środa, 17 sierpnia 2016

#nowehoryzonty2016

To była najlepsza edycja Nowych Horyzontów

 (z pięciu na których byłam)

Kupno karnetów oznaczało jedno - zobaczę tyle filmów ile się da! Ten festiwal to niezwykła intensywność wrażeń i mało spania, cztery/pięć filmów dziennie, debaty do czwartej rano, a o 8:30 pobudka, żeby zarejestrować się na filmy na następny dzień. Ot, taki urok. Uwielbiam za miejsce - za cudowny Wrocław, reset głowy (oderwanie się od życia i codziennych myśli) i napchanie jej taką ilością historii.

Migawka z Nowych Horyzontów 2015

Co prawda co roku tworzę własną kategorię pt." O TO NA PEWNO MI SIĘ SPODOBA" i gorzko się rozczarowuję, i to te filmy okazują się najgorszymi filmami festiwalu, ale staram się uczyć jak je wybierać i jak nie dawać się nabrać, jak sobie odmówić - mimo, że serce złudnie podpowiada, że to coś idealnie dla mnie. Victor Erice to było moje totalnie odkrycie festiwalu, tak bardzo jest to filmowy świat, w którym można się zanurzyć i nie musieć pamiętać na przykład - że trzeba oddychać. Bo oddycha się w rytm filmu, nawet jeśli on jest bardzo powolny, to jest to naturalne i magiczne. Nowości i filmy, które przyjechały z Cannes też nie zawiodły, przede wszystkim genialna rumuńska Sieranevada - autentyczna i do bólu realistyczna dzięki przerysowaniu. Bardzo podobała mi się często krytykowana pierwsza scena. Kamera jest daleko od bohaterów, nie dzieje się w sumie nic, ale ujęcie - właściwie dokumentalne - jest długie i ustawia nas w czasie rzeczywistym. Ostrzega nas, tu nie będzie skrótów, tu przeżyjemy wszystko razem z bohaterami. Kolejna scena to już ustawienie widza bardzo blisko oglądanych postaci, możemy ich praktycznie dotknąć. Miejsce akcji to głównie malutkie mieszkanko. Miałam momenty, że po prostu nie mogłam wyjść z podziwu, gdzie udało się tam zamaskować cięcia, kamera przeciska się między bohaterami, krąży od pokoju do pokoju, jest to trochę klaustrofobiczne, ale idealnie pasuje do koncepcji. Postaci są charakterystyczne, ale nie wycięte z papieru; dialogi świetne, zabawne kłótnie rodzinne, które brzmią znajomo, absurdalne zwroty akcji budujące rytm filmu i jeszcze obraz rumuńskich rytuałów i konfliktów pokoleniowych na tle historycznym. Nowy film Farhadiego – Klient, też świetny, co prawda ten intensywny maraton w dzień i rozmowy nocą sprawiły, że przysnęłam, mimo, że był bardzo wciągający. Atmosfera jak to u Farhadiego - dużo napięcia. ostatecznie zrobił się z tego już mocny thriller, co chyba nie każdemu się spodobało. Farhadi ma totalnie swój styl, nie kombinuje z formą, po prostu kręci bardzo dobre kino i oglądając to wydaje ci się "jak to łatwo zrobić film". Cudowna lekkość mimo bardzo trudnych tematów, a reżysera widać że fascynują ludzie, a przede wszystkim to jak reagują na trudne i niespodziewane wydarzenia. Natomiast zwycięzca Złotej Palmy – Ja, Daniel Blake, rozczarował (zresztą tego można było się spodziewać bo głosach, ze wygrał niezasłużenie), przewidywalny kiczowaty szantaż. Na dodatek irytujący główny bohater jako zbuntowana ofiara systemu mnie w ogóle nie przekonał.

Retrospektywa Nanniego Morettiego to była słodka uczta. Z jego twórczością kojarzą mi się dwa słowa: esej i poemat. On bardzo dużo czerpie z siebie, swoich poglądów i doświadczeń. Był gościem festiwalu i podobno był bardzo zmęczony (albo znudzony) na spotkaniu z publicznością, ale w swoich filmach jest zabawny, pełen energii, a one same (BiankaKwiecień, Czerwony lobik, Kajman) są pełne uroku i świeżości.




sfrustrowany, ale pełen wdzięku Moretii gada do kwiatków

Polski film,co do którego miałam obawy, że będzie nieudanym eksperymentem - okazał się naprawdę udaną podróżą do tytułowego Ederly. Czarno-biały, surrealistyczny, zabawny i naprawdę oryginalny. Byłam mega dumna (filmowy patriotyzm), oglądałam go z moją kuzynkę, która jest pół Polką, pół Francuzką i mieszkała też w wielu innych państwach i zawsze chcę, jeśli już ogląda coś polskiego, żeby to był coś! Filmem, który wygrał o włos - właśnie z Ederly - plebiscyt publiczności były Wszystkie nieprzespane noce. Miało być świeżo, a wyszło sztucznie i trochę o niczym. Dialogi często koszmarne, wywołujące śmiech na sali, a do tego główny aktor i jego pseudofilozoficzne pytania jedno za drugim to trochę za dużo. Przyjaciel głównego aktora bardzo na plus, wręcz czasem błyszczał przy swoim koledze. Niestety problem jest też taki, że chyba to jest w pewien sposób też dokumentalny zapis i wyłania się z tego przykry obraz dwudziestolatków. To co cieszy to brak rozbuchanych mocnych kolorów. Co jednocześnie podkreśla  brak oryginalności włóczenia się od imprezy do imprezy, ale i subtelnie okrywa swoich bohaterów bezpiecznych kokonem nie każąc im się na siłę wyróżniać. Szkoda, że o Wszystkich nieprzespanych nocach zapomina się w mgnieniu oka, brakuje im jakiegokolwiek ciężaru. Natomiast polskie krótkie metraże debiutantów (Dzień Babci, Edukacja) dają nadzieję, że rośnie nam pokolenie uzdolnionych twórców. CDN może nastąpi, bo w końcu zobaczyłam na Nowych Horyzontach ponad 40 filmów, więc to studnia bez dna.

wtorek, 3 maja 2016

Wsiąść do pociągu


Herman Landshoff
Beth Wilson at Rip Van Winkle Bridge
Czasem wsiadała do przypadkowego pociągu. Nie było łatwo omijać wzrokiem tablice informujące o celu podróży, a gdy pechowo dotarł do jej uszu komunikat "pociąg osobowy Lajkonik do Berlina stoi na torze 2, przy peronie 3" to wyskakiwała jak oparzona. Przecież chodziło o to, żeby nie wiedzieć gdzie się jedzie. A tu jeszcze zagranica-czy ona jest jakąś burżujką? Nie stać jej. Ale czasem faktycznie ni stad ni zowąd wyjeżdżała o niczym nie informując. Zresztą nie planowała tych podróży, to jak miała o tym wcześniej powiadomić. Czy kogoś to irytowało? Gdy rozpoczęły się te tak zwane obieżyświatowe kaprysy to bliscy byli zaniepokojeni, a dalsi - łapali się za głowę "jak tak można". Z czasem się przyzwyczaili. 





Adela była odpowiedzialna, zawsze na czas, nie chorowała, nie omijała zajęć, czasem tylko wyjeżdżała w siną dal. Znikała i nie była w niczyim zasięgu.



sobota, 23 kwietnia 2016

Kamyki w gębie

Tej nocy wpychała sobie całe garście kamyczków do buzi, tych kolorowych - orzechowych, aż trzeszczało jej w uszach, gdy próbowała je wszystkie naraz przegryźć. Smak dzieciństwa miał przywrócić poczucie realności. Słaby pomysł, by przywoływać przeszłość by poczuć teraźniejszość?
Ważne, że na Adelę działał.

Marianne Breaslauer
autoportret
Popiłaby to wszystko tymbarkiem wiśniowym, gdyby tylko miała go pod ręką. Ale nic nie miała pod ręką, a nie chciało jej się ruszyć z miejsca, więc siedziała i napychałaby się dalej, gdyby nie dzwonek telefonu. Automatycznie odebrała, zapominając, że ilość kamyków skutecznie uniemożliwia jej wydobycie jakiegokolwiek dźwięku przypominającego ludzki odgłos.
-Halo? Halo...? ADELA?! - głos w słuchawce wyrażał irytację ale i pewien niepokój.
-Yhmmm?
No właśnie tak by to mogło wyglądać, ale (ale!) Adela z szybkością światła analizowała sytuację, także wcale automatycznie nie odebrała telefonu, tylko go zwyczajnie wyciszyła. A gdy jeszcze spojrzała kto dzwoni, to rzuciła telefon gdzieś w kąt. A dokładnie na łóźko. Za mocny jednak wzięła zamach i usłyszała stuknięcie urządzenia o podłogę. Ale nadal nie chciało jej się ruszyć, nie interesował jej stan telefonu, ale fakt, że paczka kamyczków żałośnie opustoszała. Pacnęła ją ręką i wyczuła jeszcze jeden orzeszek pod palcami. Ostatni. Ostatni i idę spać - postanowiła. Wysupłała go, włożyła do buzi i czekała aż kolorowa skorupka całkiem się rozpuści.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Farmazony, farma żony, farmazonię w wazonie

Bill Brandt
Girls in shared attic 

Postanowione. Będę pisać kiedy zechcę, czasem z planem, czasem bez. Czasem o sobie, czasem o ludziach, których znałam albo myślałam, że poznałam. Nie, to nie miało brzmieć jak jakieś oskarżenie pomieszane z nastoletnim chlipnięciem "ludzie to tacy oszuści". Będę nadal wyglądać przez okno, ale dopowiem historie, których nie jestem w stanie albo nie chcę namacalnie, realnie zgłębiać. 


Friedrich Seidenstucker
Three girls looking out of the window
Mam nadzieję, że ani ja ani Wy, nie wypadniecie przez okno, czytając tych sto milionów dziewięćset pięćdziesiąt opowieści pisanych zazwyczaj nocą. Może o niej, a może o nim, a może o paczkach i listach, które nigdy nie dotarły do adresatów. A może dotarły, ale do niewłaściwych? Może o starych fotografiach, zatłuszczonych rozpadających się banknotach, które kupiłam za grosze w małym portugalskim miasteczku. Bo mnie czasem nachodzi nieodparta chęć zrobienia czegoś. A że często wiąże się z kupowaniem, no cóż. Materializm. A właśnie, czy kupowanie czyichś wspomnień to rzecz moralna? Chyba nie. No i chyba dziś nie zasnę spokojnie. Ale nie kupuję tylko rzeczy, które do kogoś kiedyś należały. Na przykład niebieskie lakierowane buty, też Portugalia, dokładnie Lizbona i malutki zawalony gratami retro i takimiż szmatami (ale piękny) sklep vintage. Starsza pani owinięta barwnymi materiałami, typowa dla takiego miejsca. Niezwykły klimat, który wdychałam, a potem szukałam tego odurzenia wszędzie i nie znalazłam. A te buty, do kupna których jedni mnie namawiali, inni - już po transakcji - wyśmiali, to symbol. Symbol zmiany, jakaś cecha dodana abo odjęta, nowość, coś czego w sobie nie widzieliśmy albo nie chcieliśmy widzieć. Ale też kreacja. I tym chcę się tu zająć, drobnymi kłamstewkami, niepohamowanym i chamskim koloryzowaniem, totalną ściemą, którą czuje się na kilometr. Blaga to takie fajne, zapomniane słowo. Nie mówiąc o: bajer, blef, bujda na resorach, matactwo, pic na wodę, kanciarstwo, kit. Ja najczęściej używam: szachrajstwo tudzież lipa.

Szkoda, że pamięć rzeczy martwych jest taka nietrwała. Bo zdjęcie mnie w nowych niebieskich butach trzymającą (ciągnącą po ziemi?) dwa ogromne foliowe worki wygrzebane gdzieś w jakimś ciemnym zaułku (też niebieskimi, żeby jakaś kompozycja jednak była) wypełnionymi zgodnie zresztą z przeznaczeniem - śmieciami, to byłaby piękna metafora w tym miejscu. Ale niech każdy to sobie interpretuje jak chce albo niech nie interpretuje, jak nie chce. Do niczego nie zmuszam. Wiersz na dobranoc, miłych!
Ernest Bryll

poniedziałek, 14 marca 2016

Pamiętać o sklerozie

Wczoraj miałam napisać ten post, ale pozostał niedokończony, bo to był właśnie TEN moment. Żeby na zimnie posiedzieć z kimś, kto chce z Tobą na tym zimnie siedzieć i słuchać tych wszystkich słów, których coraz częściej nie umiem powstrzymać. Bardzo tego potrzebowałam i chociaż czasem ze mną ciężko wytrwać w tym samym czasie, miejscu i akcji  - to jednak ludzie potrafią i się starają. To mnie nie przestaje zadziwiać.


Kiedy nadchodzi kryzys, kiedy nie czuję się na siłach, to wiem, że gdy wyjdę do ludzi to oni podarują mi...bursztyn. Dosłownie i w przenośni. Noszę ten bursztyn w kieszeni płaszcza, żeby nie zapomnieć jak ludzie dookoła są pięknie dobrzy i jak mnie zmieniają słowami, spojrzeniami i ruchem rąk, głowy, mięśni twarzy.

Kiedy będąc na imprezie w akademiku, po trzeciej zaczepce pójdę do pokoju obcych ludzi, którzy umieją szczerze opowiadać o marzeniach i są zainteresowani tym co ja robię na tym świecie. Kiedy z trzech chłopaków zostanie jeden i wpuści mnie z kanapkami, choć już zdążył się położyć i opowie mi o swoich decyzjach, o powrocie stopem z Turcji i podaruje taką historię, że wrócę ze łzami w oczach na imprezę, która już zdążyła się skończyć. I choć ludzie już pewnie nie pamiętają miliona drobnych i mniej drobnych rzeczy, które zrobili, to ja mam to wszystko w ogromnym skarbcu. I tak, lubię oglądać te błyskotki. Kiedy mnie oślepiają (jak teraz) to chcę spędzić następny dzień na powtarzaniu jednego słowa - dziękuję. Jeśli czytasz to i mnie znasz to naprawdę weź to do siebie. Mam Ci za co dziękować. A jeśli nie znasz, to wiedz, że na pewno ktoś chciałby Ci podziękować, ale pewnie nie ma możliwości.

I tak - mam słoik wdzięczności, decyduję świadomie co chcę pamiętać. Miałam pisać regularnie pamiętnik i nie bardzo mi to wychodzi, ale te karteczki są datowane, także wszystko sobie będę mogła poodtwarzać.

Cieszę się jak głupia jak dogaduję się z kimś ponad światopoglądami, każdy z nas denerwuje się tak samo, bo chodzi fundamenty, ale zaciskamy zęby i rozmawiamy. Możemy się bić, gryźć i wydrapać oczy, ale... rozmawiajmy! Ale to się zdecydowanie udaje, więc jeśli chodzi o podziały, które wydają się teraz coraz większe, to dzięki wartościom i ideałom - da się to może zatrzymać. I zacząć realnie szukać kompromisów i rozwiązań.

Co z tego, że ktoś uważa, że udało mu się Ciebie zniszczyć, poniżyć czy cokolwiek innego, jeśli Ty się temu nie poddałeś i nie masz zamiaru tego rozpamiętywać czy przejmować się zanadto. Nie obchodzi mnie nawet czy w takiej sytuacji jego satysfakcja będzie mniejsza, większa czy taka sama. Nie chcę, żeby ktoś butami, kamieniami czy słowami rzucał na oślep bez powodu, ale to ode mnie zależy czy zechcę skupiać się na ich łapaniu i pakowaniu do skarbca. Możesz mieć skarbiec pełen klejnotów albo pełen kamieni, to Ty decydujesz. A niektóre kamienie bywają szlachetne. Nawet dosadna krytyka jest piękna, gdy komuś na Tobie zależy albo nawet gdy nie zależy, a Ty coś wyciągniesz z tego dla siebie.

To temat, w którym banał goni banał, i cóż robić.

Dziękować pewnie.



niedziela, 7 lutego 2016

Piszcie, piszcie, inaczej będziemy zgubieni

Nie lubię tego słońca (tego prawdziwego), które zaświeciło dziś w Warszawie. Nagle zrobiło się tak jasno, że nie można się nigdzie ukryć. Nie znoszę ciemności za dnia, ale już ją oswoiłam. Teraz znowu muszę się przestawić. Najgorzej, że wydaje mi się, że wnętrza nie da się uchronić przed promieniami, które przenikają Cię i powodują dreszcze. Nie mam ochoty na żadne napromieniowywanie. Ale ludzie są zachwyceni i chcą więcej, to cieszy - możne tylko ja jedna jestem w takim nastroju!
 

Po niebie sztucznym jak makieta - niebieściutkim, bez jednej chmurki - leci samolot. Wyraźny, świetnie widoczny. A ile takich wcześniej przeleciało niezauważonych? Choćbyśmy nie wiem jak chcieli i wytężyli wzrok - nie zobaczylibyśmy ich. Wszystko wydaję mi się dziś nierzeczywiste. Czytam "Dziennik roku Węża" Siemiona i cieszę się jak głupia, że ktoś tak podobnie patrzy na świat i na siebie. I ma tyle samo wahań i wątpliwości co ja. 

Zazdroszczę autorowi, że pisze coś wykoncypowanego, żeby chwilę później bez ładu i składu zarzucać nas myślami i tym co akurat przyszło mu do głowy. "Cały ten dziennik momentami zmienia mi się w spis żartów bez adresata." Wszystko wydaje się takie autotematyczne, ciągła analiza tego o czym pisze i o co właściwie mu chodzi. Ale to w końcu dziennik (z góry zakłada skupienie się na sobie), to mi się podoba, ta niepewność i pytania wydają się całkiem naturalne. Potrafi wprost, bez żenady przyznać: "Tyle noszę w głowie rozmaitego dobra, szpargałów, odkryć i olśnień, a właściwie nie mogę tego wszystkiego nikomu przekazać." Dlatego męczę ludzi, żeby pisali, najlepiej bloga - żebym mogła to czytać. Tyle rzeczy gdzieś tam się przewala w głowach i znika bez śladu, nie daje mi to spokoju. Podziwiam umiejętne posługiwanie się słowami, składanie swoich wrażeń w zamknięte zdania i akapity. Czytałam niedawno o tym jak topnieje jedno z najdelikatniejszych intymnych uczuć - zachwyt.(/http://podnaporem.pl/ostudzone-zachwyty/) Jak łatwo można to zniszczyć w kimś i jak łatwo to zniszczyć w sobie, jak łatwo topnieje w nas. Ale ostudzony zachwyt to jak zamrożone ciepło. Na tym samym blogu wzruszyłam się czytając o wieczorze wigilijnym, są tak uniwersalne stany, że trudno nie pisać o nich banalnie lub nie przerysowywać. A tu się udało - http://podnaporem.pl/swieta-rodzina/. Linki niestety już nieaktywne. I tak właśnie wszystko znika.


Dawno dawno temu, nauczyłam się, że mogę być z siebie dumna tylko wtedy, kiedy inni są ze mnie dumni. To był warunek istnienia mojej własnej dumy. Nie mówię o takim wewnętrznym zadowoleniu, duchowych zwycięstwach, tylko o prostej dumie. Realizowałam założenia i plany, starałam się o dobre stopnie itd., zwyczajnie starałam się by były powody, żeby ktoś był ze mnie dumny. Dlatego teraz najbardziej dziwi mnie, że gdy na czymś mi zależy i to się udaje, to moja radość jest tak wielka, że nikt po ludzku nie może jej ze mną dzielić. Nie rozumie co w tych osiągnięciach jest aż tak wspaniałego, by się nimi zachłystywać. A ja rozumiem - bo są wreszcie moje. Chyba już tak zostanie, dziwna zmiana.

PS Kero One odkryty właśnie dzięki Dziennikowi.





piątek, 5 lutego 2016

Słońce do wynajęcia

Nie będę oszukiwać, że nie dzieje się nic spektakularnego związanego ze światłem. Powiem więcej, jest to na tyle spektakularne, że cała Warszawa może to oglądać.

Od kilku dni myślę co to za cholerny neon świeci w centrum Warszawy. Psuje mi klimat nocy i jej tajemnicę. Ale wpaść na to, że to słońce (słońce dla Warszawy!) - to nie, nie przyszło mi to do głowy. Co to za wspaniały pomysł zwariowanego człowieka! Sztuczna żarówa, która świeci dzień i noc. Gdy się zrobi szaro, wieczór wydaje się bardzo wczesnym, nieprzyjemnym porankiem o wschodzie (faktycznie) słońca. Ale nocą? Światła miasta zawsze lubiłam, subtelne i delikatne, ale to mnie irytuje.Właśnie chciałam przestać narzekać, ale znalazłam to: https://podarujslonce.pl/ Co się dzieje w tej stolicy! Taka akcja reklamowa Żywca Zdroju? Że niby żywioły - woda, słońce? Stop. Nie chcę tego analizować ani zrozumieć.

 "Słońce tworzy blisko 560 lamp." Zachciało mi się lamp to mam. Ale jeżeli komuś to się podoba, rozświetla mroki, z jakiejś perspektywy wygląda ładnie, wskazuje drogę - ok. Ale akcja wyświetlania imion? Naprawdę? Ludziom już nie wystarczy zwykłe słońce dla każdego? Trzeba mieć takie specjalne, z dedykacją! Może to się liczy w życiu, a ja żyję w kłamstwie...

Nie będę rozbijać tego postu na dwa. Bo znowu o świetle. Chyba powinnam zmienić nazwę bloga na "światło światła". Historia pt. "tajemnica lampy" bez zmian. Ale za to co się dzieje na klatce schodowej przed samym wejściem do mieszkania! Żarówka urządziła dziki taniec, czy jak to tam nazwać. Mruga tak szaleńczo, że po przejściu tych wszystkich schodów, czujemy jakbyśmy trafili w najgorsze odmęty swojej wyobraźni. Po zamknięciu za sobą drzwi, oczy oddychają z ulgą, ale nadal mamy mętlik w głowie i czarne plamy. Od kiedy zaczęłam bardziej zwracać uwagę na światło, spotykają mnie takie oto rozrywki.

PS Właśnie przeczytałam, że słońce dla Warszawy świeci w godzinach od 16 do 22, więc nie mogło mi przeszkadzać ciemną nocą. Widocznie oślepienie nim i irytacja trwały jeszcze długo po 22. A naprawdę to nie wiem, mam zwidy. Cieszę się, że jednak gaśnie. To sprawia, że przybliża się do ideału. Ideału oryginały i mojego ideału czyli swojego nieistnienia.


Niedługo Walentynki. Nie podaję Wam pomysłów na prezent dla ukochanych, ale przynajmniej wiecie co odradzam.

PS 2 Zajrzałam do regulaminu tej fascynującej akcji i ogłaszam konkurs na jak najlepsze wykorzystanie aż 18 liter oraz tego pola, skoro już powstało. ("W formularzu Uczestnik wpisuje 1 wyraz zawierający maksymalnie 18 liter, który zostanie wyświetlony na ekranie znajdującym się na budynku Q22 w Warszawie, po tekście „Słońce dla”.) Może pokażmy solidarność z uchodźcami z Syrii?  Ale każda projekcja trwa 60 sekund, więc może nie warto silić się na fajne pomysły. Niech każdy wpisze swoje imię i z zachwytem obserwuje neon dedykowany tylko jemu. Z domyślnym dopiskiem: serdeczne pozdrowienia również dla wszystkich moim imienników. A jednak, ostatecznie to bardzo miła akcja.

wtorek, 2 lutego 2016

Jeszcze więcej światła



Myślałam, że tajemnica lampy palonej dniem i nocą na razie schowa się w cieniu. Czerwone światło było nowością, która wystarczyłaby na długi czas. Moja obserwacja tamtego mieszkania stała się rytuałem. Trzecia w nocy. Patrzę przez okno. W "moim" mieszkaniu nie pali się żadna lampka, a zwykłe, pełne światło. Obok w pokoju też. A powyżej ostre jasne światło innej żarówki. Szczerze mówiąc, czuję się zdezorientowana. Do tamtej sytuacji się przyzwyczaiłam, lubiłam śledzić zmiany. Ale to jakaś przesada.



Film, który zobaczyłam na myfrenchfilmfestival.pl bardzo wpisuje się w moją opowieść o lampach. Główny bohater, sierota wychowywany w klasztorze, gdzie zajmował się wymianą żarówek i ogólnie szeroko pojętym pilnowaniem oświetlenia, musi pewnego dnia wkroczyć w prawdziwy świat. Wchodzi z niego z myślą, że posiada dar dawania (rozpalania?) światła. Jest nieśmiały, zagubiony i naiwny. We wszystkich opisach jest porównywany do Amelii Poulain. Dla mnie jest jednak innym bohaterem, choć nie przeczę - o bardzo dobrym sercu. Świetny pomysł, który mógł (sic!) wypalić, a jednak bajkowe schematy i zbyt proste przerysowanie go tłamszą. Ale jeśli komuś magii nigdy nie jest za wiele to polecam. Oryginalności filmowi nie można odmówić, jak i nowego podejścia do elektryki oraz ludzi od światła (ach te metafory!) Okazuje się, że ich świat jest totalnie fascynujący i wciągający.




PS Czwarta rano. Bez zmian - nadal pali się światło u wszystkich wspomnianych na początku.

niedziela, 31 stycznia 2016

Ciąg dalszy tajemnicy lampy


Jest środek nocy (dziwne określenie, dla mnie to zwyczajnie wieczór), a lampa w pokoju naprzeciwko - świeci. Żyje tam ktoś, kto ostatnio starał się uregulować swój tryb życia i chodzić spać wcześnie, a przynajmniej wcześniej. Z pobłażliwym uśmiechem i delikatną satysfakcją (bo czuję, że to nas jednoczy) stwierdzam, że mu się nie udało. Ale co ważne i zastanawiające, ciągle zostawia zapaloną lampę przez cały dzień. Bogacz? Lekkoduch? Zapominalski czy oswajający już nawet dzień sztucznym światłem?




Ale jest jedna zmiana, która mnie zaskoczyła. Bywają dni kiedy pokój jest skąpany w czerwonym świetle. Ustawiona jest jakaś przesłona albo zasłona. Może za nią nadal tkwi ta sama lampa, ale nie za bardzo w to wierzę, bo w środku wydaje się jakby jaśniej. Ale ja widzę tylko przygaszoną czerwień. I chociaż jest to dość nietypowy kolor jak na mieszkanie, to on sam w sobie jakoś mnie nie dziwi. Zielony, niebieski czy pomarańczowy byłby dziwny. A na ten jakoś macham ręką. Ktoś się ode mnie odsuwa, pomieszczenie staje się dalekie i nierzeczywiste.



Dmitry Loginov
Może odbywają się wtedy jakieś surrealistyczne seanse? Nie wiem.

Teraz jest wyjątkowo spokojnie, bo świeci standardowa lampa, tuż przy oknie. I nie wiem dlaczego, zawsze myślę o jednym. O tym, jak wytrwale ktoś pracuje. 

Zapomnij się?

Nigel Van Wieck
Q Train
Nie stać nas na dwa słowa więcej. Nie stać nas na dwa słowa w ogóle. Nie stać nas na pisanie w pierwszej osobie. Nie stać mnie na uśmiech. Nie stać mnie na spełnienie najdrobniejszej prośby na świecie, bo nie ma dla mnie sensu. Nie umiem zareagować. Nie umiem otwierać buzi, wtedy gdy trzeba, a mówię tysiące rzeczy, których nie muszę. Boję się, że wykorzystałam limit bycia nieczłowiekiem. Limit "nie wiem" i "nie mogę". Najgorsze jest to, że przecież jestem i potrafię być człowiekiem. Uśmiecham się często, staram się artykułować jak najlepiej wdzięczność, podziw, zachwyt i dawać energię.  Ale nie chodzi o moje możliwości, w ogóle nie chodzi o mnie. Bo chcę już na zawsze przestać się zajmować sobą, po prostu być. Odpowiadać na pytania świata, a nie ciągle pytać go "kim jestem?" i "co dla mnie masz?"

Igor Morski
Walking in the rain



Nie wiedziałam nawet, że to tak boli, że to to jest ten smutek, który się wylewa. Zajmowanie się sobą to praca na pełen albo nawet na dwa etaty. Dlatego chciałabym się zajmować innymi, ale nie umiem. Nie przerobiłam porażek w tej przestrzeni. A jak mi nie wychodzi, to wracam do środka i bardziej intensywnie zajmuję się sobą. Nic mnie tak nie wznosi do góry jak prawdziwe dzielenie się. Mogę się oddać i zatracić, to rozgrzewa. Ale jak czytam to zdanie to w głowie rozbłyskuje się i mruga jak oszalały wielki neon z jednym słowem: NIEZALEŻNOŚĆ.





Najpiękniejsze momenty to te, kiedy niczego się nie spodziewasz. Gdy pani w kiosku zaczyna z Tobą rozmawiać jakbyś był z jej rodziny, a Ty mimo, że całe życie miałeś być nieśmiały i uciekać przed takimi sytuacjami, czujesz, że jesteś ufny i otwarty. Kiedy ta wymiana jest naturalna. Po prostu, bo jesteśmy ludźmi, bo żyjemy razem, niekoniecznie tylko obok siebie. Kiedy ktoś obcy nie ucieknie wzrokiem, ba!- kiedy po sekundach, które trwają wieczność, Ty musisz uciec, bo zabrakło Ci oddechu. Albo kiedy Ty zaskakujesz siebie i nie uciekasz przed nieznanymi rzeczami, tylko dlatego, że Cię uczyli zasad bezpieczeństwa. Zasad BHP. Czasem warto o nich zapomnieć.
Edward Hopper
Rooms by the sea

A jeśli świat nie odpowiada na to wszystko tak jak chcesz? Co z tego? Nie rób niczego dla efektu. Wszystkim zdarza się być dziwnym, nie kontrolować siebie, popełniać błędy, obojętnieć i być chamem. Zapominanie i wybaczanie można praktykować kiedy tylko przyjdzie na to ochota. Ale jeśli sobie nie wybaczamy to nie łudźmy się, że w pełni będziemy się godzić się ze wszystkim.
                                                    "You're not important. Get used to it!"

Ja muszę wszystko rozumieć. Jak nie mogę odkryć motywacji albo nie mogę jej pojąć,  to jakby ktoś mi pętlę zakładał na szyję, narastająca bezradność ją zaciska coraz mocniej i mocniej. Żeby się nie udusić trzeba uważać i w odpowiednim momencie zerwać pętlę.

Boję się generalizacji, myślenia poprawnego politycznie i programowo niepoprawnego politycznie. Wyrachowanych, chłodnych rozmów o uchodźcach i zamykaniu granic.

Ale nie boję się tak urwać tych refleksji! Bo już wystarczy!






wtorek, 26 stycznia 2016

Wszyscy grzeszymy przeciw piątemu przykazaniu

Zabijamy prawie codziennie. Nudę.


Temat najnudniejszego zajęcia i próba opowiedzenia o nim jak o mega fascynującej rzeczy, to było zadanie na zaliczenie retoryki na studiach. Z innymi zadaniami nie miałam jakichś ogromnych trudności, ale to? Przecież ja się nie nigdy nie nudzę!

Naprawdę nie znam tego uczucia? Przecież to bzdura. Nudne filmy i nudne książki. Łażenie po górach. Ćwiczenie gam. Jedzenie. Gdy tylko powiedziałam o jedzeniu podczas "mowy" przed grupą, zobaczyłam niedowierzanie w oczach koleżanki. Ale tak, od kiedy pamiętam przeżuwałam obiad nudząc się niemiłosiernie. Trzeba było odwracać moją uwagę i zabawiać. Teraz sama potrafię skutecznie zabić nudę.



Jak byliśmy mali i tłukliśmy kijem o ziemię albo robiliśmy coś równie niestandardowego, na co akurat mieliśmy ochotę, to słyszeliśmy: Nudzi ci się?! Oczywiście także wtedy, gdy komuś dokuczaliśmy, sypaliśmy piaskiem w oczy albo biliśmy się i wrzeszczeliśmy w ferworze walki (na przykład z rodzeństwem). Nauczono nas, że nuda to coś złego. Dostajemy wtedy małpiego rozumu. Inteligentni ludzie się nie nudzą, a czas to pieniądz. Kiedy myślałam o tym, co mam powiedzieć na ten temat, postanowiłam zrobić eksperyment. Ustawiłam czasomierz na dwie minuty. Siedziałam na łóżku i nic nie robiłam.
Niepokój i poczucie winy pt."Jezu, zajmuję się jakimiś głupotami, zamiast zająć się tym na poważnie". A przecież ja ogarniałam temat w praktyce! Z badań zrobionych na Universityt of Waterloo wynika, że nuda objawia się często tak samo jak stres czyli wzmożonym biciem serca oraz wzrostem poziomu kortyzolu. Ale dlaczego? Ja twierdzę, że to wychowanie, kultura i bóg wie co tam jeszcze. Oczywiście nic w nadmiarze nie jest zdrowe, ale to chyba oczywiste. Kiedy poczytam o stresie, jak on szkodzi, jaką niesamowitą ilość chorób powoduje, to stresuję się stresem. Napięcie sięga zenitu, nie mogę się już uspokoić. Kiedy myślę, że bezczynność robi ze mnie nieużytecznego, dennego człowieka albo nawet przedmiot to będę robić wszystko, żeby jej nie doświadczać. Nawet zobaczę nudny serial.


A czym są treningi uważności jeśli nie treningami nudy? Ale jak to brzmi: ćwiczę...nudę? A przecież możemy. Za darmo (!), w ciepłym domu i nazywać to ćwiczeniem uważności, jeśli tamto nie przechodzi nam przez gardło.  Medytacja to też kreatywna nuda.


W filmie "Wędrówka na Zachód" buddyjski mnich bardzo powoli, ale naprawdę BARDZO powoli...idzie! Tak, tylko to. Film był trochę nudny, pewnie jak samo ćwiczenie. Ale obserwowanie ile się zmienia dookoła, ile ludzi go mija, a jego kompletnie nic nie rozprasza, było fascynujące. Towarzyszyło się w mu w tej medytacji (zwał jak zwał).

Kiedy mowa o nudzie zawsze przypominam sobie Josifa Brodskiego i jego mowę wygłoszoną na uroczystym pożegnaniu absolwentów opuszczających college. On twierdzi, że nudy nie da się uniknąć, a że nikt nas nie przygotowuje do przetrwania jej. Nikt nam nie mówi, że można wyciągnąć z niej coś dobrego i czego nas uczy. Nie chcę streszczać, ale bardzo polecam przeczytać całość. Wyciągnęłam istotę, która według mnie brzmi tak: "Nuda jest, by tak rzec, oknem na czas, na te jego cechy, które zwykle lekceważymy, najczęściej za cenę utraty równowagi psychicznej. Krótko mówiąc, jest oknem na nieskończoność czasu, to znaczy na naszą w nim znikomość. (...) Może to, oczywiście, nie być muzyka dla Państwa uszu; ale poczucie daremności, ograniczonego znaczenia nawet najlepszych, najgorliwszych poczynań jest lepsze od złudzenia na temat ich skutków i towarzyszącego mu poczucia własnej wielkości. Albowiem nuda to inwazja czasu
w Państwa system wartości. Osadza życie we właściwej perspektywie, co owocuje precyzją i pokorą."

O, czytając znowu Brodskiego, przypomniałam sobie, moją stałą refleksję o życiu wiecznym: "Boże, ale to będzie nudne!". Rzeczy, które mają jakiś koniec, najlepiej szybki, nie mogą być nudne. Łap chwilę. Bo one nie są nudne. A może dlatego tyle myślimy i analizujemy, tyle tworzymy zbędnych teorii wszystkiego, żeby uniknąć nudy? Okej, może dlatego JA tyle myślę i analizuję. Zamiast skupić na czasie i na sobie w nim, to skupiam się na sobie w bezczasie.

Boję się nudy, bo jest jak śmierć. Oczywiście nie ja pierwsza i nie jedyna mam takie skojarzenia. Ionesco pisał:  "Nuda paraliżuje albo pcha nas do czynów destrukcyjnych, albo wpędza w stan bliski śmierci. To było nie do zniesienia. Nikt nie mógł mi pomóc. Nie mogłem się niczego uczepić...To było tak, jak gdybym topił się w powietrzu. Nie mogłem otworzyć żadnego okna na ulicę, na świat, na kogokolwiek. Uduszenie..." Nie chcemy sięgnąć takiego dna. I ja, w przeciwieństwie do Brodskiego, nie polecam tego robić. 

U Sartre'a to świadomość się nudzi. "Trzeźwa, nieruchoma, osamotniona świadomość tkwi pomiędzy ścianami; trwa. Nikt w niej już nie mieszka. Jeszcze przed chwilą ktoś mówił ja, mówił moja świadomość. Kto taki? Na zewnątrz były mówiące ulice, ze znanymi kolorami i zapachami. Pozostały anonimowe ściany, anonimowa świadomość. Oto co istnieje: ściany, a pomiędzy ścianami mała żyjąca i bezosobista przezroczystość. Świadomość istnieje jak drzewo, jak źdźbło trawy. Drzemie, nudzi się. Małe ulotne świadomości zaludniają ją jak ptaki gałęzie. Zaludniają i znikają." Chyba musimy to poczuć, żeby móc dać sobie żyć. Wiedzieć, że napełniamy się ludźmi, zapachami, wrażeniami, a czasu nigdy nie pokonamy. I nie ma po co chcieć tego robić.

Nastaw minutnik i sprawdź czym jest dla Ciebie nuda! Czy nie wpadłeś w jakieś uzależnienia (te gorsze - od słodyczy, albo te "lepsze" - od muzyki) tylko dlatego, że musiałeś zagłuszyć ciszę, zajeść bezczynność? Nie wstydźmy się nudzić, nie miejmy wyrzutów sumienia, to jedno z najprawdziwszych przeżyć (może jedyne prawdziwe) na świecie. Ono Cię nie oszuka, nie zdradzi.

piątek, 8 stycznia 2016

Duch Święty?



Podczas Świąt, a może jeszcze przed nimi, zauważyłam, że w pokoju naprzeciwko, pali się lampka. Świeciła jedną noc, i drugą, i jak się domyślacie - też trzecią. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ot, ktoś tak jak ja, nie śpi, bo ma ciekawsze rzeczy do roboty. Przyzwyczaiłam się do lampki, do czyjejś nienachalnej obecności, uśmiechałam się do okna, ale takim uśmiechem, który nie był widoczny z takiej odległości.




Ze zdziwieniem odkryłam, że lampka świeci się też rano, tym późnym rankiem, który jest też południem. Nie powinna wtedy się palić, bo co niby ma oświetlać? Wtedy dotarło do mnie - aha! nikogo tam nie ma. Ktoś wyjechał, zapomniał wyłączyć. Poczułam, że to jakieś totalne marnowanie energii i pieniędzy. Było mi źle, mamy wszystkich tak blisko, na wyciągnięcie ręki - na facebooku, a ja nawet nie wiem jak nazywa się mój sąsiad i nie mogę go zawiadomić, że widzę właśnie jak nieustannie pali się u niego światło. Nie myślałam o tym co by to dało, tylko o takim moim obowiązku i jak to nazywałam "pomocy". Niech ktoś je zgasi, to bez sensu!



Minęły Święta, muszę przyznać, że przestałam wypatrywać światełka. Spojrzałam teraz i przypomniałam sobie. Kiedy nie patrzyłam, to też tam było.