poniedziałek, 14 marca 2016

Pamiętać o sklerozie

Wczoraj miałam napisać ten post, ale pozostał niedokończony, bo to był właśnie TEN moment. Żeby na zimnie posiedzieć z kimś, kto chce z Tobą na tym zimnie siedzieć i słuchać tych wszystkich słów, których coraz częściej nie umiem powstrzymać. Bardzo tego potrzebowałam i chociaż czasem ze mną ciężko wytrwać w tym samym czasie, miejscu i akcji  - to jednak ludzie potrafią i się starają. To mnie nie przestaje zadziwiać.


Kiedy nadchodzi kryzys, kiedy nie czuję się na siłach, to wiem, że gdy wyjdę do ludzi to oni podarują mi...bursztyn. Dosłownie i w przenośni. Noszę ten bursztyn w kieszeni płaszcza, żeby nie zapomnieć jak ludzie dookoła są pięknie dobrzy i jak mnie zmieniają słowami, spojrzeniami i ruchem rąk, głowy, mięśni twarzy.

Kiedy będąc na imprezie w akademiku, po trzeciej zaczepce pójdę do pokoju obcych ludzi, którzy umieją szczerze opowiadać o marzeniach i są zainteresowani tym co ja robię na tym świecie. Kiedy z trzech chłopaków zostanie jeden i wpuści mnie z kanapkami, choć już zdążył się położyć i opowie mi o swoich decyzjach, o powrocie stopem z Turcji i podaruje taką historię, że wrócę ze łzami w oczach na imprezę, która już zdążyła się skończyć. I choć ludzie już pewnie nie pamiętają miliona drobnych i mniej drobnych rzeczy, które zrobili, to ja mam to wszystko w ogromnym skarbcu. I tak, lubię oglądać te błyskotki. Kiedy mnie oślepiają (jak teraz) to chcę spędzić następny dzień na powtarzaniu jednego słowa - dziękuję. Jeśli czytasz to i mnie znasz to naprawdę weź to do siebie. Mam Ci za co dziękować. A jeśli nie znasz, to wiedz, że na pewno ktoś chciałby Ci podziękować, ale pewnie nie ma możliwości.

I tak - mam słoik wdzięczności, decyduję świadomie co chcę pamiętać. Miałam pisać regularnie pamiętnik i nie bardzo mi to wychodzi, ale te karteczki są datowane, także wszystko sobie będę mogła poodtwarzać.

Cieszę się jak głupia jak dogaduję się z kimś ponad światopoglądami, każdy z nas denerwuje się tak samo, bo chodzi fundamenty, ale zaciskamy zęby i rozmawiamy. Możemy się bić, gryźć i wydrapać oczy, ale... rozmawiajmy! Ale to się zdecydowanie udaje, więc jeśli chodzi o podziały, które wydają się teraz coraz większe, to dzięki wartościom i ideałom - da się to może zatrzymać. I zacząć realnie szukać kompromisów i rozwiązań.

Co z tego, że ktoś uważa, że udało mu się Ciebie zniszczyć, poniżyć czy cokolwiek innego, jeśli Ty się temu nie poddałeś i nie masz zamiaru tego rozpamiętywać czy przejmować się zanadto. Nie obchodzi mnie nawet czy w takiej sytuacji jego satysfakcja będzie mniejsza, większa czy taka sama. Nie chcę, żeby ktoś butami, kamieniami czy słowami rzucał na oślep bez powodu, ale to ode mnie zależy czy zechcę skupiać się na ich łapaniu i pakowaniu do skarbca. Możesz mieć skarbiec pełen klejnotów albo pełen kamieni, to Ty decydujesz. A niektóre kamienie bywają szlachetne. Nawet dosadna krytyka jest piękna, gdy komuś na Tobie zależy albo nawet gdy nie zależy, a Ty coś wyciągniesz z tego dla siebie.

To temat, w którym banał goni banał, i cóż robić.

Dziękować pewnie.



niedziela, 7 lutego 2016

Piszcie, piszcie, inaczej będziemy zgubieni

Nie lubię tego słońca (tego prawdziwego), które zaświeciło dziś w Warszawie. Nagle zrobiło się tak jasno, że nie można się nigdzie ukryć. Nie znoszę ciemności za dnia, ale już ją oswoiłam. Teraz znowu muszę się przestawić. Najgorzej, że wydaje mi się, że wnętrza nie da się uchronić przed promieniami, które przenikają Cię i powodują dreszcze. Nie mam ochoty na żadne napromieniowywanie. Ale ludzie są zachwyceni i chcą więcej, to cieszy - możne tylko ja jedna jestem w takim nastroju!
 

Po niebie sztucznym jak makieta - niebieściutkim, bez jednej chmurki - leci samolot. Wyraźny, świetnie widoczny. A ile takich wcześniej przeleciało niezauważonych? Choćbyśmy nie wiem jak chcieli i wytężyli wzrok - nie zobaczylibyśmy ich. Wszystko wydaję mi się dziś nierzeczywiste. Czytam "Dziennik roku Węża" Siemiona i cieszę się jak głupia, że ktoś tak podobnie patrzy na świat i na siebie. I ma tyle samo wahań i wątpliwości co ja. 

Zazdroszczę autorowi, że pisze coś wykoncypowanego, żeby chwilę później bez ładu i składu zarzucać nas myślami i tym co akurat przyszło mu do głowy. "Cały ten dziennik momentami zmienia mi się w spis żartów bez adresata." Wszystko wydaje się takie autotematyczne, ciągła analiza tego o czym pisze i o co właściwie mu chodzi. Ale to w końcu dziennik (z góry zakłada skupienie się na sobie), to mi się podoba, ta niepewność i pytania wydają się całkiem naturalne. Potrafi wprost, bez żenady przyznać: "Tyle noszę w głowie rozmaitego dobra, szpargałów, odkryć i olśnień, a właściwie nie mogę tego wszystkiego nikomu przekazać." Dlatego męczę ludzi, żeby pisali, najlepiej bloga - żebym mogła to czytać. Tyle rzeczy gdzieś tam się przewala w głowach i znika bez śladu, nie daje mi to spokoju. Podziwiam umiejętne posługiwanie się słowami, składanie swoich wrażeń w zamknięte zdania i akapity. Czytałam niedawno o tym jak topnieje jedno z najdelikatniejszych intymnych uczuć - zachwyt.(/http://podnaporem.pl/ostudzone-zachwyty/) Jak łatwo można to zniszczyć w kimś i jak łatwo to zniszczyć w sobie, jak łatwo topnieje w nas. Ale ostudzony zachwyt to jak zamrożone ciepło. Na tym samym blogu wzruszyłam się czytając o wieczorze wigilijnym, są tak uniwersalne stany, że trudno nie pisać o nich banalnie lub nie przerysowywać. A tu się udało - http://podnaporem.pl/swieta-rodzina/. Linki niestety już nieaktywne. I tak właśnie wszystko znika.


Dawno dawno temu, nauczyłam się, że mogę być z siebie dumna tylko wtedy, kiedy inni są ze mnie dumni. To był warunek istnienia mojej własnej dumy. Nie mówię o takim wewnętrznym zadowoleniu, duchowych zwycięstwach, tylko o prostej dumie. Realizowałam założenia i plany, starałam się o dobre stopnie itd., zwyczajnie starałam się by były powody, żeby ktoś był ze mnie dumny. Dlatego teraz najbardziej dziwi mnie, że gdy na czymś mi zależy i to się udaje, to moja radość jest tak wielka, że nikt po ludzku nie może jej ze mną dzielić. Nie rozumie co w tych osiągnięciach jest aż tak wspaniałego, by się nimi zachłystywać. A ja rozumiem - bo są wreszcie moje. Chyba już tak zostanie, dziwna zmiana.

PS Kero One odkryty właśnie dzięki Dziennikowi.





piątek, 5 lutego 2016

Słońce do wynajęcia

Nie będę oszukiwać, że nie dzieje się nic spektakularnego związanego ze światłem. Powiem więcej, jest to na tyle spektakularne, że cała Warszawa może to oglądać.

Od kilku dni myślę co to za cholerny neon świeci w centrum Warszawy. Psuje mi klimat nocy i jej tajemnicę. Ale wpaść na to, że to słońce (słońce dla Warszawy!) - to nie, nie przyszło mi to do głowy. Co to za wspaniały pomysł zwariowanego człowieka! Sztuczna żarówa, która świeci dzień i noc. Gdy się zrobi szaro, wieczór wydaje się bardzo wczesnym, nieprzyjemnym porankiem o wschodzie (faktycznie) słońca. Ale nocą? Światła miasta zawsze lubiłam, subtelne i delikatne, ale to mnie irytuje.Właśnie chciałam przestać narzekać, ale znalazłam to: https://podarujslonce.pl/ Co się dzieje w tej stolicy! Taka akcja reklamowa Żywca Zdroju? Że niby żywioły - woda, słońce? Stop. Nie chcę tego analizować ani zrozumieć.

 "Słońce tworzy blisko 560 lamp." Zachciało mi się lamp to mam. Ale jeżeli komuś to się podoba, rozświetla mroki, z jakiejś perspektywy wygląda ładnie, wskazuje drogę - ok. Ale akcja wyświetlania imion? Naprawdę? Ludziom już nie wystarczy zwykłe słońce dla każdego? Trzeba mieć takie specjalne, z dedykacją! Może to się liczy w życiu, a ja żyję w kłamstwie...

Nie będę rozbijać tego postu na dwa. Bo znowu o świetle. Chyba powinnam zmienić nazwę bloga na "światło światła". Historia pt. "tajemnica lampy" bez zmian. Ale za to co się dzieje na klatce schodowej przed samym wejściem do mieszkania! Żarówka urządziła dziki taniec, czy jak to tam nazwać. Mruga tak szaleńczo, że po przejściu tych wszystkich schodów, czujemy jakbyśmy trafili w najgorsze odmęty swojej wyobraźni. Po zamknięciu za sobą drzwi, oczy oddychają z ulgą, ale nadal mamy mętlik w głowie i czarne plamy. Od kiedy zaczęłam bardziej zwracać uwagę na światło, spotykają mnie takie oto rozrywki.

PS Właśnie przeczytałam, że słońce dla Warszawy świeci w godzinach od 16 do 22, więc nie mogło mi przeszkadzać ciemną nocą. Widocznie oślepienie nim i irytacja trwały jeszcze długo po 22. A naprawdę to nie wiem, mam zwidy. Cieszę się, że jednak gaśnie. To sprawia, że przybliża się do ideału. Ideału oryginały i mojego ideału czyli swojego nieistnienia.


Niedługo Walentynki. Nie podaję Wam pomysłów na prezent dla ukochanych, ale przynajmniej wiecie co odradzam.

PS 2 Zajrzałam do regulaminu tej fascynującej akcji i ogłaszam konkurs na jak najlepsze wykorzystanie aż 18 liter oraz tego pola, skoro już powstało. ("W formularzu Uczestnik wpisuje 1 wyraz zawierający maksymalnie 18 liter, który zostanie wyświetlony na ekranie znajdującym się na budynku Q22 w Warszawie, po tekście „Słońce dla”.) Może pokażmy solidarność z uchodźcami z Syrii?  Ale każda projekcja trwa 60 sekund, więc może nie warto silić się na fajne pomysły. Niech każdy wpisze swoje imię i z zachwytem obserwuje neon dedykowany tylko jemu. Z domyślnym dopiskiem: serdeczne pozdrowienia również dla wszystkich moim imienników. A jednak, ostatecznie to bardzo miła akcja.

wtorek, 2 lutego 2016

Jeszcze więcej światła



Myślałam, że tajemnica lampy palonej dniem i nocą na razie schowa się w cieniu. Czerwone światło było nowością, która wystarczyłaby na długi czas. Moja obserwacja tamtego mieszkania stała się rytuałem. Trzecia w nocy. Patrzę przez okno. W "moim" mieszkaniu nie pali się żadna lampka, a zwykłe, pełne światło. Obok w pokoju też. A powyżej ostre jasne światło innej żarówki. Szczerze mówiąc, czuję się zdezorientowana. Do tamtej sytuacji się przyzwyczaiłam, lubiłam śledzić zmiany. Ale to jakaś przesada.



Film, który zobaczyłam na myfrenchfilmfestival.pl bardzo wpisuje się w moją opowieść o lampach. Główny bohater, sierota wychowywany w klasztorze, gdzie zajmował się wymianą żarówek i ogólnie szeroko pojętym pilnowaniem oświetlenia, musi pewnego dnia wkroczyć w prawdziwy świat. Wchodzi z niego z myślą, że posiada dar dawania (rozpalania?) światła. Jest nieśmiały, zagubiony i naiwny. We wszystkich opisach jest porównywany do Amelii Poulain. Dla mnie jest jednak innym bohaterem, choć nie przeczę - o bardzo dobrym sercu. Świetny pomysł, który mógł (sic!) wypalić, a jednak bajkowe schematy i zbyt proste przerysowanie go tłamszą. Ale jeśli komuś magii nigdy nie jest za wiele to polecam. Oryginalności filmowi nie można odmówić, jak i nowego podejścia do elektryki oraz ludzi od światła (ach te metafory!) Okazuje się, że ich świat jest totalnie fascynujący i wciągający.




PS Czwarta rano. Bez zmian - nadal pali się światło u wszystkich wspomnianych na początku.

niedziela, 31 stycznia 2016

Ciąg dalszy tajemnicy lampy


Jest środek nocy (dziwne określenie, dla mnie to zwyczajnie wieczór), a lampa w pokoju naprzeciwko - świeci. Żyje tam ktoś, kto ostatnio starał się uregulować swój tryb życia i chodzić spać wcześnie, a przynajmniej wcześniej. Z pobłażliwym uśmiechem i delikatną satysfakcją (bo czuję, że to nas jednoczy) stwierdzam, że mu się nie udało. Ale co ważne i zastanawiające, ciągle zostawia zapaloną lampę przez cały dzień. Bogacz? Lekkoduch? Zapominalski czy oswajający już nawet dzień sztucznym światłem?




Ale jest jedna zmiana, która mnie zaskoczyła. Bywają dni kiedy pokój jest skąpany w czerwonym świetle. Ustawiona jest jakaś przesłona albo zasłona. Może za nią nadal tkwi ta sama lampa, ale nie za bardzo w to wierzę, bo w środku wydaje się jakby jaśniej. Ale ja widzę tylko przygaszoną czerwień. I chociaż jest to dość nietypowy kolor jak na mieszkanie, to on sam w sobie jakoś mnie nie dziwi. Zielony, niebieski czy pomarańczowy byłby dziwny. A na ten jakoś macham ręką. Ktoś się ode mnie odsuwa, pomieszczenie staje się dalekie i nierzeczywiste.



Dmitry Loginov
Może odbywają się wtedy jakieś surrealistyczne seanse? Nie wiem.

Teraz jest wyjątkowo spokojnie, bo świeci standardowa lampa, tuż przy oknie. I nie wiem dlaczego, zawsze myślę o jednym. O tym, jak wytrwale ktoś pracuje. 

Zapomnij się?

Nigel Van Wieck
Q Train
Nie stać nas na dwa słowa więcej. Nie stać nas na dwa słowa w ogóle. Nie stać nas na pisanie w pierwszej osobie. Nie stać mnie na uśmiech. Nie stać mnie na spełnienie najdrobniejszej prośby na świecie, bo nie ma dla mnie sensu. Nie umiem zareagować. Nie umiem otwierać buzi, wtedy gdy trzeba, a mówię tysiące rzeczy, których nie muszę. Boję się, że wykorzystałam limit bycia nieczłowiekiem. Limit "nie wiem" i "nie mogę". Najgorsze jest to, że przecież jestem i potrafię być człowiekiem. Uśmiecham się często, staram się artykułować jak najlepiej wdzięczność, podziw, zachwyt i dawać energię.  Ale nie chodzi o moje możliwości, w ogóle nie chodzi o mnie. Bo chcę już na zawsze przestać się zajmować sobą, po prostu być. Odpowiadać na pytania świata, a nie ciągle pytać go "kim jestem?" i "co dla mnie masz?"

Igor Morski
Walking in the rain



Nie wiedziałam nawet, że to tak boli, że to to jest ten smutek, który się wylewa. Zajmowanie się sobą to praca na pełen albo nawet na dwa etaty. Dlatego chciałabym się zajmować innymi, ale nie umiem. Nie przerobiłam porażek w tej przestrzeni. A jak mi nie wychodzi, to wracam do środka i bardziej intensywnie zajmuję się sobą. Nic mnie tak nie wznosi do góry jak prawdziwe dzielenie się. Mogę się oddać i zatracić, to rozgrzewa. Ale jak czytam to zdanie to w głowie rozbłyskuje się i mruga jak oszalały wielki neon z jednym słowem: NIEZALEŻNOŚĆ.





Najpiękniejsze momenty to te, kiedy niczego się nie spodziewasz. Gdy pani w kiosku zaczyna z Tobą rozmawiać jakbyś był z jej rodziny, a Ty mimo, że całe życie miałeś być nieśmiały i uciekać przed takimi sytuacjami, czujesz, że jesteś ufny i otwarty. Kiedy ta wymiana jest naturalna. Po prostu, bo jesteśmy ludźmi, bo żyjemy razem, niekoniecznie tylko obok siebie. Kiedy ktoś obcy nie ucieknie wzrokiem, ba!- kiedy po sekundach, które trwają wieczność, Ty musisz uciec, bo zabrakło Ci oddechu. Albo kiedy Ty zaskakujesz siebie i nie uciekasz przed nieznanymi rzeczami, tylko dlatego, że Cię uczyli zasad bezpieczeństwa. Zasad BHP. Czasem warto o nich zapomnieć.
Edward Hopper
Rooms by the sea

A jeśli świat nie odpowiada na to wszystko tak jak chcesz? Co z tego? Nie rób niczego dla efektu. Wszystkim zdarza się być dziwnym, nie kontrolować siebie, popełniać błędy, obojętnieć i być chamem. Zapominanie i wybaczanie można praktykować kiedy tylko przyjdzie na to ochota. Ale jeśli sobie nie wybaczamy to nie łudźmy się, że w pełni będziemy się godzić się ze wszystkim.
                                                    "You're not important. Get used to it!"

Ja muszę wszystko rozumieć. Jak nie mogę odkryć motywacji albo nie mogę jej pojąć,  to jakby ktoś mi pętlę zakładał na szyję, narastająca bezradność ją zaciska coraz mocniej i mocniej. Żeby się nie udusić trzeba uważać i w odpowiednim momencie zerwać pętlę.

Boję się generalizacji, myślenia poprawnego politycznie i programowo niepoprawnego politycznie. Wyrachowanych, chłodnych rozmów o uchodźcach i zamykaniu granic.

Ale nie boję się tak urwać tych refleksji! Bo już wystarczy!






wtorek, 26 stycznia 2016

Wszyscy grzeszymy przeciw piątemu przykazaniu

Zabijamy prawie codziennie. Nudę.


Temat najnudniejszego zajęcia i próba opowiedzenia o nim jak o mega fascynującej rzeczy, to było zadanie na zaliczenie retoryki na studiach. Z innymi zadaniami nie miałam jakichś ogromnych trudności, ale to? Przecież ja się nie nigdy nie nudzę!

Naprawdę nie znam tego uczucia? Przecież to bzdura. Nudne filmy i nudne książki. Łażenie po górach. Ćwiczenie gam. Jedzenie. Gdy tylko powiedziałam o jedzeniu podczas "mowy" przed grupą, zobaczyłam niedowierzanie w oczach koleżanki. Ale tak, od kiedy pamiętam przeżuwałam obiad nudząc się niemiłosiernie. Trzeba było odwracać moją uwagę i zabawiać. Teraz sama potrafię skutecznie zabić nudę.



Jak byliśmy mali i tłukliśmy kijem o ziemię albo robiliśmy coś równie niestandardowego, na co akurat mieliśmy ochotę, to słyszeliśmy: Nudzi ci się?! Oczywiście także wtedy, gdy komuś dokuczaliśmy, sypaliśmy piaskiem w oczy albo biliśmy się i wrzeszczeliśmy w ferworze walki (na przykład z rodzeństwem). Nauczono nas, że nuda to coś złego. Dostajemy wtedy małpiego rozumu. Inteligentni ludzie się nie nudzą, a czas to pieniądz. Kiedy myślałam o tym, co mam powiedzieć na ten temat, postanowiłam zrobić eksperyment. Ustawiłam czasomierz na dwie minuty. Siedziałam na łóżku i nic nie robiłam.
Niepokój i poczucie winy pt."Jezu, zajmuję się jakimiś głupotami, zamiast zająć się tym na poważnie". A przecież ja ogarniałam temat w praktyce! Z badań zrobionych na Universityt of Waterloo wynika, że nuda objawia się często tak samo jak stres czyli wzmożonym biciem serca oraz wzrostem poziomu kortyzolu. Ale dlaczego? Ja twierdzę, że to wychowanie, kultura i bóg wie co tam jeszcze. Oczywiście nic w nadmiarze nie jest zdrowe, ale to chyba oczywiste. Kiedy poczytam o stresie, jak on szkodzi, jaką niesamowitą ilość chorób powoduje, to stresuję się stresem. Napięcie sięga zenitu, nie mogę się już uspokoić. Kiedy myślę, że bezczynność robi ze mnie nieużytecznego, dennego człowieka albo nawet przedmiot to będę robić wszystko, żeby jej nie doświadczać. Nawet zobaczę nudny serial.


A czym są treningi uważności jeśli nie treningami nudy? Ale jak to brzmi: ćwiczę...nudę? A przecież możemy. Za darmo (!), w ciepłym domu i nazywać to ćwiczeniem uważności, jeśli tamto nie przechodzi nam przez gardło.  Medytacja to też kreatywna nuda.


W filmie "Wędrówka na Zachód" buddyjski mnich bardzo powoli, ale naprawdę BARDZO powoli...idzie! Tak, tylko to. Film był trochę nudny, pewnie jak samo ćwiczenie. Ale obserwowanie ile się zmienia dookoła, ile ludzi go mija, a jego kompletnie nic nie rozprasza, było fascynujące. Towarzyszyło się w mu w tej medytacji (zwał jak zwał).

Kiedy mowa o nudzie zawsze przypominam sobie Josifa Brodskiego i jego mowę wygłoszoną na uroczystym pożegnaniu absolwentów opuszczających college. On twierdzi, że nudy nie da się uniknąć, a że nikt nas nie przygotowuje do przetrwania jej. Nikt nam nie mówi, że można wyciągnąć z niej coś dobrego i czego nas uczy. Nie chcę streszczać, ale bardzo polecam przeczytać całość. Wyciągnęłam istotę, która według mnie brzmi tak: "Nuda jest, by tak rzec, oknem na czas, na te jego cechy, które zwykle lekceważymy, najczęściej za cenę utraty równowagi psychicznej. Krótko mówiąc, jest oknem na nieskończoność czasu, to znaczy na naszą w nim znikomość. (...) Może to, oczywiście, nie być muzyka dla Państwa uszu; ale poczucie daremności, ograniczonego znaczenia nawet najlepszych, najgorliwszych poczynań jest lepsze od złudzenia na temat ich skutków i towarzyszącego mu poczucia własnej wielkości. Albowiem nuda to inwazja czasu
w Państwa system wartości. Osadza życie we właściwej perspektywie, co owocuje precyzją i pokorą."

O, czytając znowu Brodskiego, przypomniałam sobie, moją stałą refleksję o życiu wiecznym: "Boże, ale to będzie nudne!". Rzeczy, które mają jakiś koniec, najlepiej szybki, nie mogą być nudne. Łap chwilę. Bo one nie są nudne. A może dlatego tyle myślimy i analizujemy, tyle tworzymy zbędnych teorii wszystkiego, żeby uniknąć nudy? Okej, może dlatego JA tyle myślę i analizuję. Zamiast skupić na czasie i na sobie w nim, to skupiam się na sobie w bezczasie.

Boję się nudy, bo jest jak śmierć. Oczywiście nie ja pierwsza i nie jedyna mam takie skojarzenia. Ionesco pisał:  "Nuda paraliżuje albo pcha nas do czynów destrukcyjnych, albo wpędza w stan bliski śmierci. To było nie do zniesienia. Nikt nie mógł mi pomóc. Nie mogłem się niczego uczepić...To było tak, jak gdybym topił się w powietrzu. Nie mogłem otworzyć żadnego okna na ulicę, na świat, na kogokolwiek. Uduszenie..." Nie chcemy sięgnąć takiego dna. I ja, w przeciwieństwie do Brodskiego, nie polecam tego robić. 

U Sartre'a to świadomość się nudzi. "Trzeźwa, nieruchoma, osamotniona świadomość tkwi pomiędzy ścianami; trwa. Nikt w niej już nie mieszka. Jeszcze przed chwilą ktoś mówił ja, mówił moja świadomość. Kto taki? Na zewnątrz były mówiące ulice, ze znanymi kolorami i zapachami. Pozostały anonimowe ściany, anonimowa świadomość. Oto co istnieje: ściany, a pomiędzy ścianami mała żyjąca i bezosobista przezroczystość. Świadomość istnieje jak drzewo, jak źdźbło trawy. Drzemie, nudzi się. Małe ulotne świadomości zaludniają ją jak ptaki gałęzie. Zaludniają i znikają." Chyba musimy to poczuć, żeby móc dać sobie żyć. Wiedzieć, że napełniamy się ludźmi, zapachami, wrażeniami, a czasu nigdy nie pokonamy. I nie ma po co chcieć tego robić.

Nastaw minutnik i sprawdź czym jest dla Ciebie nuda! Czy nie wpadłeś w jakieś uzależnienia (te gorsze - od słodyczy, albo te "lepsze" - od muzyki) tylko dlatego, że musiałeś zagłuszyć ciszę, zajeść bezczynność? Nie wstydźmy się nudzić, nie miejmy wyrzutów sumienia, to jedno z najprawdziwszych przeżyć (może jedyne prawdziwe) na świecie. Ono Cię nie oszuka, nie zdradzi.

piątek, 8 stycznia 2016

Duch Święty?



Podczas Świąt, a może jeszcze przed nimi, zauważyłam, że w pokoju naprzeciwko, pali się lampka. Świeciła jedną noc, i drugą, i jak się domyślacie - też trzecią. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ot, ktoś tak jak ja, nie śpi, bo ma ciekawsze rzeczy do roboty. Przyzwyczaiłam się do lampki, do czyjejś nienachalnej obecności, uśmiechałam się do okna, ale takim uśmiechem, który nie był widoczny z takiej odległości.




Ze zdziwieniem odkryłam, że lampka świeci się też rano, tym późnym rankiem, który jest też południem. Nie powinna wtedy się palić, bo co niby ma oświetlać? Wtedy dotarło do mnie - aha! nikogo tam nie ma. Ktoś wyjechał, zapomniał wyłączyć. Poczułam, że to jakieś totalne marnowanie energii i pieniędzy. Było mi źle, mamy wszystkich tak blisko, na wyciągnięcie ręki - na facebooku, a ja nawet nie wiem jak nazywa się mój sąsiad i nie mogę go zawiadomić, że widzę właśnie jak nieustannie pali się u niego światło. Nie myślałam o tym co by to dało, tylko o takim moim obowiązku i jak to nazywałam "pomocy". Niech ktoś je zgasi, to bez sensu!



Minęły Święta, muszę przyznać, że przestałam wypatrywać światełka. Spojrzałam teraz i przypomniałam sobie. Kiedy nie patrzyłam, to też tam było.

czwartek, 31 grudnia 2015

Filmy na Sylwestra

Szukacie dobrego filmu na Sylwestra? Dobrze trafiliście, ale pamiętajcie, że możecie je sobie po prostu dopisać do listy 'must see'. Nie mogę się doczekać, więc zaczynajmy!

U Turn
Droga przez piekło


Możecie wybrać się w totalnie szaloną podróż z Seanem Pennem! A raczej utknąć w zapadłej dziurze gdzieś w Arizonie...Brzmi źle? A będzie jeszcze gorzej - awantury, prześladujący naszego bohatera pech, piaski pustyni i odór padliny. A gdy do akcji wkroczy pociągająca Jennifer Lopez i zazdrośni o nią faceci, to sytuacja robi się jeszcze bardziej skomplikowana. Zazdrosny jest też Joaquin Phoenix, który nie przepuści okazji, żeby pobić się o honor swojej głupiutkiej dziewczyny.


Kogo jeszcze brakuje w takim gronie? Stukniętego mechanika, który nie dość, że głupawy i złośliwy, to wybucha niepohamowanym, złowieszczym śmiechem. To u niego Sean zostawił samochód. To był jego pierwszy błąd, ale zapewniam Was, że nie ostatni. To dopiero początek całej serii błędów i bardzo nieprzyjemnych, ale też śmiesznych w swoim absurdzie - konsekwencji.

Stare hity muzyki country np. Johnny'ego Casha potęgują absurdalną atmosferę. Totalne szaleństwo, oparte na przerysowaniu  kiczowatych schematów prawie wszystkich przeciętnych filmów wszechświata, sprawia, że łapiemy się za głowę i pytamy siebie samych "co ja oglądam?!" W pewnym momencie twórcy, obiektywnie rzecz ujmując, przesadzili, ale kto by się tym przejmował w Noc Sylwestrową? "To był dobry dzień. Nikt nie zginął." - to cytat z naszego pechowca. A czy Wy przeżyjecie ten sen i tę noc? A, zapomniałabym. Zdania perełki, rady stulecia wygłasza bezdomny żołnierz, idealne do pospiesznego zapisania w organizerze!



Życzę Wam, żeby następnego dnia i przez cały przyszły rok Peggy Lee śpiewała Wam jak podczas napisów końcowych tego filmu,"It's a good day"!



usatysfakcjonowany lord Artur klaszcze 

A jeżeli ktoś uwielbia filmy kostiumowe i bardziej klasyczną urodę aktorów, a przy okazji lubi pośmiać się, tkwiąc po uszy w intrydze, którą rozpoczęła sprytniutka Julianne Moore to "Idealny mąż" (1999) jest...idealny! Ale chyba nawet Julianne nie spodziewała się do jakich rozmiarów urośnie cała sprawa. Ile tu zwrotów akcji, komplikacji i kłamstewek, palce lizać!





ojciec Artura i moja mina przez połowę seansu
Aktorzy paradują w tych pięknych strojach z XIX wieku, ale wygłupiają się o wiele bardziej, niż we współczesnych komediach. Najbardziej dowcipny jest Rupert Everett w roli lorda Artura. Jest nieznośnie zarozumiały, irytuje swoimi przemądrzałymi tekstami. Ostatnie słowo należy do niego, bo wie wszystko najlepiej. Ale przy tym jest niezwykle pociągający. Nie ma zamiaru się żenić, bo wiadomo "kochać samego siebie to początek romansu na całe życie". Czy uda mu się wytrwać w postanowieniu i oprzeć się presji ojca?

lord Artur zwierza się mądrej głowie


Jego ojciec chodzi ciągle oburzony, w charakterze syna widzi same wady. Jest uroczy i prześmieszny w swoich reakcjach na niekonwencjonalne zachowania otoczenia. Zbulwersowany ciągle coś wykrzykuje.

Tu jedyny i wyjątkowy uśmiech.




Nigdy nie widziałam Cate Blanchett tak delikatnej i łagodnej, byłam pod wrażeniem!





Eleganckie przyjęcia, piękne kostiumy, dopracowane fryzury, kolekcje rozmaitej biżuterii. Do tego gwiazdorska obsada i mnóstwo humoru. Czy istnieje lepsze połączenie? Tak dobrej kostiumowej błazenady jeszcze nie widziałam jak żyję. Świetny pomysł, jeśli chce się z uśmiechem i oddechem wejść w Nowy Rok. Tego Wam życzę z całego serca!


poniedziałek, 21 grudnia 2015

Pomysły na prezent!


Siostra leży u mnie w pokoju i mnie męczy. Szybko muszę napisać to co chcę i idę się z nią... bawić? Zachowujemy się nadal jak małe dzieci, dokuczamy sobie, rzucamy wściekłe spojrzenia i jednocześnie umieramy ze śmiechu. Bardzo Ją kocham, przeraźliwie się cieszę, że jest w tym samym mieście, domu, a czasem pokoju. Teraz się obraziła i poszła zjeść kawałek ciasta.

 Tę płytę wzięłam do ręki, bo spodobała mi się okładka. Niezbyt to oryginalne ani mądre, ale tak bywa. W muzyce nie lubię ascezy, bardziej cieszy mnie pełnia brzmienia, przejrzysta forma, soczyste dźwięki, niż wyselekcjonowane i powtarzane na okrągło nuty i akordy bez konkretnej całości. Współczesne eksperymenty zawsze mnie irytowały,  kilka dźwięków na krzyż zagranych na pianinie ot tak, nigdy nie wzbudzało mojego entuzjazmu. A tu współbrzmienie fortepianu z elektroniką mnie zaskoczyło, jakby od zawsze w kosmosie było takie połączenie, a ja usłyszałam je pierwszy raz w życiu. To jak odkryć na nowo smak, którego nigdy się nie lubiło. Smyczki, perkusja, gitara tworzą lub dopełniają brzmień niektórych kawałków. Ostrzegam tylko, że nie można ich słuchać jako podkładu do innych czynności, takiej funkcji nie spełniają (choć gdy już się do nich przyzwyczaimy to czemu nie). Najlepiej zacząć od słuchania w samotności, zamknąć oczy i odkryć jakie emocje w nas wywołują. Zdecydowanie jest to przeżycie bardziej mistyczne niż estetyczne. Można to potraktować jako formę medytacji. Myślę, że nie jest to płyta dla wszystkich (i nie mam tu niczego złego na myśli). Niektórych może zmęczyć lub zdenerwować. Może być magiczną furtką na specjalne okazje, jako prezent pod choinkę na Święta nadaje się świetnie. Ludovico Einaudi stworzył soundtracki do takich filmów jak "Nietykalni" czy "Samba". I tutaj niektóre kawałki brzmią filmowo, ale obrazy możemy sobie sami tworzyć w głowie, za każdym razem inne i przesuwać je jak zdjęcia rzucane z rzutnika. To płyta dla każdego, kto lubi zmysłowe układanki w wyobraźni i fascynuje go odkrywanie nieznanych brzmień. Ciekawe jest to, co sam Ludovico mówi o swojej najnowszej płycie: “Dostrzegłem nowe obszary – znajdujące się na krawędzi tego, co wiem i czego nie wiem – które od dawna chciałem wykorzystać twórczo: mity o stworzeniu, układ okresowy pierwiastków, geometria Euklidesa, pisma Kandinskiego, natura dźwięku i barwy, pędy dzikich traw na łące, różnorodne krajobrazy. Przez dłuższy czas chodziłem mając  w głowie mętlik obrazów, myśli i uczuć. W pewnym momencie wszystko stopniowo znalazło swoje miejsce, jakby wszystkie te elementy były częściami jednego świata, a ja wraz nimi.” Pewnie sama ta wypowiedź by mnie nie zachęciła, pomyślałabym, że to kolejny eksperymentator, który dorabia niezwykłą ideologię do swoich miernych kawałków. Ale myślę, że warto spróbować, mnie udało się usłyszeć coś nowego na krawędzi znanego mi świata i tego nieznajomego i może niezgłębialnego.




Moje inne propozycje to oczywiście książki, polecam te, o których pisałam lub wspominałam na blogu.
 Ale dlatego, że wg mnie lepszą książką Nichollsa był jednak "Jeden dzień" to również tu wrzucam. To opowieść, która spełnia wszystkie możliwe wymagania. Ma charakterystycznych, interesujących bohaterów, z którymi łatwo nam się identyfikować. Historia, na szczęście nienachalnie i  nie po chamsku, wzrusza. Jest w niej kilka fragmentów - perełek i spostrzeżeń w punkt. Przekaz banalny, ale w Święta chyba najważniejszy czyli dostrzegajmy i doceniajmy to co mamy. A! I te książki bardzo dobrze się czyta, czysta przyjemność.




Wersja  dla filmomaniaków
Obsada, chemia między głównymi bohatermi i muzyka, to najmocniejsze strony filmu.
Arcydzieło to nie jest, ale do obejrzenia z najbliższymi w aurze zapachów domowych wypieków, wystrojonej kolorowymi bombkami i rozmigotanej światełkami choinki - jak najbardziej.


A jeśli ktoś szuka czegoś wybitnego, co oprócz niezwykłej przyjemności czytania, zachwyca nieoczywistością w warstwie treści i języka, to tylko Marai. Tu jedno zdanie możemy czytać kilka razy, nie mogąc się nadziwić, w jaki mistrzowski sposób zostało skonstruowane.  U Maraia z uderzającą swobodą płyną zdania.


Fenomenalna lektura na Święta, gdy mamy więcej czasu, żeby się zachłysnąć i zachwycić czymś naprawdę znakomitym.



Tu mam pewien zgrzyt, czy taką książkę można położyć pod choinką. Mogę zapewnić, że tu nie chodzi o przedstawienie koszmaru obozu (choć oczywiście pojawiają się opisy różnych zdarzeń), raczej o podkreślenie wyboru jaki ma człowiek i wlanie w nas nadziei, że prawo do decydowania mamy zawsze, nawet w takich warunkach. Frankl, profesor filozofii i psychiatra, dzieli się swoim doświadczeniem pobytu w obozie, i w sposób bardzo konkretny i jasny opisuje nieśmiertelność człowieczeństwa. Ani cierpienie, ani zło, nie ma nad nami mocy. A jak nie dać zgody na panowanie nad nami czegoś czy kogoś (bo przecież jest to problem uniwersalny, który pojawia się też w naszym normalnym, codziennym życiu)? Tego właśnie możemy się dowiedzieć, a przynajmniej obserwować przykłady, które daje nam Frankl.




*tak to ta okładka
Niedawno, w 125. rocznicę urodzin Christie, ukazały się nowe wydania wszystkich (uwaga!) powieści, które pisała pod pseudonimem Mary Westmacott. Bardzo mnie to ucieszyło, bo poprzednia (z zamierzchłych czasów) okładka była tragiczna i pamiętam jak było mi wstyd trzymać taką książkę w rękach*, chowałam się z nią po kątach... Już w kryminałach widziałam, jaki Christie ma zmysł obserwacji i że nie są to takie ot, zwykłe kryminały. Moja miłość zaczęła się od "Dziesięciu murzynków", niezwykła to była przygoda. Potem moja przyjaźń z Christie tylko się rozwijała. Pamiętam podczas czytania pierwszej książki była mi kompletnie obca...To takie dziwne uczucie. Bo teraz jest mi bardzo bliska. Czytałam jej autobiografię, wiem, że to własnie takie, mocno psychologiczne historie, chciała pisać.

"W samotności" (właściwy tytuł to Samotna wiosną), fabuła jest bardzo prosta. Joan spotyka nieoczekiwana przerwa w podróży do domu, musi bezczynnie czekać w zajeździe na pustyni, aż dotrze tam jedyny środek transportu jakim jest pociąg. Joan spędza kilka dni w samotności, a my obserwujemy pochłaniający ją, rwący strumień myśli, których nie może odgonić.
Idziemy przez życie prosto. Mamy obowiązki, przyjmujemy pewne role, córki, studenta, blogera lub marudera. To niby dobrze. Ale ile kryje się tam kłamstw, ułudy, zmyśleń na swój temat. Gonimy zamiast się zatrzymać i zastanowić gdzie biegniemy. Jaki jest nasz cel? Czy kogoś zraniliśmy czy popełniliśmy jakieś błędy? Brzmi banalnie. Ile jest książek, poradników na ten temat. A jednak, zakończenie jest totalnym zaskoczeniem (którego oczywiście nie zdradzę). I znowu, puenta jest mocna i wiele o nas mówi. Popłakałam się po zamknięciu książki.





Jeśli chodzi o prezenty to tak naprawdę najlepszy nic nie kosztuje. Trzeba poświęcić tylko kilka chwil. Weź kartkę i długopis, napisz komuś szczerze co czujesz, za co mu dziękujesz i czego mu życzysz. To przecież nie jest trudne, a daje ogromną radość. Listy to cudowny wynalazek, wszystko może zaginąć, zniszczyć się, a słowa zostawiają ślady wyryte na sercu i chodzimy z nimi po świecie do końca życia. Chodźmy z tymi dobrymi i pięknymi, dajmy je sobie nawzajem.


Świąt, które odmienią na lepsze wszystko w nas, życzę sobie i Wam <3

sobota, 19 grudnia 2015

Co robię po nocach?

Jest wpół do czwartej rano. To zdecydowanie moja pora. W nocy żyję na pełnych obrotach, nie wstydzę się żadnej myśli i żadnego pragnienia. I już dłużej nie mogłam wytrzymać bez napisania czegoś, co kilka godzin chwyta mnie potrzeba opublikowania postu, bo tematów mam coraz więcej. Jeśli będę tak czekać to mogą skamienieć i nie nadawać się już do niczego.


Zaczęłam eksperyment, a raczej dopiero zaczęłam czytać o tym jak go zrealizować. Przeżyć rok tak jakby był on ostatnim. Jak to świetnie brzmi! Jaką daje wolność!

Psychologia cały czas bardzo mnie fascynuje, chętnie przeglądam poradniki, szukam zdań, które mogą być moimi, rad, które mogą mi pomóc. Uwielbiam korzystać z doświadczenia innych, obserwować ile wyciągnęli dobrego ze swoich przeżyć i w jaki sposób się tym dzielą. Bardzo lubię pytać albo przynajmniej szukać w sobie pytań. Nie znajdziesz żadnej odpowiedzi, jeśli wcześniej nie ma w Tobie pytania. 




Chciałabym mieć konkretny temat tego postu, ale niestety za dużo chciałabym naraz. Teraz najchętniej sięgnęłabym w końcu po "Dziennik" Máraia, chciałabym pochłonąć chociaż tę jedną, pierwszą stronę. Albo zanurzyć się w jego "Magii", dokończyć opowiadanie stamtąd i odkryć początek kolejnego. A co z "Sindbad powraca do domu"? To też jest napoczęte. Mam już niezły zbiór fragmentów i zdań, które mnie zachwyciły.

Ta kobieta po troszeczku, niby w walizeczce, z jaką kobiety z prowincji zwykły nocą uciekać w świat z łóżka swych chrapiących mężów-tyranów, wniosła w życie Sindbada to wszystko, czego na próżno szukał przez pięćdziesiąt pięć lat po kawiarniach, pokojach karcianych, śmierdzących saletrą karczmach, klubach wypełnionych kwaśnym zapachem ludzkich zmartwień, wśród przeżartych przez mole pluszowych obić mebli w pokojach do wynajęcia zatęchłych i rozpadających się czynszówek Śródmieścia. Wniosła zapach domu, który Sindbad utracił w dzieciństwie, a którego potem, węsząc niespokojnie jak wyżeł, poszukiwał po całym znanym sobie świecie.

Moja Mama kocha Máraia. Gdy zniknął "Dziennik" w domu zawrzało. To dzieło pożyczyć i nie oddać to grzech śmiertelny. Twardoch, mimo ciężkich warunków podczas przemierzania Spitsbergenu, targa tę biblię-cegłę w plecaku. Czy potrzeba większej rekomendacji? Mnie nie.
Napisałabym też teraz o studiach. Ostatnie zajęcia z odmiany nazwisk - w tym poście bardzo mi się przydały, węgierskie-brak apostrofów. O wczorajszych wieczornych toastach na retoryce, najbardziej praktycznym przedmiocie w tym roku. Ale na wszystko przyjdzie czas, mam nadzieję.

Śledźcie Sztukę sztuki, bo może znajdziecie pomysły na prezent pod choinkę (w tym macie już kilka). Będzie też trochę polityki, ale w formie odpowiedzi na tekst Betlejewskiego [klik] http://mediumpubliczne.pl/2015/12/mielismy-dla-ludzi-pis-tylko-klamstwo-szyderstwo-i-przemoc/.
Do zobaczenia!

wtorek, 17 listopada 2015

Sputnik. Fijołki w głowie. Spitsbergen absurdu.

Kadr z filmu "Grumant. Wyspa komunizmu"
Opornie pisało mi się recenzję dokumentu "Grumant. Wyspa komunizmu", pokazywanego podczas tegorocznego Sputnika. Ta wioska znajduje się na Spitbergenie, więc żeby móc cieszyć się tym co piszę, od razu nawiązałam do Twardocha i jego fascynacji tym miejscem. Czas mijał, praca posuwała się, a raczej pełzła jak kaleki ślimak, nie za wesoło. Ale im dalej w las, tym bardziej się rozkręcałam. Aż nagle! Stanęłam w miejscu. Górnicy w tej osadzie zjeżdzali wgłąb kopalni na...-no właśnie, na czym?! Olśnienie. Zima, narty, góry. STORCZYKI

Ale nie byłam pewna. Wpisuję w google: storczyki na stokach. Brawo.
Drugie podejście: wyciągi storczyki. Pycha.

kolejny kadr z filmu
Gdy mnie olśniło, ale tym razem naprawdę (orczyki-no tak, każdy to wie), to śmiech rozległ się w mojej głowie, jakby dzwoniło w niej tysiąc małych dzwoneczków.





Pomijam czy można użyć tego określenia, ale jak po czymś takim można normalnie wrócić do pisania o mordędze, ciężkich warunkach, piekielnym ustroju, izolacji       i ciemnych, mroźnych, ale przerażająco pięknych widokach?


Zdjęcie zeszłoroczne. Jesień w tym roku o wiele piękniejsza.




Dziś spaliłam kaszę, tak moja kulinarna szkoła jest bogatsza o jedno doświadczenie. Nie zatrudniliby mnie w tym wozie.

A to jak już opowiadam takie małe bzdury, to jeszcze to. W sklepie w tej samej ręce, którą podawałam sok sprzedawcy, trzymałam portfel.

Złapał portfel, nie patrzyłam na niego i nie widziałam jego wyrazu twarzy. I żałuję. To było cudownie głupkowate, ale pomysłowe. Ja nie za wiele wymagam. Uśmiałam się po wyjściu, ciagnąc historię dalej. Zabiera mi portfel i każe za niego zapłacić. Bierze mi portfel i sprawdza czy mnie stać na sok. "Nie masz tyle pięniedzy" - siostrzane zdanie podczas zabawy w sprzedawanie sobie ksiażek, huczy mi w głowie.
Inna wersja "On po prostu chciał pomóc jak takim starszym paniom i samemu wyciagnąć odpowiednią sumę." Dzięki Mamo. Zawsze mogę na Ciebie liczyć.