten sposób też używa ich reżyser. W ostatniej scenie, upadły anioł Angela stwierdza, że nie ma przeszłości, nie wie kim jest. Właśnie Paryż sprawia wrażenie jakby nie miał tożsamości, jakby nie żył.  Kiedy bohater zachwyca się widokiem nocy i migoczącej wieży Eiffla z apartamentu hotelowego na wysokim piętrze, zniecierpliwiona Angela wyjaśnia mu, że księżyc będzie tam zawsze. Podobnie jak wieża Eiffla, mimo, że inny był pierwotny zamysł. Nie dość, że będzie istnieć realnie, to będzie funkcjonować w umysłach jako symbol Paryża i nie będzie budzić żadnych głębszych doznań. 

Most odgrywa też ważną rolę w “Kochankach z Pont-Neuf” Leosa Caraxa. W remoncie, zamknięty dla ruchu, jest domem dla Alexa, a potem też dla malarki Michel. Najważniejszą sceną filmu jest ich wspólny szaleńczy, taneczny bieg po Pont-Neuf pod niebem rozświetlonym kolorowymi  fajerwerkami. Jest w tym dojmujący kontrast bawiącego się miasta, obojętnego na ich balansowanie na granicy szaleństwa. Denis Lavant ze złamaną nogą robi akrobacje na miarę kaskaderskich wyczynów Jean-Paula Belmondo. Z kadrów drżącej kamery co i rusz znika Michel rozbryzgująca na nartach wodnych nurt Sekwany. Z obu stron widzimy jasne strumienie sztucznych ogni wpadających do wody, wręcz ich ściany. Te ściany chronią dwójkę bohaterów i oddzielają od zwykłego życia miasta. A może to oni jedyni pozostali żywi? Są wyrzuceni poza granice, ale sami też nie chcą już być częścią tego miasta. Kiedy ich życie wykracza poza most sytuacja staje się trudniejsza. Miasto zdaje się im stawać na przeszkodzie, a związek zaczyna przypominać toksyczne przywiązanie z “Wichrowych wzgórz”. Gdy spotykają się na moście, by świętować kolejny Nowy Rok, jest on już otwarty, nie są sami. Idą środkiem ulicy w śniegu, trąbią na nich samochody, to symbolizuje ograniczenia jakich nie mieli żyjąc w izolacji. To film na granicy jawy i snu, momentami dojmująco realistyczny, a innym razem przypominający barwny spektakl, który ociera się o melodramat. Jest przesiąknięty Paryżem, historia Alexa i Michel nie mogłaby wydarzyć się w innym miejscu. Można byłoby śmiało nazwać ten film jednym z najbardziej paryskich, choć sam wydźwięk tego sformułowania nie oddaje istoty rzeczy.



Paryż wyłaniający się z tych filmów, to nie Paryż z pocztówek, a miasto zwykłych lub wręcz wykluczonych ludzi. Paryż jest miejscem konfliktów i dziwnych przypadków, które łączą jednostki, jest miejscem fascynującym, ale też sceną tragicznych losów bohaterów, a nawet czasem więzieniem. Sam Paryż też jest miastem kontrastów. Piękne kamienice z ciemnymi mieszkaniami, rozkopane ulice, złote ornamenty, wieża Eiffla ze stali oraz monumentalna Notre-Dame. Sięgając do bardziej współczesnych przykładów, warto wspomnieć przedziwny bieg obłąkanego pana Merde po Père-Lachaise w “Holy Motors” L. Caraxa. Ujęcie z góry pokazuje nam jesienny, szary Paryż. Zbliżenie na wyjście z kanału w formie kółka z zaciemnieniem wokół przypomina przejścia w bajkach dla dzieci i buduje groteskową atmosferę, która później będzie się tylko pogłębiać. Pan Merde wychodzi spod ziemi, a na cmentarzu zaczyna pożerać kwiatki z grobów, na których widnieją adresy internetowych witryn umarłych. Pół człowiek-pół potwór, wyglądający jakby właśnie sam powstał z martwych, lepiej wpasowuje się w scenerię cmentarza niż turyści, których przestrasza. Co paradoksalne ekipa z fotografem na czele, który robi zdjęcie okładkowe francuskiego magazynu już nie przywodzi na myśl bezczeszczenia cmentarza. Przyzwyczajamy się, że to kolejna odsłona spektaklu, a nie prawdziwe życie. 


wtorek, 22 grudnia 2020

Noce pełni księżyca


Louise z “Nocy pełni księżyca” Erica Rohmera

ma ewidentnie problem z wolnością. Mieszka w sprawiającym ponure wrażenie, szarym i pustym Marne-la-Vallée ze swoim chłopakiem, który nie jest zbyt towarzyski. Jako bohaterka żywa i energiczna, pragnie przestrzeni, dlatego zachowuje swoje paryskie mieszkanie, by realizować się jako jednostka społeczna.
W Paryżu towarzyszy jej kolega, który kocha ją miłością platoniczną (a przynajmniej próbuje stwarzać takie pozory) - pisarz Octave. Wykłada jej w paryskiej kawiarence, że nie wyobraża sobie życia na prowincji, dusi się jej świeżym powietrzem. Postrzega Paryż jak niemalże centrum świata, centrum pełne tysiąca możliwości. Właśnie te możliwości są zmorą głównej bohaterki.

Jej oba mieszkania są w odcieniach szarości i niebieskości. Paryskie jest przytulne, wyposażone w różne dziwne rzeczy: kolumny greckie po dwóch stronach łóżka, na jednej z nich kolorowe lampy ledowe, na ścianie wisi coś w rodzaju kamizelki ratunkowej, która byłaby dobrym symbolem przyczyny istnienia tego mieszkania. Ale głównym przedmiotem użytku, wręcz kompulsji, jest szary telefon. Louise bardzo często dzwoni, szuka towarzystwa, chce zagłuszyć samotność. Ale urządzanie swojego gniazdka również ją bawi i gdy raz postanawia nie wyjść wieczorem na zabawę, spędza ten czas ze sobą i czuje się wspaniale. Paryż lat osiemdziesiątych tętni życiem, jest kolorowy, przyjazny. Być może za przyjazny, wydaje się jakby przeszkadzał jej odetchnąć. Czy można pragnąć ze wszystkiego na świecie wolności i jednocześnie uporczywie uciekać od niej jak od dzieła szatana? Czy może wystarczy machnąć ręką kwitując, że Louise nie wie czego chce. Rohmer w swoich filmach tak lekko i subtelnie portretuje Paryż i swoich bohaterów, że kontrast tej delikatności wobec ich zagubienia i bólu jest porażający.




piątek, 29 maja 2020

David Lodge czyli książki mojego ulubieńca



Z Lodgem łatwo się zakumplować, a już po kilku jego książkach, każda kolejna jest jak przyjemny powrót do znanego stylu, humoru, ale jednak całkiem nowej, niepowtarzalnej opowieści. Co jak co, ale historię to on umie zbudować. Plecie ją z takich cieniutkich niteczek codzienności, co wzmacnia efekt realności, a do tego mamy wstęp do głowy bohaterów. Satysfakcjonujące doświadczenie, mimo bardzo prostej, wręcz schematycznej fabuły, ale tylko Lodge potrafi z takim wdziękiem dać czytelnikowi poczucie, że w życiu jednocześnie nic nie ma znaczenia, jak i wszystko ma sens.

Zaczęłam swoją przygodę od "Kinomanów". Ten najdziwniejszy zestaw bohaterów tkwi w mojej głowie do dziś, odpryski ich surrealistycznych przygód również. To jest książka gęsta i chyba najbardziej literacka z tych, które do tej pory przeczytałam.

Z kolei "Terapia" to bardzo refleksyjna podróż. Oswoiła mi Kierkegaarda, wkradł się niepostrzeżenie w moje życie. Dzięki niej późniejsze sięgnięcie po tego filozofa nie wydawało mi się krokiem w przepaść i niedostępną myśl filozoficzną, ponieważ śledziłam jak towarzyszy on bohaterowi książki jako punkt odniesienia i komentator.

W "Skazanych na ciszę" jest polski akcent historyczny. Dużo tam też zabawy słowami i komediowych sytuacji, w końcu głównym bohaterem jest głuchnący lingwista. Zmagający się ze swoim starzeniem, ale też odchodzeniem ojca, bolesna książka, zahaczająca o najcięższe doświadczenia i dylematy. Byłam czasami oburzona zachowaniem głównego bohatera. Warto wspomnieć, że w tym czasie sam autor zmagał się z postępującą głuchotą, jest to powieść dość autobiograficzna i tym samym jeszcze bardziej dojmująca.

"Gorzkie prawdy" połyka się za jednym zamachem, bo i krótkie, i akcja płynie wartko. Lodge w pigułce, zabawny, ironiczny, ale też refleksyjny i czuły. I ten przypadek, jako najwyższa forma konieczności - bardzo dobry motyw. Jest to przeróbka sztuki teatralnej, więc łatwo można wyobrazić sobie jaki panuje w niej klimat. Czwórka bohaterów odtańcowuje w jednym domku na wsi dziwną choreografię. Ale jak zwykle są targani podmuchami losu, nad którymi nie mogą zapanować. Lodge lubi pobawić się telenowelą w swoich powieściach, i tu jest tego posmak. Intryga jest odmieniana przez wszystkie przypadki, sekrety wyciągane są na światło dzienne, a wszystko posypane jest szczyptą kontrowersji. Lodge smakuje trochę Houellebekiem, bohaterowie to przede wszystkim mężczyźni w średnim wieku, raczej spełnieni zawodowo, czasem wręcz zarabiający powyżej średniej, zmagający się ze swoją egzystencją. Bohater "Możliwości wyspy" to komik piszący kontrowersyjne skecze, a bohater "Terapii" to autor popularnego sitcomu. Houellebecq jest mroczniejszy, choć dużo pisze o wielkiej miłości, o której Lodge za często nie wspomina, bardziej interesują go romanse i ich dynamika. W ich powieściach seks zajmuje sporo miejsca, często traktowany dość instrumentalnie, odbija w soczewce problemy współczesnego zachodu. Oboje naśmiewają się z osiągnięć cywilizacji, punktują ostro płytkość dążeń człowieka i tego, co go otacza. Zajmują się zawodowo beznadzieją. Zainteresowani są głównie sensem istnienia, samotnością i śmiercią, a formą bywa często pamiętnik. Houellebecq upycha w swoich powieściach więcej polityki, wątki rozgałęziają się w różne strony, bogactwo, obfitość myśli - można by rzec. Lodge jest prostszy, lżejsze jest jego "tu i teraz", ono należy do bohatera, a nie do całego świata z jego zaduchem. "Wszystko może nas spotkać w życiu, przede wszystkim zaś nic." - twierdzi bohater "Platformy". U Lodge'a dzieje się dużo, znaczy to wiele, a wszystko razem nic. Gorzko-lekkie, oczyszczające, ale co najważniejsze, to świetna rozrywka.

niedziela, 24 listopada 2019

Podziemne życie Paryża czyli "Subway" Bessona


“Metro” zasługuje na wyraziste epitety, a nie na nadużywane “intrygujący” czy “stylowy”. Trudność polega na tym, że pasują one najbardziej i oddają najważniejsze aspekty tej kinofilskiej, nasyconej popkulturowymi odniesieniami, przyjemności. Choć wydaje się filmem dość błahym, to docenić trzeba, że przestrzeń paryskiego metra i jego zakamarków wykreowano jako wiarygodny, alternatywny świat. Słychać w nim każdą skapującą kroplę, piszczący, jak szum przy zmianie kanałów radia, zgrzytliwy szmer rur,
a każdy krok dudni głuchym echem. Paryskie życie tętni w podziemnych tunelach w rytm elektryzującej elektroniki Erica Serry. Film to nie tylko spełnienie dla uszu, ale również uczta dla oczu, począwszy od intensywnego chłodu kadrów, przez światło, które lśni w surowym mroku i dodaje barw, po wystawne stroje Isabelle Adjani zaprojektowane przez Yves Saint Laurent.

Fabuła jest pretekstowa, co charakterystyczne dla popularnego w latach ‘80 nurtu w kinie francuskiego cinema du look. Złodziej Fred ukrywa się w podziemiach metra, które żyje własnym życiem, tworzy rodzaj alternatywnego społeczeństwa pełnego dziwaków oraz zakochuje się z Helenie, znudzonej żonie bogacza. Jednak naprawdę szczęśliwy jest, gdy udaje mu się spełnić swoje pragnienie posiadania zespołu muzycznego. Nie brzmi to za poważnie. A gdy doda się do tego pościgi komicznej w swojej nieudolności policji po peronach metra to wiadome jest, że to przede wszystkim świetna rozrywka, choć o wysokiej wartości estetycznej. 


To tego rodzaju film, w którym wszyscy aktorzy są na swoim miejscu. Isabelle Adjani raz kroczy dumnie z podniesioną głową
i natapirowanymi włosami po schodach metra jak po wybiegu, raz histerycznie szlocha, ale najwięcej sympatii budzi jej bezczelność
i złośliwe wyśmiewanie burżuazji. Christopher Lambert w roli Freda przyciąga uwagę, przede wszystkim swoją blond fryzurą i czającym się w kąciku ust uśmiechem. Znalazł się w efektownym świecie, wśród charakterystycznych bohaterów (m.in. Jeana Reno jako perkusisty), ale jakby z przypadku
i sam pozostaje skromny, wręcz nieśmiały.
I choć punkowy bunt dziś już nie wybrzmiewa tak wyraziście, to ta energia nadal rezonuje w widzach i lśni jak lampa aka miecz świetlny w rękach Freda lub (jak kto woli) latarki we wrotkach jego kumpla.

czwartek, 31 października 2019

Co oglądać jesienią?

Melancholijne, nieoczywiste smugi światła, ogniste korony drzew podczas zachodów słońca, delikatne opadanie rdzawych liście oraz skrzypienie złotych dywanów pod butami. Do tego mrok pełen ciszy przerywanej zawodzącym wiatrem i krople deszczu bębniące o parapet, a tak naprawdę uderzające mniej lub bardziej czule w naszą duszę. To czas egzystencjalnych przemyśleń i oglądania filmów w podobnym nastroju. 


"Panny z Wilka" (reż. A. Wajda)


W lesie, w którym ćwierkają ostatnie ptaki, światło odbija się do białej kory brzóz i zażółconych koron drzew, Wiktor (Olbrychski) żegna się na zawsze ze swoim przyjacielem. Wizytę na cmentarzu w poszukiwaniu grobu dawnej ukochanej, złoży również w tytułowym Wilku. Bezradność wobec przemijania i dojmujący ból śmiertelności to motyw, który wyziera z każdej szczeliny tego obrazu filmowego. A użycie słowa "obraz" nie jest tu przypadkowe. Jest to niezwykle malarski film, a brzmiący w nim fragment Koncertu skrzypcowego Szymanowskiego przeszywa na wskroś i metafizycznie rezonuje z naszą istotą. 
Wiktor trafia do czyśćca, a może do przedsionka piekła swojego serca. Wraca do dawnych znajomych, granych przez Seniuk, Zachwatowicz, Celińską i Komorowską. Napawa się widokami, które niegdyś były mu tak bliskie, próbuje uchwycić nić wiążącą go z tym miejscem. Próbuje dowiedzieć się kim był i sprawdzić czy pomoże mu to przetrwać stan zawieszenia, w jakim się znajduje. Przetwory jesienne stoją na półkach, również czekają na swój los. Ale przyszłość Wiktora jest mglista, nie wie czy stać go jeszcze na zachwyt czy rozbłyski intensywnego, prostego szczęścia.


Jest to obraz bardzo zmysłowy, siadamy wraz z bohaterami do stołu, czujemy woń traw i promienie końca lata na ich twarzach. Duszna atmosfera pełna napięcia również nam się udziela. Film został nakręcony na podstawie opowiadanie Iwaszkiewicza o tym samym tytule, które jest odrobinę bardziej za mgłą, jeszcze bardziej nieśpieszne. Mocno wybrzmiewa rola pamięci. Konfrontacja wspomnień Wiktora z rzeczywistością jest rozczarowująca, ale również wyzwalająca. Tym, co ostatecznie się liczy jest ten wewnętrzny liryzm i poezja, przez które filtrujemy świat. Wiktor wytrzeźwiał i rozumiejący więcej, przytomny, powrócił do siebie. Wyrwał się ze snu, zostawiając w oddali to, co należy do przeszłości.

"Oskar i Lucynda"  (reż. G. Armstrong) 


Ostatnio odkryta przeze mnie perła. W tym filmie dziwność goni dziwność, a ja uwielbiam być zaskakiwana. Podobnie jak w poprzedniej propozycji ten film stoi aktorstwem. Blanchett 
i Fiennes jako arcyoryginalna para, rude anioły, duchowny i inwestorka, zachwycona tworzywem jakim jest szkło, których łączy miłość do hazardu. Są nietypowi ze swoją wrażliwością, on wycofany, ona waleczna, ale oboje tak samo nieprzystosowani. Są czarodziejscy, unoszą się ponad ziemią, hipnotyzują widza. 


Nie jest to kolejny typowy romans, bo bohaterów łączy nieuchwytna więź, na którą trudno znaleźć dobre określenie. Są nieporadni, speszeni, ale za delikatnymi uśmiechami, które rozświetlają ich twarze, kryje się ogień i buchająca energia. Ten kontrast, duchowość i hazard, spokój i drżenie, ogląda się z przyjemną ekscytacją.



Polecam przebrnąć przez specyficzny początek, który kiedyś mnie odrzucił i filmu nie obejrzałam. A jeśli ktoś lubi ekranizację "Małych kobietek" z Winoną Ryder i Kirsten Dunst, to powinien wiedzieć, że oba filmy łączy postać reżyserki. I znowu: co ujęcie, to obraz. Liczy się każdy detal, można się napawać kadrami, wdychać tę atmosferę. To będzie mój tradycyjny film na jesień, tego rodzaju wielokrotnej przyjemności nie będę sobie odmawiać.


"Olive Kitteridge" (reż. L. Cholodenko)


Jeśli podobała się Wam Frances McDormand w "Trzy billboardy za Ebbing Missouri" to koniecznie sięgnijcie po ten miniserial, bowiem to tu odkrywa cały swój potencjał. Wręcz mam wrażenie, że filmowa rola to już tylko kopia Olive. 

Tu więcej jest szarości i szorstkości, to jesień ogołoconych drzew i ludzi pozbawianych nadziei na życie jakie pragnęli wieść. 


To serial bolesny i oczyszczający zarazem. Olive łączy w sobie chłód, cięte riposty z głęboko skrywaną wrażliwością i dobrocią. Może irytować, ale porusza nas jej ból i zagubienie, rozumiemy jej frustrację i uśmiechamy się, gdy jej dowcip zdradza jej ludzką twarz.
Serial dobrze oddaje klimat książki, ale też rozwija pewne wątki, niektóre pomija (historia pianistki z baru) i jest czymś osobnym i oryginalnym.




Oczy kilka razy wypełniały mi się łzami i zarówno po obejrzeniu serialu, jak i po zamknięciu książki, czułam, że przeżyłam coś ważnego. Strout ma zdolność do opisywania drobnostek, które w danym momencie są całym światem. Obraca w rękach złośliwość Olive jak drogocenny skarb, tym samym czujemy, że wszystkie nasze "złostki" i gniewy też są przykrywane aksamitnym materiałem, który ma nam uświadomić, że nie jesteśmy ani dobrzy ani źli. Dużo jest też rozpaczy, bezgłośnej i tym bardziej dojmującej. A samotność, która jest istotą tej książki, nie jest demonizowana, pokazane są jej bardzo różne odcienie. Napisana jest prosto, ale Strout udaje się  uniknąć popadania w banał i nudę.




Dobra wiadomość dla fanów Olive jest taka, że pojawiła się już druga część. Równocześnie wyszło polskie tłumaczenie, więc można sobie uprzyjemnić jesienne wieczory zarówno wizualnymi wrażeniami, jak i zaszyć się gdzieś w kącie z książką. W końcu czy jest lepsza kryjówka chroniąca przed chłodem niż własna wyobraźnia?

 

niedziela, 20 października 2019

Kłopot z istnieniem w powieściach Houellebecqa

Co każe ginąć bohaterom Houellebecqa?



Laura Knight - Dark pool

W powieściach Michela Houellebecqa bohaterowie dość często umierają, a część z nich popełnia samobójstwa. Oprócz marnego końca, wydaje się, że ich egzystencja to codzienna, przewidywalna, urytualniona wegetacja pozbawiona sensu. Poszukują oni jednak doznań, które mogłyby dodać wartości ich życiu lub przynajmniej uczynić je lżejszym. Według Houellebecqa zawsze kończy się to katastrofą. Już po przeczytaniu kilku jego powieści, wiemy, że szczęście bohatera jest pozorne w tym sensie, że zawsze minie, a on sam wpadnie w otchłań. W momencie uczucia radości podczas czytania, jednocześnie przeczuwamy tragedię. W tej zabawie z oczekiwania czytelników, Houellebecq jest bardzo ironiczny i wyciąga na powierzchnię niemożność zaspokojenia się. Emmanuel Levinas w eseju “O uciekaniu” twierdzi, że wszystko zaczyna się od złego samopoczucia, które rodzi potrzebę. Ta potrzeba jest tym nagląca, im większe jest cierpienie odczuwane przez jednostkę. Próbujemy się zaspokoić, szukamy przyjemności, w niej (a może bardziej w rozkoszy) wychodzimy poza siebie. W ekstazie gubimy samych siebie. Po przeżyciu jej czujemy się znowu rozczarowani i pojawia się znowu potrzeba.



To, co przełomowe w myśli Levinasa to intuicja, że próbujemy się zaspokoić, nie by się dopełnić, nie z powodu braku, który czujemy. Levinas pisze: Potrzeba wyraża raczej obecność naszego bycia niż jego niedostatek.  Michel z “Platformy” tak właśnie opisuje akt seksualny: ciało cieszy się samym faktem, że jest na świecie. Po śmierci ukochanej Valérie w zamachu terrorystycznym, po pragnieniu zemsty i ucieczce w pisanie, wie jednak, że gdyby pozwolił [znowu] namiętności ogarnąć ciało, w ślad za nią szybko pojawiłby się ból. Decyduje się na śmierć, ponieważ rozumie, że inaczej musiałby znaleźć sobie cel, a tego już nie chcę zrobić. U Levinasa bycie nie jest określane w odniesieniu do jakiegoś Innego. Bycie jako strumień “jest się” (il y a), istnienie bez wyjścia skłania ku ucieczce i wyjście z niej jest jednoczesnym powrotem do siebie.


Systemowy pomysł ułatwienia ludziom bliskości cielesnej w postaci legalizacji pigułki antykoncepcyjnej w 1967 roku, nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Jest to ważna data w twórczości Houellebecqa. Postaci przez niego kreowane uciekają w seks, co czasem przeradza się w manię jak u Bruna z “Cząstek elementarnych”. Być może to nie mdłości, a właśnie akt seksualny to skonstatowanie swojej obrzydliwej, nieodwołalnej obecności? Istnieje jednak różnica, mdłości wydobywają się samoistnie z nas, są odruchowe, a nie wynikają z potrzeby (chyba, że mówimy o potrzebie oczyszczenia), ale podobnie jak w seksie, ważna jest cielesność i bycie tu-oto. Z nagością (obecnością nas dla nas samych) wiąże się ze wstydem (niezdolnością do zerwania z samym sobą). Bohaterowie Houellebecqa nie czują wstydu z powodu nagości, ciało staje się obce (podobnie jak w przykładzie u Levinasa ciało siłacza czy tancerki podczas pracy), choć w tej swobodzie nie upatrywałabym negowania swojej materialnej postaci. Zaryzykowałabym tezę, że seks wiąże istniejącego z istnieniem, następuje rodzaj pełni i świadomości.

Bohaterzy Houellebecqa myślą o świecie bez nich, po ich śmierci. Michel zdaje sobie sprawę z fenomenu obojętności świata, o którym pisał Leszek Kołakowski. Wie, że zostanie szybko zapomniany, że tak naprawdę nic się nie zmieni. Bohater “Poszerzenia pola walki” cieszy się, że przetrwa jako udokumentowany przypadek medyczny w pracy magisterskiej. Oznacza to być może jakąś wolę bycia w obliczu planowanego nieistnienia. Albo jest to intuicja, że brak jest obecnością albo że nicość nie istnieje. Sam Houellebecq twierdzi, że oprócz chorego na depresję informatyka z “Poszerzenia pola walki”, jego postaci mają wolę życia. Wspomniany informatyk tnie się, na terapii ucieka w abstrakcję, głosi tezy socjologiczne i intelektualizuje, trudno mu skupić się na sobie. I dla Houellebecqa, i dla Levinasa jest to przejawu najgłębszego zagubienia się w świecie, istniejący musi się ciągle konstytuować w świecie, a nie zapominać o sobie.

Bohaterowie przytaczanych powieści czują, że ich los jest zdeterminowany. Michel po śmierci Anabelle mówi, że czuł, że wszystko zmierzało do tego punktu (niespełnienie nastoletniej miłości i tragizm losu obu postaci). Uciekł w naukę i pracę, przyczynił się do postępu nauki, ale to nie przyniosło zaspokojenia. Podobnie bohater “Serotoniny” wyłuskuje moment, w którym jeszcze mogło mu się udać być szczęśliwym z ukochaną, a potem już tylko pustka i obsesja na jej punkcie bez możliwości spełnienia. Wydaje się, że to oni sami siebie unieszczęśliwiają podobnymi założeniami albo szukają w ten sposób przyczyny swojego złego stanu. Bohaterowie Houellebecqa uciekają w konsumpcję (nie tylko towarów, ale też mediów jak Michel po śmierci ojca w “Platformie”; telewizor to też konieczny element wystroju ostatniego miejsca zamieszkania przed samobójstwem bohatera “Serotoniny”). System kapitalistyczny wymusza ten pęd i zaspokajanie kolejnych potrzeb. Jeśli nie idziesz do przodu, giniesz - mówi Valérie do Michela. Ucieka ona w pracę, która daje niezależność, status oraz satysfakcję, lecz gdy biznes seksturystyczny zostaje zdemaskowany, katastrofa oznacza zanik wszelkiego poczucia sensowności i spełnienia. Ale przesłanie Houellebecqa, o którym mówi w wywiadach brzmi, by walczyć i tak przekraczać samego siebie. Podobne zalecenie zdaje się wysnuwać Levinas, który uważa materialność za przejaw istniejącego. Świadomi naszej cielesności, spełniamy potrzeby materialne, a do tego przedmioty mają swój kres, i wyznaczają nam ramy, są skończone i budujemy swoją tożsamość w odniesieniu do nich.
W “Możliwości wyspy” ucieka się we wspólnotę, tam szuka się spełnienia (jak zresztą postulował kontrkulturowy pisarz A. Toffler), a rozmnażanie się sekt jest przedstawione jako fenomen na wskroś nowoczesny. Daniel ucieka również w satyrę i kpinę, przyjmuje brutalność świata i odpowiada na niego jeszcze większą brutalnością, przekształca przemoc w śmiech, odbiera nadzieję i tym się chlubi, i sam uważa, że świat wcale nie jest śmieszny. Neoludzie w tej powieści diagnozują wcześniejszy gatunek jako ten przeniknięty przez śmierć, któremu brak siły, by zakorzenić się w teraźniejszości. Ale czy to prawda? Czy oni nie stawiali w ten sposób oporu? Levinas opisuje uczucie zmęczenia, jako opóźnienie, które konstytuuje teraźniejszość. Przyjmujemy swoje bycie na siebie, męczymy siebie byciem. Można by tedy stwierdzić, że Søren Kierkegaard, pisząc, że przeznaczeniem życia jest być w najwyższym stopniu umęczonym życiu i że jest to egzamin z życia, tego czy się dojrzało do wieczności, opowiada się za włączeniem się w strumień istnienia i jego separacji od istniejącego, bo nie wydaje się, żeby jakkolwiek walczył o swoją podmiotowość czy świadomie brał bycie na siebie. Były to zresztą ostatnie słowa Kierkegaarda przed wylewem. Jednak Levinas inaczej rozumie zmęczenie, jest to wyrok skazujący na teraźniejszość. Bohater “Serotoniny” czuje nieuchronność i grozę bycia po wypowiedzeniu słów: przepraszam za zamieszanie i stwierdza, że jego życie będzie się od tego momentu sprowadzać właśnie do przeprosin za zamieszanie.

Męczy się samym swoim byciem. Rozumie jeszcze, że - jak pisze Levinas - świat jest stabilny dzięki formom i przedmiotom, które określa własna skończoność. Już nie chce wyposażać swojej kawalerki w meble i akcesoria, które będą przypominać mu o życiu społecznym, skazuje się tym samym na zagładę.
Houellebecq w “Serotoninie” porównuje ludzi udzielających rad (również tych, które o te rady nie zostali poproszeni) do chóru greckiego, który jest tylko świadkiem i potwierdza, że bohater wkroczył na drogę destrukcji i chaosu. O chórze w dramacie greckim, który nadaje wymiar wieczności zdarzeniom oraz pełni funkcję łagodzącą pisze Henryk Elzenberg w “Kłopocie z istnieniem”. Mając chór, mogli sobie Grecy w dramacie pozwalać na wszelkie okropności; my natomiast, bez chóru, nie powinniśmy w tym iść za daleko - pisze Elzenberg. Przypuszczenie, że czytelnik jest tym świadkiem i komentatorem prowadzi do wniosku, który tkwił niewypowiedziany do tej pory w mojej głowie. Wydaje się, że bohaterowie Houellebecqa oddają życie za czytelników, żeby ci już nie musieli tego robić. Bardzo dobrze obrazuje to postać Chrystusa oddającego życie za ludzi przywołana w ostatnim akapicie “Serotoniny”. Oswajamy śmierć podobnie jak w eksperymencie S. Levine’a opisanym w książce “Gdybyś miał przed sobą rok życia”, a równocześnie mocno wybrzmiewa nieusuwalność istnienia - postaci fikcyjne zapuszczają korzenie w głowach i wyobraźni czytelników. 


Witkacy-portret Elzenberga
Levinas rozróżnia i rozdziela istnienie
i istniejącego, co zresztą dobrze ujmuje Elzenberg, który mimo istniejącego “ja”, własnego istnienia nie odnajduje:
Jak myślę, to nie istnieję, nie mam świadomości siebie; istnieje tylko to o czym myślę. Świadomość zaś zyskuje człowiek najbardziej przez cierpienie, choćby zwyczajny fizyczny ból; jak mnie ząb boli, to wiem, że jestem. To wszystko bynajmniej nie przemawia za pilnym wyszukiwaniem i pielęgnowaniem swego j a. Nie mówiąc już o cierpieniu, można powiedzieć, że człowiek przyznający największe znaczenie swej jaźni szuka czegoś czego znaleźć w ogóle nie można, i gubi się w próżni gorszej niż ten, który szuka Boga, albo innych absolutów poza sobą. Można tu polemizować czy adekwatnie odczytuję “ja” nie jako istniejącego, ale jako istnienie w znaczeniu Levinasa. Czyli parafrazując: to wszystko nie przemawia za pilnym wyszukiwaniem i pielęgnowaniem swego istnienia, a tożsamość nigdy nie jest ustalona raz na zawsze i nie polega na szukaniu jedynej prawdy o nas samych. Houellebecq uważa, że usytuowanie człowieka w dramacie od czasów tragedii antycznej nie zmieniło się, a według Levinasa jej fatalizm tragedii polega na fatalizmie nieusuwalnego istnienia, które na przykład u Shakespeare'a objawiają się poprzez upiory, widma czy czarownice. Houellebecqa dziwi pytanie czemu ludzie w jego książkach umierają, zastanawia się czy osoba pytająca zauważyła, że ludzie w życiu także umierają. I choć temat funkcji ironii i śmiechu również zasługuje na oddzielną pracę to wydaję mi się, że ta wypowiedź bardzo pasuje do teorii oswajania śmierci przez francuskiego pisarza.

Paul Delvaux - Landscape wiht Lanterns
Il y a Levinas porównuje do bezsenności czyli bezprzedmiotowego czuwania w anonimowości nocy. Właściwie to noc czuwa lub czuwa się, jest się całkowicie wydanym na bycie. Jeszcze sugestywniejszą metaforą jest pomruk ciszy. W języku występują takie określenia jak: głucha cisza, martwa cisza, dźwięcząca, dzwoniąca lub dudniąca cisza jest w najwyższym stopniu wyrażeniem grozy istnienia i to właśnie ona pozwala rozdzielić je od istniejącego. Dobrze oddaje to fragment “Księgi niepokoju” F. Pessoi: Kończę swoją samotną wędrówkę. Rozległa cisza, które nie zakłócają drobne dźwięki, dopada mnie i obezwładnia. Olbrzymie zmęczenie zwykłymi rzeczami, zwyczajnym byciem tutaj, znajdowaniem się w takim stanie opanowuje mojego ducha i ciało. Zaskoczony niemal krzyczę, czując, że pogrążam się w oceanie, którego bezmiar nie ma nic wspólnego z nieskończonością przestrzeni ani z wiecznością czasu, ani z niczym co ma wymiar i nazwę. W tych chwilach milczącego władczo terroru nie wiem, kim jestem materialnie, czym się na co dzień zajmuję, czego zazwyczaj pragnę, co czuję i o czym myślę. Czuję, że zgubiłem się samemu sobie, że jestem poza własnym zasięgiem. Moralna potrzeba walki, intelektualny wysiłek szeregowania i rozumienia, niespokojne artystyczne dążenie do stworzenia czegoś, o czym już nie mam pojęcia - choć pamiętam, że je miałem - i co nazywam pięknem: wszystko wymyka się mojemu poczuciu realności, wydaje się nie zasługiwać nawet na to, abym je uważał za jałowe, puste i odległe. Czuję w sobie jedynie próżnię, złudzenie duszy, miejsce bycia, świadomy mrok, w którym dziwny owad daremnie szuka choćby ciepłego wspomnienia światła.

Powieści M. Houellebecqa z jednej strony przytłaczały mnie, z każdą kolejną przyzwyczajałam się już, że moje rozbudzone przez samego autora nadzieje na trwałość szczęścia bohatera nie zostaną zaspokojone. Podskórnie jednak czułam, że nie są to tylko katastroficzne wizje i dłubanie w egzystencjach pełnych rozpaczy, których nieuchronny koniec z rąk własnych jest jasny. Houellebecq dobrze oddaje przeciwstawianie się anonimowemu byciu bohaterów poprzez ich kontakt z bardzo precyzyjnie wypełnionym światem produktami konkretnych marek. Stwarzają oni siebie za ich pomocą. Utowarowienie seksu tylko jako kolejny etap przemian i skutek rewolucji obyczajowej to spłycenie. Znalazł się on w polu ekonomicznym być może wyraźniej niż w czasach bez pigułki antykoncepcyjnej, ale nadal może pełnić funkcję spoiwa między istniejącym a istnieniem. To nie przypadek, że psychiatra daje bohaterowi “Serotoniny” kontakt do prostytutek. Levinas polemizuje z Heideggerem, który rozdzielił byt i bycie, ale “się” uznał za rodzaj życia nieautentycznego. Inaczej jest u Levinasa, subiektywizacja jest procesem na poziomie świadomości i buntem wobec strumienia il y a: Nasze istnienie w świecie wypełnionym pragnieniami i codzienną krzątaniną nie jest więc żadnym gigantycznym oszustwem, upadkiem w nieautentyczność, wymigiwaniem się naszemu najgłębszemu przeznaczeniu. Jest jedynie rozwinięciem tego oporu wobec anonimowego i nieuchronnego bycia, rozwinięciem, za sprawą którego istnienie staje się świadomością, to znaczy relacją tego, kto istnieje z istnieniem, poprzez światło, które tyleż wypełnia dystans, co go utrzymuje.

Friedrich Frotzel - The Old Bookcase
Być może jak psychotyk według lacanowskiego klucza próbuję na siłę dopasować, zbudować filozoficzną strukturę dla twórczości Houellebecqa (omijając oczywiście z premedytacją fragmenty, które by nie pasowały i zaburzały spójność wywodu). Mam nadzieję jednak, że udało mi się zasiać wątpliwość, że uciekanie nie jest tym, czym się wydaje w wykonaniu bohaterów Houellebecqa, że ich “marna” egzystencja i ich pragnienia (jeśli jeszcze je próbują spełniać) pozwalają im nie dać się zatopić, są heroicznym dążeniem pozyskania istniejącego dla istnienia. V. Frankl powiedziałby (i nie tylko on), że nie wystarczy dążyć do szczęścia, że ono samo w sobie jest unieszczęśliwiające, a ludzie chcą tworzyć wartości. To, co wydaje się często zwodzić bohaterów na manowce to wybór miłości jako najważniejszej wartości, przyzwyczajenie do przyglądania się swojemu odbiciu wyobrażonego ja w Innym w postaci ukochanego oraz próba anonimowego życia bez pragnień, bez podłączenia do świata. Houellebecq jest na pewno orędownikiem struktury, ram i kultury, mówi o frustracjach i niepokojach, pokazuje przerysowane skutki rozsadzenia społeczeństw. Być może uśmierca bohaterów, by nie uśmiercić siebie, giną oni jak Chrystus za niego i za czytelników, a ich brak jest najwyraźniejszą obecnością jaką można sobie wyobrazić.