wtorek, 17 listopada 2015

Sputnik. Fijołki w głowie. Spitsbergen absurdu.

Kadr z filmu "Grumant. Wyspa komunizmu"
Opornie pisało mi się recenzję dokumentu "Grumant. Wyspa komunizmu", pokazywanego podczas tegorocznego Sputnika. Ta wioska znajduje się na Spitbergenie, więc żeby móc cieszyć się tym co piszę, od razu nawiązałam do Twardocha i jego fascynacji tym miejscem. Czas mijał, praca posuwała się, a raczej pełzła jak kaleki ślimak, nie za wesoło. Ale im dalej w las, tym bardziej się rozkręcałam. Aż nagle! Stanęłam w miejscu. Górnicy w tej osadzie zjeżdzali wgłąb kopalni na...-no właśnie, na czym?! Olśnienie. Zima, narty, góry. STORCZYKI

Ale nie byłam pewna. Wpisuję w google: storczyki na stokach. Brawo.
Drugie podejście: wyciągi storczyki. Pycha.

kolejny kadr z filmu
Gdy mnie olśniło, ale tym razem naprawdę (orczyki-no tak, każdy to wie), to śmiech rozległ się w mojej głowie, jakby dzwoniło w niej tysiąc małych dzwoneczków.





Pomijam czy można użyć tego określenia, ale jak po czymś takim można normalnie wrócić do pisania o mordędze, ciężkich warunkach, piekielnym ustroju, izolacji       i ciemnych, mroźnych, ale przerażająco pięknych widokach?


Zdjęcie zeszłoroczne. Jesień w tym roku o wiele piękniejsza.




Dziś spaliłam kaszę, tak moja kulinarna szkoła jest bogatsza o jedno doświadczenie. Nie zatrudniliby mnie w tym wozie.

A to jak już opowiadam takie małe bzdury, to jeszcze to. W sklepie w tej samej ręce, którą podawałam sok sprzedawcy, trzymałam portfel.

Złapał portfel, nie patrzyłam na niego i nie widziałam jego wyrazu twarzy. I żałuję. To było cudownie głupkowate, ale pomysłowe. Ja nie za wiele wymagam. Uśmiałam się po wyjściu, ciagnąc historię dalej. Zabiera mi portfel i każe za niego zapłacić. Bierze mi portfel i sprawdza czy mnie stać na sok. "Nie masz tyle pięniedzy" - siostrzane zdanie podczas zabawy w sprzedawanie sobie ksiażek, huczy mi w głowie.
Inna wersja "On po prostu chciał pomóc jak takim starszym paniom i samemu wyciagnąć odpowiednią sumę." Dzięki Mamo. Zawsze mogę na Ciebie liczyć.



czwartek, 12 listopada 2015

Nie patrz w lustro, bo Ci się diabeł pokaże!


Codziennie patrzymy w lustro. Widzimy swoje włosy, czasem mignie nam błysk naszych kłów, dziewczyny tuszują oczy i tuszują siebie. Trzeba zatuszować. 


A kiedy oglądaliśmy naszą twarz? Czy coś się w niej zmieniło? Oderwij się na chwilę, weź (lepiej większe niż mniejsze) lustro, ustaw przed sobą. Dobrze by było, gdybyś usiadł wygodnie, lustro możesz trzymać w rękach. Powoli wpatruj się w siebie. Zobacz ile masz nowych, nieznanych Ci zmarszczek. Ja mam twarde, nieznane i nieoswojone, ale wyrobione mięśnie, dokładnie pod kącikami ust. Po napięciu ich, widzę dwa wyrzeźbione mini dołeczki pomiędzy policzkami a brodą. Od śmiechu? Od nerwowego zaciskania ust? Od powstrzymywania szerokiego uśmiechu z pokazywaniem zębów. Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale pewnie około dwóch, trzech lat temu, napisałam na środku kartki JA, a dookoła wszystkie swoje lęki, fobie i cechy, które skutecznie mnie blokowały. "Złe" cechy. 

Wczoraj odwróciłam kartkę. Napisałam znowu JA na środku, żeby nie było żadnych wątpliwości. Wszystkie strachy zamieniły się w zdolności do ich pokonywania. Negatywne cechy stały się pozytywne. Wszystko na odwrót. Różne określenia, które pojawiły się po raz pierwszy. Nie niespodziewanie, ale długo nie wierzyłam, że mogą stać się moje.

Gdy się nie uśmiecham, mam bardzo smutne oczy. Zaskakuje mnie ten smutek, bo utkwił gdzieś głęboko i jest coraz większy, i większy. Wylewa się z oczu. Wyglądam też wtedy na poważną i nieprzyjazną.

A uśmiech i śmiech spowodowały okrutne spustoszenia na mojej twarzy. Będę piekielnie pomarszczona na starość. Ten najpiękniejszy z grymasów czuję i mocno podskórnie, i na buzi. Stał się lepszy, jaśniejszy, prostolinijny. Prostolinijny uśmiech. 

Rene Magritte
Not to be reproduced

Zrób przynajmniej trzy miny do lustra. Mam nadzieję, że się nie wstydzisz. Przecież to Ty. Tyle lat razem! Czy to nie czas, żeby świętować jakąś niezłą rocznicę bycia ze sobą? Patrz sobie w oczy. Bądź czuły. Jeśli umiesz coś powiedzieć to zrób to. Można zacząć od "cześć, jak się masz?" Otwórz szeroko oczy, obserwuj jak unoszą się Twoje brwi. Zaciśnij usta. Zmarszcz nos. Lekko unieś kąciki ust - tak, delikatnie się uśmiechnij. I stopniowo coraz bardziej. Zobacz jak Twoje oczy się śmieją. Odsłoń zęby. Tak, możesz też ziewać. Przypatrz się sobie.
No i? Co u diabła?
Tkwi nadal w szczegółach!

Miłej zabawy!

sobota, 7 listopada 2015

Surrealizm dobry na wszystko

Co cię nie zabije to cię nie zabije

Tommy Ingberg
Still Standing

Proste?

"Przypatrywać się uważnie światu, rozglądać się wokół; bardzo uważnie. Uwolnić go od rzeczywistości, walczyć, żeby co moment odnajdywać zdumienie początkowe. Odnaleźć wrażenie dziwności. Budzić się i widzieć, czuć, czym to wszystko jest naprawdę. Tak, istnienie, świat, ludzie, wszystko jest widmowe. Fundamentalne jest tylko to co istnieje poza tym wszystkim, za murem. Być rzuconym w świat to nieustanna zgryzota. Wracać wciąż od początku. Nie poddawać się. Nie dać się wziąć na to. Oprzeć się plecami o mur, widzieć świat z tego punktu albo też obrócić się twarzą do muru, przywrzeć do muru. Może ustąpi? Jak mam wyjaśnić to sobie, sam, oparty o mur i wpatrzony w przemijanie rzeczy? Nie można tak zawsze."




Kiedyś, gdy często czułam się dziwnie,  potęgowałam to wrażenie takimi oto lekturami. Kiedyś zdanie o życiu jako o nieustannej zgryzocie było zwykłe. Teraz wszystko się we mnie buntuje, gdy je czytam. Ale przynajmniej "Nie można tak zawsze" się sprawdziło. Nie wiem czy każdy ma taki etap lub  momenty, w których tak intensywnie myśli nad swoją egzystencją, że wszystko zaczyna go przytłaczać. A o to co Cię przytłacza, można się oprzeć. To co nad nam nami wisi może być naszym oparciem - czy to nie atrakcyjna wizja? Nawet jeśli tylko jako piękna idea?

Tommy Ingberg
Passage

"Życie jest cudowne, jeśli spojrzeć na nie jako na całość, ogarnąć wzrokiem przeszłość, w owym rodzaju przestrzeni, jaką daje czas, kiedy wszystko oddali się już. Tworzy to jeden blok, dom jakiś albo zamek, który można zwiedzać, komnatę po komnacie, piętro po piętrze. Nie zdawać sobie sprawy, że to było takie piękne."
Evgenij Soloviev
 
Centrum Pompidou w Paryżu
Zawsze najbardziej bałam się bać. Bo to odbierało mi kontrolę, wpychało w otchłań bezradności. Póki miałam siłę, zawsze się starałam, zagadywałam strach i stosowałam sztuczki, które może na krótką metę, były świetne i skuteczne. Swoje lęki można badać na najróżniejszych płaszczyznach. Mnie ukształtował strach przed błędem i tym, że ujrzy go świat, inni ludzie. Co z tego czy co dalej - o tym nie myślałam. Ważne, że ktoś może je zobaczyć. Występy publiczne (szkoła muzyczna I i II stopnia, fortepian) były koszmarem. A z czasem satysfakcja, że się pokonało lęk - nie był wymierną nagrodą za kilogramy mnie zjedzone przez nerwy. Czy przez to stałam się bardziej wytrzymała czy na odwrót - wrażliwsza? Nie wiem i nigdy się nie dowiem. Cieszę się, że wytrwałam - bo to był mój cel. Skończyć szkołę, żeby nie musieć już nigdy o tym myśleć. Ale umiejętność rezygnowania też jest bardzo ważna. Szkoda, że uczą nas tylko, że nigdy nie możemy  się poddać. To kompletna bzdura. Myślenie o tym w kategorii porażki też nie pomaga. To jak z ucieczką. "Uciec nie znaczy tylko skądś odejść, lecz również dokądś dotrzeć." (B. Schlink - "Lektor")


Najważniejsze, że nauczyłam się popełniać błędy, bez poczucia wstydu, ośmieszenia i bez poczucia, że świat zwali mi się na łeb. Jest sposób (pomaga tylko na chwilę się zdystansować) - zadaj sobie pytanie co się stanie jak popełnisz błąd. I wymyślając kolejne reakcje dojdź do absurdu. I pamiętaj, nikt tak bardzo się nie przejmuje tym jak Ty. Wcześniej może się nie myliłam podczas grania, ale zamykałam się spięta w pudełku, bez świadomości tu i teraz, bez możliwości kreowania czegoś żywego. Czerp z tego przyjemność! - mówili. Powodzenia. Gdy serce stoi Ci w gardle i najchętniej wcale byś tego nie robiła. Miałam szczęście, gdy kładłam ręce na klawiaturze - strach zawsze ustępował. Ale różnica pomiędzy graniem świadomym lub nieświadomym, jest naprawdę istotna.

Mówmy stop perfekcji. A jeśli coś nie jest dla Ciebie najważniejsze na świecie - to nie daj sobie wmówić, że jednak takie jest (albo powinno być). Warto wiedzieć, co Ty sam myślisz. Jestem prawdziwie wolna, minął już czas bezlitosnego codziennego obowiązku "musisz poćwiczyć". I uwaga. Przeżyłam wspaniale chwile radości, trzymania w garści swojego lęku, ale nie chciałabym więcej tak bardzo walczyć z samą sobą. Powiedziałam sobie jakiś czas temu: "Szanuję Cię i akceptuję. Nie spieprz tego." A muzyka jest cudowna. Mam łatwość wyrażania nią uczuć i intensyfikacji tych, które się we mnie kłębią. Fajnie jest umieć grać. Taka schizofrenia. Ale ja chcę robić inne rzeczy. Na przykład móc pisać bloga, nagrywać i montować filmy, pisać, czytać i móc wrócić do domu dłuższą trasą, wdychając ze spokojem swoje szczęście...

*cytaty z "Samotnika" E. Ionesco

wtorek, 3 listopada 2015

Szklanka do połowy pusta czy pełna?

A dlaczego nikt nie pyta - a gdzie do cholery stoi ta szklanka?

Rene Magritte
Wakacje Hegla

Bo tak naprawdę to ile jest tam wody, wiadomo - nie ma znaczenia. Czemu nie ma? Bo to taka piękna metafora jak postrzegamy świat i jak ludzie w tych samych sytuacjach potrafią dostrzec coś pozytywnego, a inni skupiają na minusach. Każdy to wie. Wydaję mi się, że problem jest głębszy! Niektórzy pełną szklankę nazywają pustą, a inni pustą - pełną. Albo, żeby nie było aż tak dramatycznie, zostańmy przy tej do połowy pełnej. Dla kogoś to jest pusta szklanka, dla kogoś pełna. A co to zmienia? No jednak wiele. Kto się zadowala połową? Chyba głupek. Ludzie dzielą się na tych, którzy lubią pustkę i tych, którzy gonią za pełnią.





Kolejna sprawa. Ważny jest kontekst. Ale jak mamy patrzeć, jeśli mówimy o niej jak o jakimś abstrakcie wiszącym w powietrzu. Jeśli wiemy, gdzie się znajduje to rozumiemy już dużo więcej. Czy się nie przewróci przy najlżejszym podmuchu czy tam ryku wściekłej ciotki, czy stoi na krawędzi, czy trzyma ją ręka spoconego, znerwicowanego pracownika banku?








A na koniec, całe to szczęście może wylać Ci się na łeb.  Niech lepiej chroni Cię parasol. Właśnie! Po co ryzykować! Niektórzy tak się bronią przed dobrymi rzeczami. Ale parasol rzuca mroczny cień... Można nawet wiedzieć, że szczęście jest gdzieś nad głową. Ale zamknąć parasol i siedzieć w zamkniętym parasolu, nie widząc co się rozlało i powiedzieć: A widzisz, nic dobrego nigdy na mnie nie czekało.



Parasol i szklanka. Dwa zwyczajne przedmioty. No chyba, że ktoś parasol traktuje jako rzecz pełną magii i piękna - jak ja. W końcu to podstawowy środek transportu komunikacji między rzeczywistością a wyobraźnią. Mary Poppins na pewno przyjaźni się z Magrittem.




A co z tytułem?!  "Wakacje Hegla". Nie znam filozofa...

"Łatwiej bowiem dzisiaj zajmować się nie-Heglem, niż Heglem, łatwiej Hegla krytykować, niż afirmować." To ja na pewno się nim zajmę!


Autorka tego zdania krytykuje podejście do Hegla i do uproszczonego opisu, który pojawił się w "100 najważniejszych książek świata".

„Był wyjątkowo kiepskim pisarzem, mętnym, pokrętnym, niejasnym i pretensjonalnym. W tym zacieraniu sensu, o który mu chodzi, tkwi niemal coś demonicznego. Po czym powstały zamęt nabiera pod jego piórem waloru jakiejś wszechostateczności i czytelnik zaczyna wierzyć, że Hegel istotnie jest Bogiem, a poznanie jego systemu to prawdziwy cel ludzkości, która następnie będzie mogła z wdzięcznością oddać się błogosławionej wiecznej drzemce” (Martin Seymour-Smith)


MNIE TO ZACHĘCIŁO! A WAS? O HEGLU [klik]


poniedziałek, 2 listopada 2015

Zagadka w trumnie

René Magritte
Perspektywa
Dzień Wszystkich Świętych

Spacerujemy po cmentarzach, wpatrujemy się w płomienie (co jako piromanka wielbię ponad wszystko), żujemy pańską skórkę, modlimy się albo i nie. Robimy wszystko, żeby było przyjemnie, rodzinnie i pięknie.

Liście spadają, a ja tak naprawdę robię wszystko, by nie myśleć ani o śmierci ani o problemach.  A wspominanie ludzi to mówienie głównie o ich dorobku. Wspomnijmy zatem jeden z obrazów René Magritte'a, doskonale wpisujący się w klimat.

Ten obraz budzi mój niepokój, a jednocześnie bawi. Bo cóż to za dziwo? Jakieś zebranie trumien, jedna nawet przycupnęła na krześle. Są jak żywe, mimo, że to tylko drewniane, zabite gwoździami pudła. Mógłby być sielski obrazek, gdyby nie... główni bohaterowie. O co tu chodzi?

Magritte jak na surrealistę przystało, bawi się. Z nami w skojarzenia, a z naszą podświadomością w znaczenia.

Zjedźcie w dół i zobaczcie pewne porównanie.














Może już kiedyś widzieliście "Balkon" Édouarda Maneta. Magritte trochę sobie zakpił,  a z drugiej strony użył bardzo mocnej metafory czy jak to tam nazwać. Czy Wam też się wydaje, że postaci z oryginalnego obrazu są bardziej martwe niż trumny Magritte'a? Pudła są od nich mniej sztywne. Co za paradoks. Ciekawe co na to powiedziałby Szczepan Twardoch, który dzieli ludzi na żywych i martwych, wewnętrznie oczywiście. Czy wolałby być martwym człowiekiem czy żywą trumną? Żartuję oczywiście. A co Magritte miał na myśli? Przemijanie, ten ogień, żywotność człowieka, o którym mówi Twardoch. A może naśmiewa się ze sztucznego pozowania, które potrafi tylko przynieść efekty w postaci nierealistycznego obrazu z trzema kukłami zamiast ludzi? Nie dowiemy się. Dlatego właśnie fascynuje mnie surrealizm. Nic nie jest powiedziane wprost, w interpretacji możemy posunąć się do absurdu, a ogranicza nas tylko nasza własna wyobraźnia i percepcja.


Wywiad z Twardochem http://zwierciadlo.pl/kultura/jesli-zycie-ma-sens-szczepan-twardoch-wywiad




niedziela, 25 października 2015

Gdzie szukać żeby znaleźć

Kilka linków, gdyby ktoś chciał obserwować co oglądam, czytam, kręcę...


Rene Magritte
The victory

                         [kliknij]
                         Konto na filmwebie
                         Kanał na youtubie
                         Lubimyczytać.pl
                         Recenzje filmowe 


Rene Magritte
The unexpected answer






A gdyby ktoś chciał się rozerwać, to z Siostrą mamy kanał na youtubie
i przekazujemy różne porady
z przymrużeniem oka, zapraszamy na miss keys [klik]!







PS O Magricie też na pewno będzie post!

Zapomniane uczucie zdziwienia


Delicado po raz pierwszy


Petra Delicado - pani inspektor, która w ogóle nie jest delikatna. Choć wrażliwa na swój sposób. Ma podwładnego Fermina Garzona, ich relacja jest bliższa niż normalnie w podobnych wypadkach.
Od tej książki po prawej zaczęłam fascynującą podróż po najciemniejszych zaułkach Barcelony, jej barach i slumsach, dużo czasu spędziłam na komisariacie oraz w domu Petry. Nie jest to pierwsza z cyklu książek o tych bohaterach (zmylili mnie błędnym opisem na tyle okładki) - ale w niczym mi to nie przeszkodziło. Zostałam wrzucona prosto w środek ich życia, które głównie polega na pracy. Gimenez-Bartlett nadaje policyjnej rutynie tak ekscytujący odcień, że z błyskiem w oczach pochłaniałam kolejne kartki.

To tylko wstęp! Kończę piątą część i muszę się przyznać, że zyskałam towarzyszy, z którymi nie mogę się rozstać. Czegokolwiek bym nie napisała o Petrze, to nie uda mi się nakreślić nawet w minimalnym stopniu tego jaka jest. Każde zdanie zabrzmi pusto, bo Petrę poznałam w działaniu, w zdaniach, które bawią do łez, w pomysłach, za którymi nie da się nadążyć. Jest twarda i sarkastyczna, walczy ciętymi ripostami z Garzonem i wszystkimi dookoła. Pani inspektor jest też feministką, która nie da sobie w kaszę dmuchać i nie da się otoczyć opieką tylko dlatego, że jest kobietą. Ale da się lubić. Jest pełna życia, radości i w gruncie rzeczy, można się z nią zaprzyjaźnić. Po dwóch rozwodach nie chce sobie już zaprzątać głowy związkami, które mogłyby mieć swój finał przed ołtarzem.

Seria, tak nie bójmy się powiedzieć tego na głos, kryminałów - ma coś, co zwaliło mnie z nóg. Nie chodzi o poziom komplikacji zagadek, bo nie one są tu najważniejsze. Chodzi o uczucie totalnego zdziwienia. Nawet nie dzięki zwrotom akcji w trakcie śledztwa. To drobne rzeczy, które każą mi zamknąć na chwilę książkę i otworzyć oczy szeroko ze zdumienia,  potem buzię, a na koniec wybuchnąć śmiechem. Alicia Gimenez-Bartlett błyskotliwie i z naturalną łatwością odpowiada na pierwotną i dziś spychaną na dalszy plan, potrzebę bycia zaskakiwanym. O tym uczuciu trudno się piszę. Często celowo jesteśmy wpuszczani w maliny, żeby potem móc się zdziwić. Ale nie tutaj. Zdziwienie pojawia się tak naturalnie jak każda inne uczucie, nikt nas w nie nie wprowadza, na szczęście! W takie nieoczywistości, które wytrącają historię z jej zwykłych torów, obfituje przede wszystkim życie Garzona, który...

O tym i wszystkim innym, w następnych poście!

PS Pierwsza część cyklu to "Śmiertelne rytuały" - ale jak zaczniecie od tej co ja, to nic nie stracicie. Myślę, że nawet dobrze się stało - takie urozmaicenie wyzwoliło dodatkową ekscytację podczas czytania.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Nowa Polska Szkoła Filmowa cz. II




Względem krótkometrażówek nie miałam właściwie nigdy żadnych oczekiwań. Moje podejście zmieniło się po „Opowieściach z chłodni” Grzegorza Jaroszuka. Wtedy uświadomiłam sobie „Da się!” To nie jest eksperyment, to nie banał i nuda, sprawdzone zabiegi, ale w pełnym tego słowa znaczeniu FILM. Czy celem życia może być wygrana w programie „Najnieszczęśliwszy człowiek miesiąca”? Dla dwójki bohaterów tak właśnie jest, zostali ogłoszeni najgorszymi pracownikami sklepu i zostali przez szefa zmuszeni do próby odnalezienia własnego przeznaczenia. Czy to nie oryginalny pomysł? Chłopaka ciągle z kimś mylą, a niedoszła samobójczyni ma kota, który ma słabość do piwa. Humor tego filmu kipi od chłodu, który jest symbolem marazmu, obojętności postaci. Czy można kogoś zmusić do działania? Może i można, ale największe szczęście przynosi niezależność, wolność bycia nieciekawym dla otoczenia, a największa frajdą może okazać się kilkugodzinne wpatrywanie się w śnieg. A dla filmu tacy przeciętni, zachowawczy bohaterowie są nietypowi i przez to bezcenni. Jaroszuk opowiedział w 27 minut spójną historię, przefiltrowaną przez ironię, co ważne na podstawie cudownie oryginalnego scenariusza, z wyrazistymi w swojej niewyrazistości bohaterami i z…przesłaniem! Nie sądziłam, że chłodnia okaże się takim skarbcem warsztatu i idei! Czapki z głów.

„Kebab i horoskop”, debiut fabularny Jaroszuka, to znowu idea „możesz być kim chcesz, nawet najgorszym pracownikiem i najnudniejszym człowiekiem”. Bawi tak jak „Opowieści z chłodni”, grobowe miny, zwłaszcza ta niezbyt inteligenta w wykonaniu Schuchardta, fachowe, puste stwierdzenia, absurdalne dialogi mogą doprowadzić niektórych do łez. Niestety to, co udało się w krótkim metrażu, nie udało się w długim. Pojawiły się niepotrzebne lub do ewidentnego skrócenia ujęcia. Ale to kolejny twórca, który ma swój styl i pociągającą wizję kina. 

Kto jeszcze? Ano Leszek Dawid. Jego filmy przede wszystkim wydają się perfekcyjnie przemyślane i fachowo zrobione. Slogany reklamujące „Ki” krzyczały „Nie polubisz jej!” Jej czyli tytułowej Ki. Na przekór wszystkiemu-spodobała mi się, ba – nawet podziwiałam ją za bezkompromisowość, szczerość, odwagę. Nie dała się wykorzystywać ojcu jej dziecka. Odeszła. Chowała dumę do kieszenie, gdy było to konieczne, ale nie zapominała o sobie i swoich pragnieniach. Była ludzka i nie rozumiała jak ludzie mogą jej nie pomóc. Mikołaj, który staje na jej drodze (jako sublokator w nowym mieszkaniu) jest z pozoru jej przeciwieństwem. Obojętny, niezaangażowany, bierny. Tak naprawdę są podobni w swoim zagubieniu i samotności. On nie ufa, bo tak jest bezpieczniej, ona musi ufać, bo inaczej – nie przetrwa kolejnego dnia. Miko przy niej na chwilę zapomni czym jest ochronny pancerz, a ona może zatęskni za stabilizacją. A co oznaczają skróty imion głównych bohaterów – Ki, jej syn – Pio, Miko, Dor? Może symbolizują szybkość życia Ki. Rozdarcie pomiędzy rolą matki a życiem na całego młodej dziewczyny to szeroko omawiany aspekt dzisiejszych czasów i dobrze, że w taki sposób zaistniał w polskim kinie. I wybrzmiewa dobitnie, zwłaszcza dzięki aktorom.

„Jesteś Bogiem” było porwaniem się na legendę Paktofoniki. Dawid pokazał odwagę, na szczęście jego celem nie było sprostanie oczekiwaniom widzów. Po raz kolejny świetny dobór aktorów, w tym debiutanta Marcina Kowalczyka. Schuchardt (naprawdę jasno święcąca gwiazda rodzimego kina, na dodatek coraz szerzej wykorzystywany, co ogromnie mnie cieszy), Ogrodnik również składają się na siłę tego filmu.

I gdy reżyser mówi: "Szkoła jest od tego, żeby wszystkiego spróbować i nie uwierzyć nikomu, kto ci mówi, że tak jest dobrze, a tak źle. Na szczęście na mojej drodze stanęli nauczyciele, którzy kazali szukać czegoś nowego i zawsze dawać coś z siebie. Bardzo długo będę pamiętał lekcje Wojciecha Marczewskiego i jego podszepty, by we wszystkim, co robimy, zostawiać swój osobisty odcisk palca.”, to oglądając jego filmy czuję, że odrobił tę lekcję.




Mówiąc o indywidualności trudno nie wspomnieć człowieku, który „Dziewczyną z szafy” wyszedł z offowego cienia. Bodo Kox. Dzięki jego kalekim (w różnym tego słowa znaczeniu) postaciom możemy odkrywać mikroświaty ich wrażliwej wyobraźni. Wchodzimy dosłownie w głowy bohaterów, świat realny miesza się z tym fikcyjnym. Widzimy co w nich siedzi. Choroba głównego bohatera Tomka (Mecwalowskiemu należą się owacje na stojąco) nie jest powodem do szantażu emocjonalnego na widzach, rozpacz tej sytuacji jest przełamywana humorem (śmieszy na przykład egzaltowany brat chorego). Nie zawsze żarty bawią, nie jest to komizm do którego przywykliśmy. „Dziewczyna z szafy” nie jest idealnym dziełem, ale alternatywne światy, inwencja z którą reżyser prowadzi historię, zachwyca mnie. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że dla mnie jest to nowa jakość.

Polska Szkoła Filmowa mimo niejednorodności stylów była spójna, bardzo mocno osadzona w realiach historycznych, mówiąca o II wojnie światowej, odwołująca się do zbiorowych doświadczeń, pełna metafor i niedomówień. Czy dziś mamy jakąś nową szkołę? A może jej nie potrzebujemy? Nic tych młodych twórców nie łączy, trudno odnaleźć tamtą tożsamość, pozwalającą na powstanie podobnego nurtu. Pozostaje cieszyć się różnorodnością i czekać na autorskie kino kolejnych indywidualistów i tych, o których już wspomniałam.

To grono „wyrazistych” może zamykać Jan Komasa, którego poszukiwania chyba najlepiej widać w „Mieście 44”. Wszystkich wyżej wymienionych łączy odwaga, by robić coś własnego, niepowtarzalnego, bez oglądania się na oczekiwania czy jakieś tradycyjne normy. Przecież w filmie o Powstaniu Warszawskim podkładem może być dubstep, a kule mogą latać w zwolnionym tempie, a gatunki i estetyki mieszać się ze sobą. Nic w kinie nie będzie świeżego, jeżeli nie pozwolimy twórcom na takie próby artystycznego (z tym słowem pewnie wielu się nie zgodzi) wyrazu. Ja się cieszę i czekam z niecierpliwością na nowe zaskoczenia!



poniedziałek, 20 lipca 2015

Nowa Polska Szkoła Filmowa cz. I


A teraz będzie tylko o dobrym. O nowych twórcach w polskim kinie. Żadnych złośliwości, wściekania się i niepotrzebnych nerwów. Na początek dwa nazwiska: Wasilewski i Jaroszuk. Ich pomysły odciskają na naszym podwórku charakterystyczne ślady, są silnymi indywidualistami ze spójną wizją.

„W sypialni” Tomasza Wasilewskiego byłam ciekawa ze względu na Katarzynę Herman, moim zdaniem jaśniejącą i kompletnie niewykorzystaną gwiazdę. Bardzo duże oczekiwania kończą się zazwyczaj gorzkimi rozczarowania, tym razem było inaczej! Było o wiele lepiej, niż się spodziewałam. Tytuł zwodzi. Tak naprawdę w filmie ma znaczenie to, co dzieje się poza sypialnią. Więc dlaczego taki tytuł? Pewnie można go interpretować na mnóstwo sposobów. Dla mnie „W sypialni” to intymny obrazem kobiety, sypialnia może być symbolem jej prywatnego świata – tego co myśli, czuje, jak odbiera to co ją otacza. Film opowiada o kobiecie, która opuściła swój dom i miasto, by dobrowolnie wkroczyć w świat samowystarczalności, odosobnienia, jakiejś dziwnej izolacji. Jest to ucieczka, ale widzimy, że bardzo jej potrzebna. Tak naprawdę na początku nic nie wiemy o głównej bohaterce, obserwujemy jak wyjada różne rzeczy w supermarkecie, śpi w samochodzie lub umawia się przez Internet z mężczyznami podając się za Edytę. W ich własnych domach podaje im tabletki nasenne, przesiaduje w ich łazienkach, zabiera jedzenie z lodówki, czasem okrada. Nie robi tego dla adrenaliny – to jest pewne. Nie wiadomo jak długo trwałby ten monotonny schemat gdyby nie poznanie kolejnego przypadkowego mężczyzny – Patryka. Nie udaje jej się podać mu tabletki nasennej. Jest zdenerwowana, ucieka. Ale jednak wraca, dlaczego? Może zauważa w nim takiego samego człowieka, jakim ona jest. Zagubionego, samotnego i głodnego prawdziwego uczucia? Tego nie wiemy, ale zostajemy wciągnięci w nawiązującą się relację dwójki bohaterów. Dla mnie ich zachowanie pokazuje, że chcieliby przeżyć miłość idealną, jak z filmu. Prawdopodobnie naprawdę się w sobie zakochują albo łączy ich przynajmniej wielka fascynacja. Wiele niewiadomych bez odpowiedzi.

Gra Tomasza Tyndyka, wcielającego się w Patryka, wydawała się chwilami sztuczna, ale utrzymanie autentyczności postaci mówiącej monosylabami jest piekielnie trudne. Nie grał jednak źle, miał w sobie coś elektryzującego. Całą uwagę przyciągała mimo wszystko Herman. Jej gesty, jej mimika, sposób mówienia i chodzenia – aż brakuje słów by opisać jej grę. Jest niesamowicie fascynująca, genialnie prowadzi swoją postać. Pokazuje, że nie trzeba dużo ekspresji i dynamizmu by emocje bijące od postaci nas pochłaniały. Jest raczej zachowawcza i powściągliwa, jej grę cechuje minimalizm. Ale wystarczy drgnienie ust na jej nieruchomej, perfekcyjnie umalowanej twarzy – by nas to wzruszyło. Do tej pory znałam Katarzynę Herman z seriali i błahej komedii romantycznej „Kochaj i tańcz”. Już wtedy uderzyło mnie to, że nigdy nie gra siebie – czyli nie powtarza swoich gestów, min, zmienia się i jest w tym przekonująca. Dla mnie jest to najważniejsza cecha aktorki, świadczy o jej umiejętności i klasie.

Zakończenie jest nieprzewidywalne, urwane, brak również wyjaśnienia decyzji podejmowanych przez główną bohaterkę. Nie ma podanej na tacy przyczyny jej ucieczki. Może dlatego większość widzów czuję się rozczarowana, ja bardzo się dziwię, że ten film został zmiażdżony przez krytykę. Ale właśnie niejednoznaczność postaci powinna pokazywać ludziom prawdę o nich samych. Nie da się powiedzieć czy Ewa była silna czy słaba. Zdarzało jej się występować w obydwu rolach.

Wasilewski pokazał, że wie jak prowadzić aktorów i jak okiełznać obrazy, które wykluły się w jego głowie. Ja czuję w tym jasno rozrysowany i dobrze zrealizowany plan, inni krytykują za posługiwanie się kliszami, estetykę indie. Ja tam widziałam każdy rodzaj estetyki, chłód przełamywały jesienne intensywne kolory (a może go uwydatniały?), dominował mrok, ale zabaw ze światłem nie brakowało. Może po prostu jestem nastolatką o złym guście, ale byłam pod ogromnym wrażeniem. „Wow, coś takiego w Polsce?”-myślałam odsłuchując po raz kolejny utworu „Masquerade”, który co prawda jest tylko we fragmencie traileru, ale idealnie definiuje poetykę tego obrazu.

„Płynące wieżowce” z kolei mnie rozczarowały. Zabrakło dialogów, przykryły czy też zastąpiły je sceny seksu. Wielki ekran, wbrew oczekiwaniom, nie rozwiązywał ani nawet specjalnie nie analizował społecznego tabu. Jest co prawda spojrzenie dwóch różnych rodzin, skrajne, reprezentowane przez histeryczną Herman i „próbujące zrozumieć” w postaci Izy Kuny, ale to główny bohater wydawał się mieć największy problem. Ze swoją seksualność i szeroko pojętym własnym „ja”. Podejmowanie decyzji go przerastało, utkwił w trójkącie z chłopakiem i dziewczyną, nijak nie mógł (nie chciał?) wyplątać się z niego. Jego nieprzemyślana agresja pociągnęła za sobą przemoc wobec jednej z jego miłości-Michała. Scena brutalna, którą wielu skrytykowało za niepotrzebny schematyzm, reżyser zasłonił się rzeczywistością, nie rozumiał dlaczego miałby jej nie oddać w filmie. Warsztatowo czuć rękę tego Wasilewskiego z „W sypialni”. Mam nadzieję, że olbrzymi potencjał zostanie wykorzystany w wielu kolejnych filmach, że pomysły się nie wyczerpią i już nie mogę się doczekać „Zjednoczonych stanów miłości”. Cielecka, Nieradkiewicz, Kijowska, Kolak – zapowiada się uczta. 







środa, 1 lipca 2015

The Affair - serial pod wysokim napięciem

Po "The Affair" sięgnęłam, bo gra tam Ruth Wilson. Odkąd była Jane Eyre, bo byłą nią każdym drgnieniem ust i powiek, chciałabym ją oglądać non stop. Przyciąga jak magnes, szkoda, że nie gra za wiele.

Historia najważniejsza, a więc...Dwa małżeństwa i jeden romans. A może tak bardziej obrazowo? 



ZDRADA


WYRZUTY
ZŁOŚĆ
Ruth Wilson 




Przepraszam, strasznie się wygłupiam, a Affair naprawdę jest dobrym serialem.  Obejrzałam cały sezon w trzy lub cztery dni. To już powinna być najlepsza rekomendacja, gdyby jednak nie...

Małżeństwa. Jedno żyje nad morzem, ma ranczo, próbuje radzić sobie ze śmiercią 4-letniego synka. Drugie- bogate z miasta, czwórka dzieci, właśnie jadą na wakacje. O dziwo nad morze, tak - właśnie, by nieuchronny los mógł się dopełnić, a nasza para numer jeden mogła się poznać. Serial opiera się na zeznaniach-retrospekcjach naszej dwójki bohaterów, każdy odcinek jest podzielony na dwie części - dwa punkty widzenia jednej historii. Śledzenie dwóch subiektywnych perspektyw naprawdę wciąga. To powoduje jeszcze inną rzecz, punkt ciężkości to obecność, bycie ze sobą. Te same słowa może wypowiedzieć inna osoba w zależności, czyją wersję oglądamy. To na czym się skupiamy oglądając inne seriale, tu nie ma znaczenia. Tu trzeba lepić niepewnie swoją opowieść. Pojawiają się oczywiste pytania o etykę, różne perspektywy patrzenia na zdradę, są momenty wątpliwości i wahań. Konsekwencje zdrady oczywiście są i to zaznaczone grubą i wyraźną kreską, mimo tego, nie czujemy się zwolnieni z samodzielnego myślenia. Motywacja bohaterów, przypadek, świadome decyzje, pragnienia i zobowiązania - jednocześnie wszystkie wyznaczają kierunek fabule.

Bardzo podoba mi się, że nie jest zawężone spojrzenie na rodzinę. Rodzice bohaterów lub inni krewni nie są martwą scenografią, a uczestniczą w nurcie głównej akcji. To bardzo ożywia i uwiarygadnia historię.

Aktorki pierwszoplanowe - mistrzowskie, panowie wypadają niewiele gorzej. Wadą jest nawarstwienie problemów, momentami absurdalne, zwłaszcza w ostatnim odcinku. To już nawet nie są problemy tylko jedna wielka awantura z bronią w tle, gdzie każdy wypomina każdemu kogo zdradził. Robi się wtedy nieco śmiesznie. Jak gdyby scenarzyści zapomnieli ile odcinków mieli zrobić i pisząc ostatni zorientowali się, że to już koniec. A to wsadźmy pomysły na przynajmniej połowę kolejnego sezonu do ostatniego odcinka. Czułam się jakbym oglądała przydługi zwiastun 2 sezonu właśnie.

Polecam. Sądzę, że każdy może dojść do innych wniosków oglądając "The Affair". Można też po prostu obejrzeć coś wciągającego bez zbędnych rozmyślań, ale ja jestem z tych typów refleksyjnych i dogłębnie analizujących. Ludzie nie są rzeczami - to można rozumieć na wiele sprzecznych ze sobą sposobów. Tak można wytłumaczyć między innymi afekt i brak samokontroli albo niedefiniowalny szacunek, który należy się każdemu człowiekowi. A jeżeli naprawdę patrzymy na rzeczywistość w tak odmienny sposób  to czy warto traktować ją tak poważnie?  Jesteśmy w wiecznym związku ze swoim mózgiem i sercem, filtrowani przez nasze "ja", ludzie są na drugim miejscu. 


Przy okazji czołówki odkryłam piosenkarkę, która czuję, że śpiewała we mnie od zawsze.


poniedziałek, 29 czerwca 2015

"My" Davida Nichollsa

Porównując do "Jednego dnia", ta wydaję mi się odrobinę gorsza. Zabrakło tej piankowej lekkości oraz nie ma dużej ilości charakterystycznych postaci i intensywności ich przeżyć. Ale chyba tak miało być, trochę bardziej ascetycznie. W końcu temat niezbyt radosny. Rozpadające się małżeństwo oraz rodzina. Ale nie zabrakło humoru ani ironii, musiałam przerywać, żeby się wyśmiać.
-Jak Ci na imię, mój nowy przyjacielu?
-Paul-odparłem, i co było straszne, lecz nieuchronne, dodałem: Newman. Paul Newman.

Jest też trochę szaleństwa, gdy Douglas przemierza Europę w poszukiwaniu syna, który postanowił urwać się z rodzinnej wycieczki.
Jaka piękna ściąga!





W tle Wielka Podróż czy też Wielkie Wakacje, które główny bohater traktuje jak ostatnią deskę ratunku, by uratować swoje małżeństwo. W tle muzea i kryjące się w nich dzieła sztuki, aż chcę się rzucić wszystko i tam jechać. Nie jest to patetyczne, a jak już wspomniałam ironiczne. Główny bohater jest wobec siebie krytyczny, męczymy się razem z nim, gdy próbuje dochowywać zbyt wielu postanowień lub gdy zachowuje się typowo dla siebie (trzeba przyznać, że bywa irytujący). Ale lubimy go.
Autor oddał na przykład atmosferę Wenecji tak, że musiałam westchnąć "tak właśnie zawsze się tam czułam, ale nie umiałam tego opisać słowami". I po to są pisarze.
"(...)ilekroć spacerowałem opustoszałymi uliczkami i smaganymi przez deszcz promenadami, ogarniało mnie obezwładniające przygnębienie, jednak było to przygnębienie dziwnie przyjemne. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek był smutny i szczęśliwy zarazem."

Kiedy myślałam, że Nicholls posłużył się banalnym schematem i wszystko zmierza do oczywistego zakończenia, przyjemnie mnie zaskoczył. Co prawda początek części dziewiątej i ostatniej, jest tak suchy i niepasujący do całości, że wydaje się być napisanym na odczepnego. Ale dobrze, że nie ma rozwodzenia się i zbędnych słów. To w pewnym stopniu uspokaja i pozwala przełknąć ciężkie zakończenie, którego się nie spodziewamy. Czytając ostatnie strony słuchałam motywu z "Zawrotu głowy" (tego z poprzedniego postu) co było bardzo emocjonalną mieszanką i oczywiście łzy napłynęły mi do oczu. Tę muzykę i książkę łączy jakieś poczucie niewiarygodnego żalu i straty, a mimo wszystko pobrzmiewa szczęśliwa nuta minionych i przyszłych radości.


To jest najsmutniejsza szczęśliwa książka jaką czytałam! Małżeństwo kompletnie niedobranych ludzi, które pokazuje nam, że choć nie wiemy dokąd zmierzamy, wszystko jest coś warte, a niektóre rzeczy po ludzku nieuniknione. Nicholls chyba lubi pisać o nieuchronności losu, ale na szczęście w sposób subtelny. 

PS Nie można było skopiować oryginalnej okładki lub stworzyć czegoś - dobra nie czepiam się. Wypukłe  I LOVE stworzone z imienia i nazwiska autora. Tak to się robi :D

PS2 Teraz się dodaje do książek naklejki w ramach zachęty. Nie narzekam. Lubię naklejki. Lubię też nie wkładać do książki zagiętej na pół białej karteczki, więc znalazły zastosowanie jako zakładka.

niedziela, 28 czerwca 2015

Muzyczne kawałki mnie

W dniu swojego ślubu nawet jeśli nie zatańczę walca (nie mam zamiaru zmuszać do tego męża, broń Boże!) do Wiener Bonbons Johanna Straussa, to i tak tego posłucham. Bo wtedy mam swoje kilka minut bycia tylko sama ze sobą. Każdy potrzebuje być sam, a jak się z kimś wiążesz na stałe podczas imprezy pełnej (zazwyczaj) tłumu ludzi i hałasu, to tym bardziej potrzebujesz zapytać siebie, co o tym sądzisz, a radość utrwalić śladami dźwięków. A potem do tego wrócić w chwilach zwątpienia i nawarstwiających się pytań. Mimo rozpadania się na kawałki, możesz sobie uświadomić, że one wszystkie się na Ciebie składają. Gdy przypominasz sobie, co w Tobie budziło i budzi emocje, stwierdzasz, że jesteś jednością (tak, muzyka pozwala Ci przetrwać).To takie banalne i patetyczne! Ale mając w sobie tyle skrajności, tak często się zmieniając, potrzebujemy czasem sygnału - "ej to Ty, to ciągle TY!". Próbuję opisywać abstrakcję słowami, co z góry skazane jest na niepowodzenie.

Jak to u mnie bywa, muzyka łączy się z obrazem. Ona mężatka, on zaręczony. Na przełomie XIX       i XX wieku zdradą mogło być tańczenie z kimś walca, właściwie ba! - nawet spojrzenie mogło nią być. W Sadze Rodu Forsyte'ów Johna Galsworthy'ego takie to skandaliczne rzeczy zostały opisane. Niedopuszczalny skandal na balu. Afront, upokorzenie spowodowane bezczelnie nieprzyzwoitym tańcem. A jednak coś w tym pięknego, że ta para mogła być przez kilka chwil szczęśliwa, zapomniała o zasadach, na swoje nieszczęście zapomniała też o konsekwencjach. A w gruncie rzeczy był to szczeniacki wybryk, który zranił ich bliskich - gwoli sprawiedliwości. Choć naprawdę to trzeba przeczytać książkę, żeby rozumieć kontekst. W ekranizacji powieści wyglądało to tak:



Bernard Herrmann jest mistrzem muzyki filmowej. Z Hitchcockiem współpracował między innymi przy "Psychozie" oraz "Północy-północnym zachodzie" oraz "Zawrocie głowy", z którego pochodzi poniższy kawałek mnie. Nie da się opisać właściwie tego filmu bez spoilerowania. Ten kadr został mi w głowie.*



Melodia tak niepokojąca i wżynająca się w mózg dzięki powtarzającemu się motywowi, w 4:08 zaczyna pozbawiać nas oddechu. Pokryta mgiełką iluzji odzwierciedla sen na jawie i trudno definiowalną magię. Trudno opowiadać o muzyce, gdy nie można posłużyć się historią, która jej towarzyszy. Ale mimo, że to filmy mnie kształtują, to i tak ostatecznie dźwięki zostają we mnie najdłużej.



*żeby być precyzyjnym to prawidłowa muzyka do Kim Nowak wpatrującej się w obraz to ta